Ryszard Kwitek ma w sobie dużo żalu, do byłej żony, do urzędników, do sądów. Jest, jego zdaniem, ofiarą systemu, pozbawiono go mieszkania, na starość został z niczym. Komornik nawet wszedł na jego emeryturę.

- Co ze mną będzie, jak sobie poradzę? - pyta.

 

Zacznijmy jednak od początku, bo historia jest długa. W 1986 roku Ryszard, wówczas pracownik lubelskiego Ursusa, dostaje przydział na mieszkanie na jednym z lubelskich osiedli. Mieszkanie jest służbowe i traci się je w przypadku rozwiązania umowy o pracę. Wprowadza się do niego z żoną i dwójką dzieci. Za kilka lat powstaje Międzyosiedlowa Spółdzielnia Mieszkaniowa MSM w Lublinie i mieszkanie staje się już mieszkaniem spółdzielczym. W 1995 roku Ryszard Kwitek dostaje stosowny przydział na swój lokal. Potem mieszkanie zostaje wykupione, jednak nie zostaje założona księga wieczysta. Małżonkowie mają więc własnościowe prawo do lokalu mieszkalnego.

 

W małżeństwie jednak nie układa się chyba najlepiej, bo żona zostawia Ryszarda i wyprowadza się na drugi koniec Polski. To jej prywatna decyzja i ma do niej prawo. Podobnie, jak ma prawo, by wystąpić o rozwód, który uzyskuje w 2009 roku bez orzekania o winie.

 

W mieszkaniu zostaje Ryszard Kwitek, była już żona występuje z pozwem o podział majątku. 17 czerwca 2011 roku sąd wydaje postanowienie w tej sprawie – własnościowe prawo do lokalu wraz z wkładem budowlanym przechodzi na Ryszarda, ma on spłacić żonę w kwocie 134 150 złotych. Termin spłaty wynosi trzy miesiące od uprawomocnienia się orzeczenia. Potem będą doliczane odsetki za nieterminową zapłatę.

 

- Ja w ogóle nie wiedziałem o tej sprawie, a o wyroku dowiedziałem się dopiero w grudniu, bo wtedy jeździłem w różne miejsca do pracy. Jak tak można? Ja bym się na taki wyrok nie zgodził, niech ona by wzięła mieszkanie, a mnie dała pieniądze – denerwuje się Ryszard Kwitek.

 

Ale awiza były dostarczane, sąd działał zgodnie z prawem. Pytam też Ryszarda Kwitka, co by mu dało, gdyby to żona przejęła mieszkanie? I tak wówczas mieszkanie musiałby opuścić. I najważniejsza rzecz, co zrobił, gdy już dostał wyrok do ręki? Kontaktował się z byłą żoną, próbował się jakoś dogadać? To ważne, bo to kluczowy moment w całej tej historii. Wyrok jest przecież oczywisty.

 

Ryszard zapewnia, że adresu żony nie miał, telefonu nie znał. Trudno w to uwierzyć, bo na każdym piśmie procesowym są dokładne dane. Była żona miała też pełnomocnika, mógł przez niego próbować do niej dotrzeć Jednak Ryszard Kwiatek dalej w mieszkaniu mieszkał, uważając, że tak będzie zawsze. Żony, jak mówi nie spłacał, bo nie miał z czego. Skąd miałby wziąć ponad 130 tysięcy złotych?

 

Tłumaczę, że ze sprzedaży mieszkania, bo to było najprostsze wyjście. Mieszkanie ma 60 metrów kwadratowych, biegły ocenił wówczas jego wartość na około 268 tysięcy złotych, czyli metr kosztował wtedy około 4,5 tysiąca złotych. Sprzedaż była najprostszym wyjściem. Być może mieszkanie sprzedałoby się nawet lepiej, bo jest ładnie położone, wśród zieleni, w spokojnej okolicy. Ryszard miałby pieniądze na spłatę żonę, za resztę mógł kupić sobie niewielką kawalerkę. Może dostałby kredyt i kupiłby większe mieszkanie? Ale to jest dziś tylko gdybanie. Bo Ryszard Kwitek twierdzi, że sądził, że nie mógł sprzedać mieszkania, bo nie miało księgi wieczystej. Jednak nikogo o to nie pytał, nie poszedł w tej sprawie do spółdzielni.

 

Spotykam się z nim u jego sąsiadki, bo sam przecież domu już nie ma. To co mu zostało, to opasłe skoroszyty wypełnione pismami po brzegi. Nakazy, wyroki, decyzje. Studiuję jego historię wnikliwie, wczytuję się w pisma. Nie jestem prawniczką, ale nawet laik widzi, że sprawa jest czysta. Nie ma żadnych budzących wątpliwości wyroków, Tylko Ryszard Kwitek sam brnął w coraz gorszą dla siebie sytuację, ignorując wezwania do zapłaty, na końcu zaś powiadomienie o eksmisji.

 

Ryszard Kwitek ma teczki pełne wyroków, decyzji, urzędowych pism.

 

- Ja się na tym nie znam, nie wiedziałem, co robić, szczególnie że sąd sam wstrzymał licytację mieszkania – tłumaczy mi Ryszard Kwitek.

 

Z zebranych dokumentów wynika jednak jasno, że chodziło wyłącznie o wyjaśnienie nieścisłości prawnych, dość zawiłych, dotyczących spraw spółdzielczych. Była żona rozpoczęła egzekucję w 2015 roku, doszło do licytacji, ale nie było chętnych. Kolejna licytacja miała miejsce w 2017 roku. Mieszkanie wystawione było wówczas ze dwie trzecie ceny wyznaczonej przez biegłego, czyli za 180 tysięcy złotych. Sprzedało się za 3 tysiące więcej. Wówczas sąd musiał uporządkować stan prawny, ale po zrobieniu tego, sprzedaż mieszkania stała się faktem.

Ryszard Kwitek nie rozumie jednak, że ktoś mógł kupić „jego” mieszkanie za tak śmieszne pieniądze, bo przecież jest warte znacznie więcej. Uważa, że to kolejna niesprawiedliwość i chyba jakieś oszustwo. Nie chce zrozumieć, że tak wyglądają licytacje komornicze, więc lepiej unikać ich jak ognia.

 

Nowy właściciel chce żeby Ryszard opuścił jego mieszkanie, bo chciałby ze swojego lokalu korzystać. Ale Ryszard nadal w nim mieszka. Do sądu trafia sprawa o zapłatę z powodu bezumownego korzystania z lokalu mieszkalnego. Czynsz, który Ryszard powinien płacić właścicielowi mieszkania wynosi 1500 złotych miesięcznie. Oczywiście go nie płaci. W międzyczasie w 2018 roku komornik zajmuje Ryszardowi część emerytury. Same odsetki, które jest winny żonie to wtedy już ponad 85 tysięcy złotych, cała kwota do zapłaty z kosztami egzekucji itp. grubo przekracza już 200 tysięcy złotych. Ale Ryszard jakby problemu nie widzi. Nie płaci, nie opuszcza mieszkania, które już nie jest przecież jego.

 

Sprawy toczą się dalej. W czerwcu 2021 zapada wyrok o eksmisję. Jest jednak pandemia i specjalna ustawa chroni lokatorów. Nie mniej jednak, na podstawie wniosku komornika, Ryszard Kwitek dostaje w grudniu 2021 z UM w Lublinie pismo zobowiązujące go do opuszczenia mieszkania i przeniesienia się do lokalu tymczasowego wraz ze swoimi rzeczami. Nie robi tego, bo jego zdaniem lokal nie spełnia żadnych standardów.

 

- Ja Wersalu nie chcę, ale to był jeden pokój 12 metrów kwadratowych, opalany węglem, z wychodkiem na dworze, na pierwszym piętrze. No jak miałem tam mieszkać? Ja mam astmę, schorzenia kardiologiczne – mówi. I nie chce zrozumieć, że lokale tymczasowe czy socjalne nie muszą mieć centralnego ogrzewania i łazienek.

 

Ale od decyzji UM się nie odwołuje. Nie prosi o lokal o wyższym standardzie. Żyje dalej tak, jakby nic się nie działo. Nie oznacza to, że nie szuka jakiejś pomocy. Chodzi do urzędów, biur poselskich, dzwoni do kilku redakcji z prośbą o interwencję. Wszystkie odmawiają, bo tu nie ma żadnych urzędowych zaniedbań, tylko jedna obiecuje zająć się tematem. Ekipa przyjeżdża do Lublina na zdjęcia.

 

W kwietniu 2022 przestaje obowiązywać prawo zabraniające eksmisji. Ryszard dostaje najpierw wezwanie do opróżnienia i opuszczenia lokalu. Oczywiście je ignoruje. W maju przychodzi pismo od komornika o wyznaczeniu terminu eksmisji. Ma się odbyć 21 czerwca w samo południe. Komornik informuje, że opróżnienie lokalu i oddanie go prawowitemu właścicielowi nastąpi bez względu na to, czy ktoś będzie w domu czy nie. Jeśli dłużnik nie opuści lokalu wcześniej, zapłaci koszty eksmisji. Ale Ryszard niczego z mieszkania nie wynosi, nie zabiera nawet najpotrzebniejszych rzeczy, leków czy ubrań. 21 czerwca ma nagranie w telewizji w Warszawie, nagranie do programu, który obiecał się problemem zająć. Dla niego jest to ważniejsze nawet od eksmisji. Pytam go, czemu jednak nie zabrał żadnych swoich rzeczy, choćby tych najpotrzebniejszych?

 

- Myślałem, że w tym programie mi jakoś pomogą, że do eksmisji nie dojdzie. A programu jeszcze i tak nie było w telewizji – mówi bezradnie. Jego wiara w sprawczą moc mediów jest wręcz rozbrajająca. Jakby nie rozumiał, że żaden dziennikarz nie jest w stanie zmienić prawomocnego wyroku ani powstrzymać prawomocnie wykonywanych czynności. Ryszard zdaje się jednak sądzić, że jest inaczej. Nie rozumie, że jego nieobecność ułatwiła tylko zadanie komornikowi. Nie musiał siłą usuwać go z domu. A skoro Ryszard nie podpisał umowy z gminą na lokal tymczasowy, tak naprawdę może być wyrzucony dosłownie „na bruk” ewentualnie odstawiony do jakieś noclegowni.

 

Za jego rzeczy odpowiada wierzyciel, muszą być spisane i odwiezione w bezpieczne miejsce. Ryszard musi je odebrać w ciągu 30 dni, inaczej mogą być komisyjnie zniszczone. Jednak musi zapłacić za przechowalnię i transport.

 Ryszard kwitek pod drzwiami mieszkania, w którym przeżył ponad 30 lat.

 

- Podobno wywieziono moje rzeczy gdzieś pod Radom. Nie mam niczego, nie mam gdzie mieszkać, nie wiem, co mam ze sobą zrobić, nie wiem, jak dalej żyć – mówi Ryszard smutno.

 

Dwa dni spał w samochodzie, jedną noc spędzi u kuzyna. Może znajdzie gdzieś pracę z mieszkaniem, nie ciężką, bo na to nie ma już sił. Dostaje 75 procent emerytury, trudno mu będzie za to wynająć mieszkanie i się utrzymać. Może wystarczy na jakiś pokój kątem u ludzi. Na lokal z zasobów gminy nie ma szans, bo ma zbyt duży dochód. Poza tym w kolejce w Lublinie czeka się wiele lat.

 

Jego sąsiadka mówi, że przecież Ryszard mógł nawet u niej zostawić najpotrzebniejsze rzeczy w kartonach przed wyjazdem do Warszawy. Podkreśla, że to porządny człowiek, bardzo dobry, pomocny sąsiad.

 

- My się tu wszyscy zastanawiamy, jak do tego doszło. Mieszkamy razem ponad 30 lat. Ja osobiście myślę, że on nie wierzył, że naprawdę dojdzie do eksmisji. Nie rozumiem tylko, dlaczego skoro chodził po rożnych urzędach, nikt mu tego nigdy nie wyjaśnił. Że musi te pieniądze żonie oddać. Jemu się chyba wydawało, że to dalej tylko jego mieszkanie, skoro dostał je ze swojej pracy. Nikt tego nie rozumie – mówi sąsiadka.

 Pytam Ryszarda, czemu nigdy nie wziął sobie żadnego prawnika. Odpowiada, że nie było go na to stać. Ale za poradę zapłaciłby kilkaset złotych. Chyba jednak było warto, zważywszy na całą sytuację. 

Znajomy komornik opowiada mi, że eksmisja to czynność, której najbardziej nie lubi. Ale chce, aby ludzie nie patrzyli tylko na jedną stronę medalu, bo to z reguły eksmitowani lokatorzy zasługują na współczucie w oczach innych. Niech ludzie wejdą w skórę wierzyciela, człowieka, który nie może korzystać ze swojej własności, bo ma lokatorów, którzy nie płacą, ale nie chcą się wyprowadzić, a generują tylko długi. Wtedy optyka się zmienia, jeśli postawimy się w takiej sytuacji. Jeśli wyobrazimy sobie, że to my nie możemy się kogoś z naszego domu pozbyć.

 

- Nie zmienia to jednak faktu, że nie jest to czynność przyjemna. Wyrywa się z korzeniami ludzi z azylu, w którym czuli się często  przez całe lata bezpiecznie. Do wielu jakby nie dociera fakt, że nie jest to już ich własność, że na skutek rożnych okoliczności życiowych stracili swoje mieszkanie, choć bywa, że tracą swój dorobek wyłącznie z powodu braku wyobraźni – podkreśla komornik.

 

Magdalena Gorostiza

Tagi:

pomoc,  prawo,  społeczeństwo, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót