Mało osób wie o tym, że dziś w karetce lekarzy już praktycznie nie ma. Do wypadków, ciężkich, nagłych zachorowań jeżdżą przede wszystkim ratownicy medyczni i pielęgniarki lub pielęgniarze. Musicie poradzić sobie w każdej sytuacji.

Tak jest. W każdym zespole „podstawowym” muszą być co najmniej dwie osoby z wykształceniem medycznym. Jeśli zespół liczy tylko dwie osoby to kierowca musi też być albo ratownikiem, albo pielęgniarzem. Jeździmy do wszystkiego, od bólu brzucha czy głowy począwszy po najcięższe wypadki i zatrzymania akcji serca skończywszy. Są także zespoły „Specjalistyczne” w skład których wchodzą co najmniej trzy osoby medyczne w tym lekarz. Jednak jest ich stosunkowo niewiele.

 

Jest stres, czy można się przyzwyczaić?

Czasami jest, ale po latach pracy, a ja mam prawie 20 lat doświadczenia, nie przeżywa się już bardzo każdego wyjazdu. Swojej pierwszej reanimacji nie zapomnę do końca życia, ale kolejne nie robią już takiego wrażenia. Nie dałoby się pracować, gdybyśmy myśleli o tym nieustająco. Niewątpliwie zapadają w pamięć wyjazdy do dzieci, szczególnie, gdy nie uda się ich uratować. Miałem dwa takie przypadki których nie zapomnę. Jeden z nich to była najprawdopodobniej tzw. „śmierć łóżeczkowa”. Dziecko miało ok. 2 miesięcy. Rodzice obudzili się rano a ono nie dawało oznak życia. Podjęliśmy resuscytację, ale niestety, nie udało się go uratować. Drugi to wypadek samochodowy w którym kilkuletni dzieciak poniósł śmierć na miejscu. To siedzi w człowieku.

 

Jest żal, gdy ktoś umiera, nie da mu się pomóc?

Mając świadomość, że działałem zgodnie ze sztuką medycyny ratunkowej, że niczego nie zaniedbałem, to może żalem bym tego nie nazwał, to bardziej coś z kategorii porażki. Jak się jest ratownikiem medycznym, trudno uniknąć spotkań ze śmiercią, to jest wpisane w nasz zawód.

 

Czasami też doświadczacie niebezpiecznych sytuacji, agresji ze strony wzywających. To częste przypadki?

Jeśli nawet nie bardzo częste, to bywa że groźne i wkurzające. Często gapie nagrywają naszą pracę telefonem, co jest irytujące w jakimś stopniu. Czasami obwiniają nas się, że pacjent natychmiast nie zdrowieje i nie staje na nogi. Również osoby nietrzeźwe są często agresorami. Mieliśmy kiedyś wezwanie do nieprzytomnego człowieka. Na miejscu okazało się, że jest on ciężko ranny w brzuch i nastąpiło zatrzymanie krążenia. Natychmiast podjęliśmy resuscytację. Chwilę potem okazało się, że osoba wzywająca zadała mu te ciosy. Stał przy nas i wykrzykiwał, że jeśli go nie uratujemy to nas "zapier...". Raz zostałem uderzony w twarz, taka praca, co zrobić.

 

W pandemii bywało ciężko?

Podczas pierwszej fali, gdy był lockdown i relatywnie mało zachorowań, było bardzo mało wyjazdów. Naprawdę był spokój. Dramat zaczął się podczas drugiej, jesiennej fali. Wtedy nie wiadomo było, ile czasu przyjdzie nam w ambulansie, w kombinezonie spędzić. Karetki stały pod szpitalami po kilkanaście godzin. Rekord, który ja zanotowałem to oczekiwanie na przekazanie pacjent do SOR od godziny 21 wieczorem do godziny 13 następnego dnia. Ale zespoły się wtedy zmieniały, możemy być w kombinezonie teoretycznie 4 godziny, potem traci on właściwości ochronne. Zdarzało się, że byliśmy i po 6 godzin. Częstą sytuacją było dowożenie tlenu dla pacjenta oczekującego w karetce na przyjęcie do SOR-u. Naszym zadaniem było utrzymanie pacjenta przy życiu podczas oczekiwania pod szpitalem. Bywało bardzo ciężko. Podczas trzeciej fali SORy pracowały już sprawniej Do tego doszły szpitale tymczasowe, które znacząco je odciążyły.

 

 

 

Mimo tego, co robicie, w świetle prawa jesteście „innym zawodem medycznym”.

Tak, zrównano nas – bez urazy – z takimi zawodami jak higienistka szkolna, czy grzyboznawca. Min. dlatego też protestujemy. Nie godzimy się na takie traktowanie naszego zawodu. Ale wiadomo, że chodzi o pieniądze, żeby płacić nam jak najniższe stawki.

 

Zostańmy przy pieniądzach. O nie też walczycie w ramach protestu.

Owszem, ale nie o żadne dodatki covidowe, o czym błędnie informują media. Wiedzieliśmy, że one będą czasowe, będą tylko podczas pandemii. Nam chodzi o dodatek wywalczony klika lat temu, w wysokości 1600 złotych. Był wypłacany w transzach. I teraz od lipca ma zniknąć. Nie zgadzamy się na to. Chcemy też podwyżek, nie godzimy się na to, by nasze zarobki nagle znowu były niższe niż dwa lata temu.

 

Ile zarabia ratownik medyczny?

To zależy, pracując na etacie od ok. 2200 do ok. 4500 zł. Wielu z nas jest jednak na kontraktach, czyli musimy sami płacić składki na ZUS, nie mamy płatnych urlopów itp. Wtedy stawka godzinowa wynosi od dwudziestuparu złotych do ok. pięćdziesięciu (wraz z dodatkiem, który może wkrótce zniknąć). Żeby nasze rodziny mogły godnie żyć pracujemy po 300-450 godzin w miesiącu. Dlatego będziemy protestować aż do skutku.

 

Rozmawiała Magdalena Gorostiza

Tagi:

społeczeństwo,  ratownictwo medyczne, 

Polecane artykuły:

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Podobne artykuły:

Powrót