Pan Mariusz  nie ukrywa, że życie mocno mu się dało we znaki. Ciągle kłopoty ze zdrowiem, wypadek w pracy. Ma 66 lat i jest samotny, co dwa tygodnie większe zakupy robi mu córka, która mieszka poza Poznaniem.

- Żyje jak w więzieniu, mam mieszkanie na czwartym piętrze, słyszę za oknem głosy, ludzi. Ja tu w zamknięciu, skazany na internet i telewizor. I łaskę czy niełaskę innych ludzi, bo sam nie jestem w stanie niczego załatwić – mówi.

Wiele lat temu miał wypadek w pracy. Budował żurawie, pracował na wysokościach. Roztrzaskała całe kolano. Musiał iść na rentę, skończyły się marzenia o dobrych zarobkach. Przyplątała się cukrzyca. Nerwy, stres, to wszystko sprawiło, że choroba wymknęła się spod kontroli. Dziś wie, że jeśli coś nie tak, natychmiast trzeba iść do specjalisty. On sądził, że sam ureguluje cukier, biorąc coraz to większe dawki insuliny.

- Cóż, za głupie pomysły trzeba płacić, ja zapłaciłem bardzo wysoką cenę, zrobiła się stopa cukrzycowa, w ciągu miesiąca były trzy operacje, raz obcinano nogę na wysokości łydki, potem wyżej, aż w końcu obcięto ją w udzie. I tak zostałem kaleką zamkniętym w swoim mieszkaniu – mówi pan Mariusz.

Próbował zamienić mieszkanie na parter. Ale nie bardzo ma czym szastać, 36 metrów kwadratowych na czwartym piętrze bez windy to nie jest dla nikogo żadna gratka. Gdyby mieszkanie sprzedał, musiałby sporo dołożyć do kupna innego, nawet o mniejszym metrażu. Marzy o małym domku na wsi, być może udałoby się kupić jakieś stare, niewielkie siedlisko. Ale nie jest w stanie się tym zająć, bo jest skazany na siedzenie w domu.

- Żebym mógł zejść z czwartego pietra i znowu być samodzielny, potrzebuję specjalnej protezy. Musi się zginać w kolanie, być wspomagana elektronicznie. Wysłałem zapytania do trzech różnych firm, koszt najtańszej to 128 tysięcy złotych. Dla mnie pieniądze niewyobrażalne – wzdycha.

Założył kolejną zbiórkę w Fundacji Siepomaga. Na starej zebrał 40 tysięcy złotych, nie sądził wówczas, że za te pieniądze protezy dla niego nie da się kupić.

- A NFZ daje ryczałt na protezę w wysokości 5,5 tysiąca złotych, to czysta kpina – wzdycha.

Zbiórka niestety stoi w miejscu, pan Mariusz mówi, że najlepiej są promowane te, na wysokie kwoty, w dodatku dla małych dzieci. Nikogo specjalnie nie obchodzi los takiego faceta, jak on. Napisał swojego czasu do praktycznie wszystkich posłów i senatorów. Tylko jeden wpłacił mu 20 złotych.

- Żeby chociaż się odezwali, odpisali, „trzymaj się chłopie”, coś w tym duchu, nawet dobrego słowa nie było, mają to gdzieś – mówi.

 

Czasami nie chce się już żyć - mówi pan Mariusz.

A on chciałby móc wyjść, zatrudnić się jako portier albo stróż, wyjść do ludzi, czuć się przydatny, zarobić na operację oczu, bo też cukrzyca zrobiła w nich spustoszenie. Liczy się też czas, bo kikut już się wygoił, należałoby go przyzwyczajać do protezy, zadbać o mięśnie w uciętej nodze, żeby nie zanikły. Bo wówczas proteza też nie pomoże mu żyć.

Dlatego pan Mariusz miewa rożne myśli i jak mówi mi te słowa to płacze: Są chwile, że mam ochotę łyknąć wszystkie proszki, które mam i zasnąć na wieki. Bo po co mi takie życie? To psychiczne umieranie, w zamknięciu, w samotności. Mam czasami wrażenie, że już nigdy nie wyjdę z tych czterech ścian, że ten koszmar nigdy się nie skończy.

Magdalena Gorostiza


Możecie pomóc panu Mariuszowi wpłacając na https://www.siepomaga.pl/mariusz-grzeskowiak

 

Tagi:

pomoc,  proteza,  Mariusz Grześkowiak, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót
Wyszukiwarka
Newsletter
zapisz