Urodziła się jako wcześniak i przez pierwsze miesiące walczyła o życie w inkubatorze. Podczas rutynowych badań wykryto nieprawidłowości, których przyczyną, jak się później okazało, było mózgowe porażenie dziecięce. Dla młodych rodziców dziewczyny był to szok. Diagnoza nie pozostawiała złudzeń. Według lekarzy Marta miała nie mówić, nie chodzić i nie rozwijać się normalnie. Może przy odrobinie szczęścia mogła skończyć szkołę specjalną i to miało być szczytem jej osiągnięć. O liceum lub studiach nawet nie miała co marzyć. Najlepiej byłoby od razu oddać ją do do ośrodka i tam uczyć życia na miarę swoich możliwości - mówili lekarze.

Marta ukończyła trzy kierunki studiów magisterskich: (dziennikarstwo, filologię Klasyczną, logopedię). Jest też nieprzysięgłym tłumaczem języka angielskiego. Zaczęła swoją pierwszą pracę. Teraz nie wie, jak długo pożyje, bo istnieje ryzyko, że poluzowany implant przerwie rdzeń kręgowy. To może nastąpić dosłownie w każdej chwili.

 

- Żeby dojść do sprawności, która mam, miałam 20 zabiegów w Polsce, 5 w USA. Ból, blizny, ortezy, gipsy. Niewyobrażalny strach. To cena, którą zapłaciłam za szansę na uniknięcia wózka. Za to, że będę mogła się sama umyć, pracować i myśleć o normalnym życiu. Niestety, to wciąż nie koniec mojej walki – mówi Marta.

 

A walczy od urodzenia. Jej rodzice cały czas wierzyli w swoje dziecko i postanowili się nie poddawać. Wizyty u specjalistów, godziny stymulacji, ćwiczeń w domu, rehabilitacji, a także liczne zabiegi operacyjne sprawiły, że dziewczyna nie tylko prawidłowo rozwijała się intelektualnie, lecz także zaczęła samodzielnie chodzić.

Nie było lekko. Kiedy jej rówieśnicy bawili się i chodzili na pierwsze randki, ona leżała zakuta w gips, wierząc, że będzie samodzielnie się poruszać. W końcu się udało. W 2008 roku zatańczyła nawet na swojej studniówce.

Jednak w 2009 roku podczas rutynowego zabiegu nogi doszło do powikłań. Błąd techniczny przy zakładaniu zespolenia uszkodził Marcie staw biodrowy i sprawił, że obie kości udowe połamały się jak zapałki, co posadziło ją na wózek na całe 7 lat. W Polsce nikt nie podjął się rekonstrukcji złamanych nóg ze względu na ryzyko. Ratunek znalazła w Klinice dr Paleya w USA , gdzie w 2016 roku przeszła serię rozległych i bolesnych operacji rekonstrukcji nóg, na które udało się zebrać środki dzięki pomocy darczyńców i uporowi jej i jej rodziców. Polski system odmówił refundacji leczenia, pomimo wskazań do zabiegu za granicą.

Bliscy walczyli i udało się. Z kliniki w USA do Polski wróciła samodzielnie chodząc, choć wcześniej nikt w to nie wierzył. Udowodniła, że nie ma rzeczy niemożliwych.

- Moja choroba nauczyła mnie pokory, mogę mieć żal do losu, tylko co to da? Walczę ze swoimi ograniczeniami, muszę pokonywać sama siebie. Mam wkoło życzliwych ludzi, walczę, staram się żyć w miarę normalnie – mówi Marta.

Niestety to trudne, bo ból znowu wrócił. Marta żyje z nim non stop już od dwóch lat. W skali od 1 do 10 ocenia go na 8. Jest rozdrażniona, nie śpi po nocach, leki nie bardzo pomagają.

- Nie jest dobrze. Mój problem z kręgosłupem jest ogromny. Znów zaczyna poluzowywać się implant, który w każdej chwili może wejść w rdzeń i go uszkodzić. Wszyscy neurochirurdzy, którzy operowali mnie do tej pory nie ustawili prawidło balastu i płaszczyzn kręgosłupa, co powoduje znaczny wzrost sił i przeciążeń i wyrywa śruby. By to zmienić, konieczna jest ratująca, bardzo skomplikowana (obarczona prawie 60-procentowym ryzykiem) operacja. Operacja nie na 3, czy 4 godziny, ale operacja trwająca nawet kilkanaście godzin. Mój kręgosłup ma zostać złamany na pół i ustawiony ponownie na śruby. Podobnie miednica. Muszę przez to przejść, by być sprawna i przede wszystkim żyć. Tak, bo teraz walczę też o życie. To nie jest zwykła stabilizacja lub wymiana kręgu czy operacja skoliozy. U mnie to będzie wojna. Nie ułatwia tego też fakt, że kręgosłup operowany będzie po raz siódmy. Ryzyko jest ogromne, ale bez tego zabiegu nie mam szans – mówi Marta.

 Marta ciągle walczy o sprawność.

Marta jest znowu na wózku, bo uciśnięte są nerwy, a poluzowany stary implant w każdej chwili może wejść w rdzeń i go uszkodzić, pozbawiając dziewczynę nie tylko sprawności i powodując paraliż, ale też zagrażając jej życiu i oddechowi. Koszty operacji są ogromne - 120 tys. złotych. Operacja odbędzie się w Polsce, ma być wykonana przez lekarza poleconego przez zespół amerykański.

- Niestety, tylko prywatnie, gdybym chciała czekać na kolejkę z NFZ to miałabym zabieg za 7 lat. Nie dożyję. I nie wyobrażam sobie kolejnych lat w takim cierpieniu. Mam żal do mojego państwa, że nie chce sfinansować mi zabiegu. Jestem młoda, mam dopiero 34 lata, jestem dobrze wykształcona, chcę być samodzielna, chcę pracować, zarabiać na to państwo płacąc podatki – mówi Marta.

Jest zmęczona zbiórkami, bo stale prosi o pieniądze, wyciąga rękę do ludzi. A to wcale nie jest łatwe. Ale liczy się każda złotówka i Marta wie, że bez ludzi dobrej woli nie ma żadnych szans. Że jej życie zależy od powodzenia kolejnej zbiórki.

- Mogłabym mieć operację nawet jutro. Mogłabym żyć bez bólu, wrócić do dawnej sprawności. Tylko nie mam na to pieniędzy, a to powoduje poczucie frustracji Jestem dorosła, teoretycznie nie umieram. Mój los niewiele osób obchodzi. Szczególnie teraz w obecnej sytuacji, kiedy na Ukrainie jest wojna. Czasami chciałoby się krzyczeć z bólu i bezsilności. Mnie i tak los dużo zabrał – mówi Marta.

Magdalena Gorostiza

 

Mozna pomóc Marcie wpłacając na jej zbiórkę: https://www.siepomaga.pl/operacjamarty

Tagi:

pomoc,  Marta Szwonder,  społeczeństwo, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót