Zbiera pani na operację swojego syna Franka. Kwota jest niebagatelna – 5 milionów złotych. Dlaczego obcy ludzie mają ratować pani dziecko?
 Ja myślę, że warto zawalczyć o czyjeś życie, bo życie jest najwyższą wartością. Stąd moja prośba o pomoc do osób o otwartych sercach. Ale zbiórka niestety, stoi w miejscu. Może dlatego, że ja nie pokazuję Franka cierpiącego czy płaczącego? Nie będę zakłamywać rzeczywistości, pomimo ciężkiej choroby, syn jest uśmiechniętym i wesołym dzieckiem. Nie jest przecież tak, że nawet chore dzieci są nieustająco zapłakane i nieszczęśliwe, to jest nieprawda.  Ale może takie zdjęcia z opisami, że lada moment dziecko umrze, wywołują większy efekt? Ja tego synowi nie zrobię. Franek, nawet gdy spędzał swoje pierwsze sześć miesięcy życia w szpitalu, kiedy miał duszności, też się ciągle uśmiechał. To bardzo radosne dziecko.
 
 
O wadzie serca syna dowiedziała się pani jeszcze w ciąży. Była możliwość aborcji. Dlaczego nie podjęła pani takiej decyzji? Nie byłoby dziś problemów z leczeniem syna…
 Tak, wiedziałam, że Franek ma skrajną postać wady serca - zrośnięcie pnia płucnego z ubytkiem przegrody międzykomorowej i naczyniami krążenia obocznego, że rokowania są kiepskie, że w Polsce nikt go nie zoperuje. Miałam tego pełną świadomość, ale chcieliśmy z mężem o niego zawalczyć. To nasze drugie dziecko, Franek ma starszą siostrę Emilkę, a teraz jeszcze młodszego braciszka. Więc będąc w ciąży z Frankiem znałam już smak macierzyństwa. I chciałam syna urodzić, poznać go, towarzyszyć mu, jak długo będzie trzeba. Wolałam go urodzić i pochować, niż usunąć ciążę. Dla mnie życie to wielka wartość. I mam też przekonanie, że nie zawsze musi być proste i łatwe, że musimy czasami stawać przed trudnymi wyborami, podejmować ważne decyzje. Że nie zawsze też będzie cudownie i radośnie, tak jak byśmy sobie wymarzyli. Więc kiedy już dowiedziałam się o wadzie i lekarka zapytała o aborcję, to odmówiłam. Byłam wtedy sama na badaniu. Wracałam samochodem do domu strasznie płakałam, nie wiem sama, jak udało mi się dojechać. To był dla mnie ciężki okres, czytałam wszystko, co się dało o jego chorobie. Że będzie się dusił, umierał w cierpieniu. Ale nie mogłam postąpić inaczej, choć nie ukrywam, kilka razy taka myśl o aborcji przeszła mi przez głowę. Rozmawiałam o tym nawet z księdzem, bo miałam wyrzuty sumienia. Powiedział mi, że to normalne przy tak ogromnych emocjach. Że ważne jest to, co zrobiłam, a nie to, o czym myślałam. 
 
 
Nie żałuje pani swojej decyzji?
 Nie, choć wiem, że gdybym usunęła ciążę, życie naszej rodziny byłoby łatwiejsze. Ale ja nie umiałabym sobie dać rady z taką decyzją. Pewnie dziś wymagałabym leczenia psychiatrycznego, nie wybaczyłabym sobie, że zabiłam swoje dziecko. Po porodzie też przecież nie było łatwo. W Polsce nie było szansy na leczenie, wyjechaliśmy do Rzymu. Operacja była refundowana przez NFZ ze względu na brak możliwości leczenia synka w kraju. Trwała 12 godzin i miała być całkowitą korektą serca, szczęśliwym zakończeniem historii Frania. Powiodła się. W styczniu wróciliśmy do Rzymu celem poszerzenia naczyń płucnych. Znów dobre wieści - powiedziano nam, że zabieg odbył się bez powikłań. Niestety, prawda była inna. Franek był słaby, szary na twarzy. W Rzymie doszło do powikłania, co zostało przed nami zatajone. Czuliśmy się oszukani. To, co miało być naprawione, okazało się zupełnie zniszczone. Zarówno w Polsce, jak i Rzymie uznano, że Franek nie może już być operowany, że nie ma jak go ratować. Wróciliśmy do punktu wyjścia, bo lekarz powiedział nam, że nasze dziecko ma sprawne tylko jedno płuco, że serce jest bardzo przeciążone, że niestety nic zrobić nie może. W Europie nie ma ratunku. Został profesor Hanley i szpital w Stanford w USA – ten sam, w którym szansę na życie dostały inne polskie dzieci o chorych sercach – Julka, Emil, Antoś, Weronika. Franek jest wstępnie zakwalifikowany na operację, im szybciej tym lepiej…
 
Jak synek teraz funkcjonuje?
 Jak każde inne dziecko, chodzi do przedszkola, lepi bałwany, jeździ na sankach. Jest wesoły i uśmiechnięty, pozwalamy mu żyć na maksa, na tyle, ile daje radę. To nie jest tak, że chore dziecko musi być nieszczęśliwe. Owszem, za nim trudne przeżycia, przed nim niewiadoma, ale może 5 procent jego życia to cierpienie i ból. Poza tym jest bardzo radosny i szczęśliwy. 
 
 
Franek na sankach
 
 
 
Co będzie, jak nie uzbieracie?
 Nie chcę wybiegać w przyszłość, chcę żyć dniem codziennym. Cieszę się każdą chwilą. Ja wiem, ile stresu kosztują mnie infekcje Franka, kiedy mam wrażenie, że przy gorączce jego serduszko nie wytrzyma i nagle stanie. Chcemy żyć normalnie, jestem stomatologiem i sama mam pacjentów chorych na różne ciężkie choroby. Przychodzą do mnie ludzie z nowotworami, śmieją się, żartują, chcę leczyć zęby, żyją nadzieją. My też tak żyjemy.
 
 
Franek z Emilką
 
 
Emilka wie o tym, że brat może w każdej chwili odejść?
 Wie tyle, ile sześcioletnie dziecko jest w stanie zrozumieć. Są z Frankiem bardzo związani. Ona też przeszła swoje, przecież jak Franek się urodził, byłam z nim pół roku w szpitalu. Jeździła po dziadkach, czuła się odrzucona, nie rozumiała jego choroby. Dlatego dla niej też walczę, bo wiem, że śmierć brata byłaby dla córki ogromnym stresem.
 
Można rzec jednak, że świadomie skazała pani córkę na takie przejścia…
 Cóż, nie mam wyrzutów sumienia, mówiłam, że życie nie zawsze jest proste. Zdrowe dziecko też może zachorować, mnie też może coś się stać. Życie przynosi niespodzianki. Myślę, że Emilka da radę i upora się z każdą sytuacją.
 
A pani?
 Ja tym bardziej, bo w jakiś sposób oswoiłam się z tym, co się może wydarzyć. Jedno, czego bym pragnęła, to żeby Franek odszedł nagle, nie cierpiał tygodniami, jeśli nie uda się mu pomóc. Ale ciągle wierzę, że zbierzemy na operację, że jest szansa na jego wyleczenie.
 
A co pani sądzi o kobietach, które w podobnej sytuacji decydują się na aborcję?
 Nie chcę ich oceniać, to są ogromne emocje i stres. Nie zawsze te decyzje są samodzielne. Są naciski partnera, rodziców, to bardzo trudne, skrajne sytuacje. Jestem natomiast przeciwna aborcji na żądanie. Uważam, że jak dorośli ludzie uprawiają seks, to powinni liczyć się z tym, że będzie ciąża. Daj więc dziecku żyć, nie zabija, jeśli nie chcesz wychować, oddaj. Trzeba być w życiu odpowiedzialnym.
 
A  świadome urodzenie dziecka, na leczenie którego nie ma się pieniędzy, jest odpowiedzialne pani zdaniem? Liczenie na obcych ludzi, którzy pomogą albo i nie?
 Nigdy nie wiemy, co się wydarzy. Nawet jak urodzimy zdrowe dziecko. Może przecież zachorować. Ja uważam, że państwo powinno refundować takie zabiegi, jeśli w Polsce lekarze są bezradni. System postawiony jest na głowie. Pracujemy razem z mężem, płacimy podatki. Jeśli TK orzekł, że aborcja w przypadku wad jest niezgoda z Konstytucja, to rolą państwa jest zapewnić leczenie i opiekę takim dzieciom. Bo nie jest wcale łatwo patrzeć na chore dziecko, któremu można pomóc, a tylko pieniądze stoją na przeszkodzie. Ja w szpitalu zazdrościłam kobietom, których dzieci umierały dwie godziny czy dwa tygodnie po porodzie, bo nie wiedziałam jak z moim synem będzie. Franek jednak wszystkich zadziwia, żyje wbrew rokowaniom, ma się naprawdę dobrze, jak na stan, w którym się znajduje. Dlatego pozostaje mi wiara, że uda się go uratować.
 
Rozmawiała Magdalena Gorostiza 
 
Możecie pomóc w leczeniu Franka - https://www.siepomaga.pl/serduszkofrania
 

Tagi:

pomoc,  Franek,  choroba, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Podobne artykuły:

Powrót