Jestem właśnie w tym wieku, kiedy obserwuję, jak wielu moich znajomych ma problem ze starymi rodzicami. Często bardzo poważny. Rozpaczliwe poszukiwanie sensownych opiekunek, albo próby pogodzenia swojego życia z opieką. Dylematy, czy znaleźć miejsce w domu starości, ale co ludzie powiedzą? A przecież można tego uniknąć, wystarczyło porozmawiać z rodzicami kilka lat wcześniej, o tym, jak widzą swoją starość?
To prawda, ale taka rozsądna postawa i szczera rozmowa to prawdziwa rzadkość. Najczęściej starsi ludzie uważają, dość bezkrytycznie zresztą, że całe życie będą sprawni i sobie poradzą. I choć zaczyna brakować sił, stają się coraz bardziej nieporadni, nie ma w nich refleksji, że może warto o tym z dziećmi porozmawiać. Raczej najbardziej popularna jest postawa – „róbta, co chceta”, tak jakby to nie ich dotyczył ten klopot. A jest to problem i to bardzo duży.
 
Nawet jest takie zdanie – myśmy tobie zmieniali pieluchy, teraz twoja kolej. Słuszne?
I tak i nie. Oczywiście dorosłe dzieci mają nawet prawny obowiązek zajmowania się rodzicami, o moralnym nie wspominając. Ale żyjemy w określonych okolicznościach, ludzie pracują, mieszkają w innych miastach, nie mogą ot tak, rzucić wszystkiego i nagle, nie wiedzieć nawet ile lat, zajmować się starym rodzicem. Oczywiście są osoby, które świadomie dokonują takich wyborów, mają do tego prawo. Ale to nie może być przymus, bo nie każdego stać na taką sytuację. I finansowo i psychologicznie. Nie wszystkie dzieci wspominają radośnie swoje dzieciństwa. I wtedy obowiązek zajmowania się rodzicem to jest męka. Robią wówczas tylko tyle, ile muszą, często traktując starą osobę tak, jak oni byli traktowani w dzieciństwie. Choć są też i to wcale nie rzadko zupełnie inne sytuacje. Często niekochane dzieci, szczególnie córki, nagle rzucają się w wir opieki, żeby pokazać, że jednak zasłużyły na miłość. Żeby rodzic w końcu powiedział, że kocha, że docenia. Miałem pacjenta, którego ojciec na łożu śmierci uścisnął mu rękę i na niego spojrzał. Dla tego człowieka to było ukoronowanie miłości ojcowskiej, bo całe życie był ignorowany. Nawet wtedy, gdy przeniósł się do ojca, żeby się niem opiekować. To oczywiście bardzo smutne, kiedy dla dorosłego dziecka taki gest jest jedynym gestem miłości, który zaznał. Ale tak też bywa. Inna postawa to złość, czasami nawet nienawiść wobec starzejącego się rodzica. Dorosłe dzieci potrafią być wtedy nawet dość okrutne, bo ta opieka je przytłacza. To są naprawdę bardzo trudne sytuacje, dla obydwu stron, o ile stary człowiek jeszcze rozumie sytuację, nie jest w stanie dementywnym.
 
Są też dzieci wybierane do opieki od najmłodszych lat wśród rodzeństwa. Na ich barki spływa cały ciężar zajmowania się rodzicami, a rodzeństwu nawet nie śni się pomóc.
Tak kiedyś było, szczególnie w wielodzietnych rodzinach. Dziś, jak się ma jedno, góra dwoje dzieci, trudniej taką rolę wyznaczyć. Ale to ostatnie pokolenie „wybrańców” właśnie teraz zajmuje się rodzicami. Nie są to odosobnione przypadki, ja mam takie pacjentki, bo z reguły są to najmłodsze córki. One były od dziecka tresowane na służące, odsuwane, często traktowane dość niegodnie. Nie sprzeciwiają się narzuconej w rodzinie roli, rodzeństwo ma do nich podobny stosunek jak rodzice. Wszyscy uważają, że należy tylko od nich wymagać, a one bez szemrania spełniają swój obowiązek. Rzadko się buntują, tak naprawdę to dopiero śmierć rodzica może być dla nich wyzwoleniem, choć być może komuś wydawać się okrutne, to co mówię. Tam też często jest ten element pokazania, że jest się wartą miłości, chęć usłyszenia, że się jest ukochaną córką. Mam jednak złą wiadomość, takiej gratyfikacji nie będzie. Rodzice obciążają dodatkowo te córki problemami rodzeństwa albo tlumaczą rodzeństwo z braku zainteresowania. „Zadbaj o brata”, „nie chcemy twojego brata martwić”, „twoja siostra jest taka zapracowana” - to są komunikaty, które łamią tym dorosłym, poświęcającym się dzieciom serca, ale one nie potrafią się przeciwstawić. Tak zostały wychowane.
 
Często dochodzi też do odwrócenia ról. Dzieci zaczynają traktować rodziców, jakby to oni byli ich dziećmi nagle. Ograniczają wydatki, opowiadają o nich, jakby to były osoby pozbawione woli i własnych decyzji. Rozumiem, gdy w grę wchodzi demencja, ciężka choroba. Ale tak często się dzieje nawet wówczas, gdy rodzice są jeszcze zupełnie sprawni.
Czasami trzeba starszych ludzi ograniczać dla ich dobra. Żeby na przykład nie wydawali wszystkiego na cudowne garnki i nie brali chwilówek, zastawiając mieszkanie. Bo tak też bywa. Ale faktycznie, są takie postawy wobec rodziców bezzasadne i one są kiepskim pomysłem. Bo rodzice, którzy czują taką opiekę bardzo szybko się regresjonują. Skoro ktoś się zajmuje, wyręcza itp. to pozwala na bezradność. I to nie jest wcale dobre.
 
Wielu takich sytuacji moglibyśmy jednak uniknąć, gdybyśmy rozmawiali z dziećmi o tym, co mają zrobić z nami na starość. Dam inny przykład – starzy ludzie stają się więźniami własnych mieszkań. Zamiast zawczasu sprzedać mieszkanie na trzecim piętrze bez windy i kupić takie, które będzie dostępne, nie podejmują decyzji. Potem jest za późno, nie mają nawet szansy wyjść na powietrze.
Bo to pokolenie dzisiejszych starców ma inny stosunek do mieszkania. To dobro, które, jak pamiętamy, było bezcenne. Jak je sprzedać? Nie ma mowy. Poza tym, póki jeszcze wchodzą, nawet zadyszani, to i tak uważają, że jeszcze dadzą radę, że nie ma takiej potrzeby. I potem faktycznie jest kłopot. To jest w ogóle spory problem, bo takie rozmowy to u nas temat tabu. W Holandii ludzie przez lata odkładają na hefje – takie mieszkania we wspólnotach dla starych ludzi. Tam jest opieka medyczna, stołówka, wspólne zajęcia, ale oddzielne, własne mieszkania. U nas tego nie ma. Są domy starców od państwowych do drogich, prywatnych. Ale nadal w wielu rodzinach pokutuje przekonanie, że oddanie tam rodzica to prawie przestępstwo. Ale gdyby takie rozmowy wcześniej miały miejsce, wiadomo by było co robić, jakie podejmować decyzje. Ja sądzę, że tak około siedemdziesiątki to już warto usiąść z dziećmi i porozmawiać na ten temat. Bo przecież nie powinno chodzić o to, by bezwzględnie egzekwować spłatę długu za te nieszczęsne pieluchy. To jest też objaw egoizmu. Moim zdaniem, nie wolno zmuszać dzieci do tego, by porzucały swoje życie, rezygnowały z niego, żeby zająć się starym rodzicem. Oczywiście nie mówię tu o doraźnej pomocy, typu zawiezienie do lekarza czy zrobieniu zakupów. Ale jeśli rodzic wymaga opieki 24 godziny na dobę to jest to ogromne obciążenie dla dzieci. I takie sytuacje są na starość częste, są do przewidzenia. Warto o tym wcześniej pomyśleć, bo opieka z łaski, wymuszona, może zamienić się w swoistą torturę, dla obu stron. Więc porozmawiajmy o tym wcześniej. Dla swojego dobra i dla dobra dzieci.
 
Rozmawiała Magdalena Gorostiza
 

Tagi:

starość,  opieka,  dom starców, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Podobne artykuły:

Powrót