Partner: Logo KobietaXL.pl

Mamy razem z mężem ok 11 tysięcy złotych miesięcznie. Ktoś powie, że nam się powodzi. Jak się okazuje, nie bardzo. Nasze stałe wydatki - 1300 zł kredyt na dom, 1600 moje „ pracowe” bo sama płacę ZUS, 220 zł telefony, bo dzieci też już maja na abonament. Paliwo tylko do mojego auta 800 -1100 zł miesięczne ( 800 zł jeśli jeżdżę tylko do szkoły, ale są treningi). Niebawem jadę do sióstr , to boje się policzyć ile paliwo wyjdzie. Mąż paliwo ok 300 zł. 200 zł kot, co dwa miesiące ekstra 260zł, bo żwirek raz na dwa miesiące kupuję. No ale oczywiście, kota mogłabym uśpić, już bym zaoszczędziła…

Prąd płacimy raz na pół roku około 1000 zł (mamy fotowoltaikę, ale instalacja sporo za mała). No i teraz jak trzeba chłopcom ubrania, buty idzie majątek. Nie mam czasu biegać po ciucholandach - żeby coś upolować trzeba bywać regularnie. A rosną - rzadko buty z wiosny wystarczą do jesieni. Starszy sporo czyta, a nie chce czytnika. to potrafi wydać na książki 100 - 500 zł miesięcznie (500 zł to wersja ekstremalna jak pojawi się na targach książki historycznej- teraz w listopadzie się wybieramy).

 

500+ odkładam, choć chętnie bym je oddała i wróciła do mojego poziomu życia sprzed sześciu lat. Odkładamy na przyszłość chłopców. U nas w okolicy 40 km średniej szkoły nie ma. Muszą mieszkać na stancji już w liceum, a to niedługo.

 

Z pensji też miesięcznie odkładamy ok. 3 tys. zł - bo trzeba mieć np. na węgiel - w tym roku 3 tys. zł na 3tony, na wakacje, na niespodziewane wydatki. Muszę wymienić auto, bo moje ma 15 lat i już się rozpada.

Najbardziej w moim wypadku pilnuję wydatków spożywczych, ale frustrujące jest to, że mieszkam daleko od sklepu - zabraknie czegoś to nikt nie poleci 10 km w jedną stronę po czosnek czy masło. Kiedyś jeździłam po duże zakupy do marketów i miałam zapas przypraw, puszek, makaronu. Teraz pilnuję cen z ołówkiem w ręku, a tam zawsze kupi się nadmiar. A przecież mieszkamy na wsi i mamy swoje owoce i warzywa, zrobiłam sporo przetworów. Współczuję ludziom z miasta.


310 km tygodniowo robię wożąc dzieci do szkoły. Wcześniej nie liczyłam i nie zwracałam uwagi na to. Często komuś piekłam ot tak ciasto, ale przy tych cenach prądu i masła, teraz prawie nie piekę, a tak miło było zawieźć komuś coś od siebie. Nie zrobię pierniczków na święta - znów prąd a robiłam setki. A co najbardziej boli - mało ruszamy się z domu.

 

W weekendy jeździliśmy na basen, do kina itp. Dzieci zawsze chcą coś na mieście zjeść i to jest zrozumiałe. Tylko teraz trzeba dobrze przeliczyć - wejściówki gdziekolwiek minimum 100 zł, na restaurację 100 zł na cztery osoby nijak nie wystarczy.

 

Staram się w każde wakacje zabrać dzieci nad morze i w góry, żeby coś nowego pokazać.

 

Nie mamy długów, jakoś wiążemy koniec z końcem, ale ile tak będzie? Wkurzają mnie ceny, kilka dni temu kupiłam mleczne bułeczki - takie zwykłe nie jakieś wielkie opakowanie. W domu sprawdzam paragon 10,99 długo nie kupię, w sumie może i lepiej bo niezdrowe.

Głupie prawko - chciałam zrobić kategorię A. W lipcu kosztowało 1700 zł teraz 2300 zł, miałam się zapisać zrezygnowałam. Bo do tych 2300 zł trzeba dołożyć więcej niż drugie tyle na paliwo, aby dojeżdżać na kurs. I tak powoli lista rzeczy, z których muszę rezygnować robi się coraz dłuższa. Teraz doszedł strach, że Polski Ład zabije moją małą firmę.

 

Beata

Tagi:

życie,  społeczeństwo,  inflacja, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót