Wczoraj rano, 24 stycznia, wylądowałam na Okęciu, przyleciałam z Mombasy. Nowe rozporządzenie, obowiązujące od soboty 23 stycznia, weszło jak dla mnie trochę za późno w życie. To ono zwalnia z kwarantanny po powrocie do Polski, pod warunkiem posiadania negatywnego testu. Dlaczego jednak testu nie mogę zrobić w kraju zaraz po przyjeździe i dzięki niemu uniknąć siedzenia w domu? Tego nijak zrozumieć nie potrafię i nie wiem, czy jest ktokolwiek, kto jest to w stanie sensownie wytłumaczyć. Ale takich absurdów jest znacznie więcej.

Wylądowałam przed siódmą rano, odprawa ciągnęła się dość długo, bo straż graniczna zapisywała dane wszystkich osób kierowanych na kwarantannę. Zwolnieni mogli zaszczepieni podwójną dawką i ponoć ozdrowieńcy, ale ozdrowieńcy już wedle decyzji swojego miejscowego sanepidu. Przede mną stał pan ze stosownym zaświadczeniem i słyszałam dość długą dyskusję na ten temat.

Ja ani zaszczepiona, ani ozdrowieniec. Wyjeżdżając do Kenii musiałam mieć negatywny test na Covid-19. Spędziłam tydzień na świeżym powietrzu, w dużym hotelu, zamieszkałym może przez 30 osób. Nie byłam z nikim obcym ani razu w zamkniętym pomieszczeniu. Oczywiście, zarażenia nigdy nie można wykluczyć, ale w tej sytuacji każdy po powrocie z supermarketu powinien odbywać kwarantannę…

Po spisaniu mnie na lotnisku, otrzymałam informacje, że kwarantanna zaczyna się o godzinie 24.00… W praktyce mogłabym więc krążyć do północy po znajomych czy po sklepach, gdyby to był dzień powszedni i robiłabym to w majestacie prawa. Kolejny absurd, który naprawdę trudno zrozumieć. Nikogo nie obchodzi, jak wróciłam do domu. Zatłoczonym pociągiem czy busem pełnym ludzi. To już wyłącznie tylko moja sprawa.

Z samego rana dzwonię na infolinię, żeby dowiedzieć się jak to wszystko w praktyce ma wyglądać i czy test zrobiony na miejscu zwolni mnie z kwarantanny. Pani mówi, że dostanę informacje na telefon, niestety test z niczego mnie nie zwalnia. Koniec, kropka. Za chwilę faktycznie dostaję automatyczną informację na telefon, że zostałam zakwalifikowana na kwarantannę i mam wgrać aplikację Kwarantanna Domowa. A jak jej nie wgram? Dzwonię na infolinię od aplikacji. Trzeba przyznać, że dodzwaniam się wszędzie bez trudu. Inna pani mówi mi, że aplikacja jest obligatoryjna, co wynika z ustawy z dnia 2 marca 2020 roku. A jeśli mam stary telefon? To składam na infolinii stosowne oświadczenie, ono przekazywane jest na policję. Czy policja może sprawdzić, jak naprawdę mam sprzęt? Pani się waha, ale mówi, że pewnie mają swoje sposoby, jeśli okaże się, że skłamałam, mogę zapłacić mandat 5 tysięcy złotych za podanie fałszywych informacji.

Jesteśmy na gorącej linii z koleżankami, które były ze mną w Kenii. Wieści, które otrzymujemy z tych samych źródeł są sprzeczne, Dorota, która jest pielęgniarką, mówi, że jej powiedziano, że test wykonany w Polsce jednak zwalnia z kwarantanny. Miała już jedną dawkę szczepionki, druga wypada podczas kwarantanny. Czy może wyjść się zaszczepić? Tego na razie nie wie nikt, ale okazuje się, że w systemie nawet nie wpisano faktu podania jej pierwszej dawki.

Dzwonię po raz kolejny na infolinię. Tym razem mężczyzna mówi, że polski test może mnie zwolnić z kwarantanny, jeszcze gdzieś dzwoni i się upewnia. Jak mam na niego wyjść? - pytam. Tego niestety już nie wie, zostaję więc dalej z pytaniem, kto ma w końcu rację.

Mam koleżankę w sanepidzie, dzwonię do niej, może ona cokolwiek pomoże w tej kwestii wyjaśnić. Oddzwania za pół godziny. Z jej informacji wynika, że test nie zwalnia z kwarantanny, ale uwaga! - na lotnisku wpisano mi błędny kod pocztowy i miasto. Sprawdzam w zainstalowanej aplikacji. Faktycznie, zamiast Lublina mam Lubliniec, kod pocztowy kompletnie inny, zgadza się tylko ulica i imię i nazwisko. Maskara jakaś. Aplikacja jednak się nie zbuntowała, choć loguję się w Lublinie, na drugim końcu Polski. Cóż więc daje taka aplikacja, która nie weryfikuje mojego miejsca pobytu? Kolejny absurd.

U koleżanki była w międzyczasie policja, może i mnie szukają w Lublińcu? Kolejny telefon na infolinię od aplikacji. Dodzwaniam się bardzo szybko. Pani sprawdza w systemie, faktycznie jest błąd. A gdybym nie zadzwoniła do koleżanki z sanepidu? Na lotnisku podałam przecież właściwy adres.

Pani nanosi poprawki, mam odinstalować aplikację, za pół godziny wgrać ją ponownie. Trzeba wstawić swoje zdjęcie i mają przychodzić zadania do wykonania. Mam mieć włączony telefon i naładowany 24 godziny na dobę. Być przy nim nieustająco. Dla mnie to kolejny koszmar, bo ja z telefonem nigdy spać nie chodzę.

Mam czekać na nowe zadanie i trzymać telefon przez całą dobę przy sobie.

 

Nijak też nie mogę zrozumieć obowiązkowej kwarantanny, ponieważ przyjechałam zbiorowym transportem. Gdybym leciała choćby z Berlina w to samo miejsce i zostawiła tam na lotnisku samochód, mogłabym normalnie wrócić do Polski, bez żadnych obostrzeń.

Największym absurdem jest jednak kwestia testów. To biura podróży walczyły o taką możliwość, aby negatywny test zwalniał z kwarantanny, żeby przyciągnąć do siebie klientów. Niestety, zwycięstwo jest pyrrusowe, bo chodziło o testy robione w Polsce. Wiele osób będzie obawiać się robienia testów w egzotycznych krajach po doświadczeniach w Egipcie. Tam testy pobierane na lotnisku były często pozytywne, ale turyści opisywali przypadki, że następnego dnia już było inaczej. W grę wchodziła wyłącznie wygórowana opłata za badane.  Dlaczego test wykonany w Polsce z kwarantanny nie może mnie zwolnić? Wszak skoro zaczyna się ona i tak od kolejnej doby, można by było taki test zamówić na dzień powrotu przez internet z każdego praktycznie miejsca na świecie. Wyniki są po kilku godzinach i też trafiają do systemu. Ileś osób wróciłoby wtedy normalnie do swojego życia i pracy. A tak mam tylko niejasne wrażenie, że muszę odpokutować za to, że wyjechałam na wakacje.


Magdalena Gorostiza

Tagi:

podróże,  pnademia,  koronawirus, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Podobne artykuły:

Powrót