Reklama:
O tym, czy faktycznie to matki są za wszytsko odpowiedzialne i co robić w podonych sytuacjach rozmawiamy z psychologiem i terapeutą, Januszem Koczberskim.

Nastała moda na toksyczne matki, na półkach księgarni coraz więcej książek na ten temat. Wszystkie życiowe porażki można już wytłumaczyć – to wina wychowania, złej, zimnej, wyrachowanej, egoistycznej matki. Zgadza się pan z tą teorią?

 

Nie wszystkie - a nawet stosunkowo niewiele – „życiowych porażek” można wytłumaczyć niewłaściwą postawą matki. Po pierwsze w zasadzie żadna kobieta, zanim stanie się matką, nie wie z czym macierzyństwem się wiąże ani jak sobie z nim radzić. Większość kobiet – mniej czy bardzie świadomie – „pamięta” zachowania własnych matek i babek (a to już nie to samo), nie wiedząc zupełnie ani w jakim celu, ani z jakich powodów, stosowały one takie a nie inne metody. Matki i babki często też nie umiałyby na te pytania udzielić odpowiedzi, bo same „odziedziczyły” po swoich przodkiniach wzorce wychowawcze, które stosowały, ale których nie rozumiały.

Po drugie dziecko to „zjawisko” wyjątkowe. Ma zapisany w genach nie tylko wygląd, ale i podstawowe parametry zachowania – temperament. Temperament określa szybkość, siłę i przebieg procesów w układzie nerwowym, które determinują wszystkie nasze relacji ze światem ludzi i przyrody. Dziecko o temperamencie reaktywnym, (pobudliwe) będzie miało „delikatny” sen, z którego łatwo je wybudzić. Będzie się łatwo zaciekawiało nowymi bodźcami, łatwo rozpraszało, a trudniej będzie wygaszać jego pobudzenie – mogą pojawiać się problemy z zasypianiem. Dziecko reaktywne i introwertywne będzie dla rodzica – matki, mało zrozumiałe, będzie sprawiało wrażenie „odosobnionego”, a dziecko ekstrawertywne będzie z kolei wszystko przeżywało nadmiarowo, bardzo intensywnie i „nie do ogarnięcia”.

Po trzecie – dziecko nie rodzi się jako „tabula rasa” – życie płodowe kształtuje już podstawowe emocje, pierwsze niejasne skojarzenia, pojawiać się może zaindukowany lęk, ale pojawiają się również zaburzenia rozwoju płodu – genetyczne lub epigenetyczne zmiany w kształcie i funkcjonowaniu organizmu dziecka. Poród jest zarówno dla matki jak i dla dziecka przeżyciem dramatycznym i też pozostawia po sobie „ślad”. Jeśli matka w trakcie ciąży była emocjonalnie rozdarta, zalękniona, agresywna lub bezwolna – pozostawia to ślad biochemiczny w organizmie dziecka.

Konstruktywne macierzyństwo w dzisiejszych czasach nie jest już prostym odwzorowaniem prastarych mądrości – choć nie należy z nich całkowicie rezygnować – ale z drugiej strony nie ma jednego sprawdzonego i „pewnego” sposobu na skuteczne wychowanie. Dzisiaj potrzebna jest rozległa wiedza o metodach i technikach wychowawczych i o zróżnicowaniu ich efektów, w zależności od specyfiki wychowywanego dziecka, okoliczności wychowywania i zaangażowanych w nie osób.

Brak powyższych umiejętności jest – niestety – raczej oczywistością. Nawet osoby o wykształceniu pedagogicznym, nie radzą sobie w tej sytuacji. Jedynym wyjściem wydają się być grupy samopomocowe/warsztaty umiejętności wychowawczych trwające przez cały proces dorastania dzieci. Wydaje się, że tylko „pozioma” wymiana wiedzy i praktycznych umiejętności młodych matek może być panaceum na ten stan rzeczy.

 

Rzadko też mówi się o tym, że nawet te „toksyczne” matki przecież robiły to, co wydawało im się najlepsze. Że przecież każda matka - pomijając przypadki patologiczne – chce dobrze dla swojego dziecka. Potem jednak, pomimo swoich starań, dowiaduje się, że i tak wszystko było źle…

 

Z perspektywy gabinetu terapeutycznego można powiedzieć, że bardzo często (zadziwiająco często) babki i matki przekazują córkom specyficzną postawę – uczą córki, jak mają się one „ustawić” i „odnaleźć” w roli usłużnej wobec męża, dzieci no i – oczywiście – wobec samej babki/matki. Taka „hierarchiczna” postaw babek i matek była zrozumiała w ich warunkach społecznych, w czasach ich dorastania i młodości. Dzisiaj już nie jest adekwatna do świata – a przynajmniej nie jest „naturalnie” adekwatna – trzeba się starać, żeby taką postawę uruchomić i utrzymać.

Jest też prawdą, że kobiety z „pamięcią” wojny – może nawet niekoniecznie z pamięcią osobistą, wystarczy przekaz ustny – miały zupełnie inną hierarchię wartości. Walka z codzienną agresją i przemocą, biedą i głodem, problemy z ubraniem siebie i dzieci, z mieszkaniem, brakiem bieżącej wody i ogrzewania, i tego typu trudności codzienne stanowiły treść ich zabiegów i oś zmartwień – postawy wobec innych ludzi, godność osobista, wartości uniwersalne były daleko poza codziennymi rozważaniami.

Matki przerażone, zastraszone, zakażały dzieci lękiem, który prowadzi do postaw lękowych (naśladowanie) albo wprost przeciwnie do zachowań i postaw agresywnych (inwersja). Matki agresywne wywoływały w dzieciach dokładnie takie same efekty – lękliwość lub agresywność, albo połączenie jednego z drugim.

Matki „nadgorliwe” – usiłujące „naddać” swoim dzieciom to czego same nie miały, prowokują najczęściej postawy narcystyczne i egocentryczne, roszczeniowe, cynizm, przemoc i bezwzględność.

Matki „nadliberalne” czy niezaangażowane, najczęściej dają dziecku/dzieciom dużo samodzielności, ale nie wzmacniają osiągnięć i nie budują wiary w siebie ( w nie też nikt raczej nie wierzył, albo wiary miały za dużo). Ale wszytskie robią tak, bo przecież nie umieją inaczej, nie ze złej woli. Macierzyństwa nikt przecież nie uczy.

 

 

I obecne dzieci świetnie to wykorzystują. Walą na oślep, bez krztyny empatii, bez jakiegokolwiek szacunku czy zwykłego poczucia wdzięczności, bo przecież matka musi wszystko znieść… Skąd ta bezwzględność u dzieci, które już same są dorosłe i wydaje się, że powinny więcej zrozumieć?

 

 

Dziecko jest „zjawiskiem” empatycznym. Przez pierwszych dwadzieścia kilka miesięcy, nie umiejąc się komunikować werbalnie jest niejako skazane na empatię i „odczytywanie” postaw i intencji otoczenia, i robi to doskonale. Jeśli dorośli wzmacniają empatię i „rezonują” z dzieckiem, to przyswaja sobie ono empatię świadomie, uczy się nią posługiwać i stosuje tam gdzie mu się to „opłaci” – czyli tam, gdzie empatia znajduje odzwierciedlenie i stanowi sposób nawiązywania porozumienia i budowania relacji opartych na wzajemnym szacunku. Dziecko, które uczy się wykorzystywania empatii w sposób manipulacyjny, staje się bezwzględne, dąży do egocentrycznych celów, traci wrodzoną (w większości przypadków istniejącą) wrażliwość i skłonność do kooperacji i współczucia.

Umiejętne stawianie granic, właściwe wymagania, nauczenie kooperacji i współpracy, współodpowiedzialność np., za zabawki, to sposoby na wzmacnianie wrażliwości i budowanie szacunku dziecka dla rodzica. Szacunek rodzica dla dziecka nie powinien być zasłaniany „miłością”, która powoduje, że matka/rodzic niczego nie wymaga, bo przecież dziecko jeszcze tyle się namęczy w życiu….

Dziecko stosunkowo szybko uczy się – nawet agresji, bezwzględności i braku empatii. Jeśli w domu rodzice spełnią należycie swoją rolę – przychodzi czas przeniesienia „domowych” umiejętności na zewnątrz – do przedszkola, piaskownicy, na plac zabaw. I tu następuję drugie „formatowanie” charakteru – przez rówieśników. Wpływ może być dramatyczny – dziecko przynosi do domu wulgaryzmy, agresję, bunt, zaczyna łamać ustalony porządek rzeczy. Niedojrzały rodzic – reagując podobnie – uruchamia „wyścig zbrojeń”, licytację, kto będzie głośniejszy, bardziej agresywny, krzykliwy. Wygra – jasne, ale nie na długo. Dziecko mu „odpłaci” za kilka lat.

 

Co robić, jak się zachowywać w takiej sytuacji? W końcu te dzieci są już często dorosłymi ludźmi. Tolerować, wybaczać? Zerwać kontakty? To wszystko jest dla matek bardzo bolesne. Jak żyć mając toksyczne dziecko?

 

Roszczeniowość, o której Pani wspomina wynika z "podkładania" się matek - mając poczucie winy za to. że nie są "wystarczająco dobrymi" matkami, same się oskarżają - albo "przyznając się" do niepopełnionych błędów, albo maksymalizując konsekwencje błędów popełnianych, ale bywa, że pozwalają sobie i innym obwiniać się o złe samopoczucie dziecka związana np. z normalnym procesem rozstawania się dziecka z "wszechmocą" wczesnego dzieciństwa...(dziecko siedzące u matki na przedramieniu może wszystko to co może matka - ma smoka i nie waha się go/jej używać do podporządkowania sobie świata). Nie bierze więc na siebie żadnej odpowiedzialności za swoje zachowania i ich efekty, za swoje porażki i sukcesy (też nie może się nimi cieszyć - może się tylko nimi "nadymać"), ani za swoje życie. Za wszelkie problemy odpowiedzialnymi czyni rodziców (najczęściej matkę, bo ojciec jest "poza zasięgiem"), dlatego też nie może i nie próbuje niczego w sobie zmieniać - domaga się pozostania dalej dzieckiem z całą dziecięcą omnipotencją i brakiem konsekwencji za własne działanie i/lub zaniechanie, a jednocześnie żąda posiadania wszystkich praw dorosłego beż żadnej za dorosłość odpowiedzialności.

Dziecko takich matek - mających poczucie winy, że nie są odpowiednie - często dostaje więcej przyzwolenia, opieki, gratyfikacji niż na to zasługuje. Matka "odejmie" sobie, mężowi, żeby dać dziecku - czas, uczucia, słodycze, ubrania, etc., etc. Nie uczy powściągliwości, samokontroli, rezygnacji, odroczenia gratyfikacji, nie uczy, że w życiu jest coś za coś - daje co tylko może - wychowuje życiową meduzę stworzenie psychicznie mięciutkie, nieodporne, nie radzące sobie z życiem na lądzie......

Nie da się z tym żyć spokojnie - albo matka się wreszcie zbuntuje i powie dziecku kilka prostych prawd podstawowych np., że po osiemnastym roku życia każdy musi brać na siebie odpowiedzialność za własne życie, bo nikt - ani matka, ani ojciec, za dziecko jego życia nie przeżyje ono będzie "konsumować" to kim i jakie jest, więc musi się zastanowić, czy "opłaci" mu się "zwalać na matkę.....

- albo matka się pogodzi ze stanem rzeczy i nauczy się nieco dystansować, ale ta taktyka jest nieskuteczna, daje matce tylko powierzchowną ulgę na moment.

Trzeba kiedyś raz na zawsze nazwać i dookreślić matki "winy" i matki zasługi, zbilansować je i zacząć żyć w dorosły sposób - zarówno matka jak i dziecko.

 

Ale nawet z pana słów wynika, że to matki są winne… Nie umiały wychować i kropka.

 

Nie ma wsparcia i tu leży "wina". Nie powinno się mówić o winie - raczej o samotności i niewiedzy, o niedojrzałości itd. Problem w tym, że ostatecznie to matka "się boryka" z dzieckiem i to matce się "przypisuje" winę. Przypisują zarówno dzieci jak i inne matki, ojcowie, księża i cała reszta "mędrców", a samotności matki i tak nikt nie zrozumie.

Częściej matki same się "biczują" sugerując i wmawiając sobie i otoczeniu, że nie były "wystarczająco dobrymi matkami", biorą na siebie winy niepopełnione, albo traktują normalne, ludzkie zachowania własne (np złość) jako "kardynalne błędy", które "zniszczyły dziecku szczęśliwe dzieciństwo" i teraz "uniemożliwiają dziecku" szczęśliwe życie - takich "samooskarżających matek jest dużo więcej. Wprost oskarża się się mniej więcej połowa (choć to tylko szacunek - nie statystyka), a nie wprost - pozostałe (mniej czy bardziej, ale jednak). A dodatkowo moda na „toksyczne matki” potęguje to zjawisko. Tymczasem tak jak powiedziałem na początku – tak naprawdę tylko znikomą ilość życiowych porażek można przerzucić na matkę. Każdy jest za siebie odpowiedzialny i sam kształtuje swoje życie.

 

Rozmawiała Magdalena Gorostiza

Tagi:

matka,  toksyczna matka,  dziecko, 

Loading...
Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Zostaw komentarz:


    Brak komentarzy
Powrót
Wyszukiwarka
Najnowsze
Reklama:Inpost
Newsletter
zapisz
Reklama:
Loading...