Wszystkie miałyśmy wspólny cel - uciec jak najdalej od lockdown i pandemii.

Zanim jednak wsiadłyśmy do samolotu, należało spełnić szereg warunków. zdobyć wizę kenijską, kod QR dla podróżnych i wykonać test na covid-19 bo tylko negatywny test w języku angielskim jest przepustką na białe plaże Oceanu Indyjskiego.

11 stycznia, kilka dni przed wyjazdem, Kenijczycy zmienili przepisy. Okazało się, że testy wymagają specjalnego potwierdzenia dodatkowym kodem TT (Trust Travel) i żę nalezy zrobić test przed powrotem. Zaczęła się nerwówka, biuro podróży niczego nie wiedziało, ogłoszenie na oficjalnej stronie polskiej ambasady w Nairobi było dość enigmatyczne. Okazało się, że na szczęście Polacy nie potrzebują testów wracając do kraju. W mailu, który otrzymałam z ambasady, było wyjaśnienie, że ponieważ internetowa strona dająca kody TT się często zawiesza, na razie Kenijczycy pozwalają na wjazd bez tego kodu.

Wyposażone w teczki pełne papierów, wyruszyliśmy w końcu w podróż. Po męczącym locie i dość długim sprawdzaniu dokumentów na lotnisku w Mombasie, znalazłysmy się w końcu w naszym hotelu. Wybrałam hotel Diani Reef, bez all inclusive, licząc, że dzięki temu unikniemy pijackich śpiewów nad basenem i słuchania o zielonych oczach. Niestety, hotele z all inclusive wybierają często rodacy lubiący mieć drinki w cenie i nie zważając wówczas na współbratymców, którzy przyjeżdżają szukając spokoju i ciszy.

Nie pomyliłam się, do naszego hotelu przyjechało łącznie z nami zaledwie sześć osób, pełne autokary wyruszyły z lotniska w inne miejsca.

Poranek w Diani Reef

 

Hotel jest zajęty w niewielkim procencie, mało ludzi, żadnych problemów ze znalezieniem łóżka na basenie czy na plaży. Dla nas luksus, dla tubylców prawdziwe nieszczęście. Mało gości, to mało pieniędzy, a tu nad brzegiem oceanu kwitnie handel. Świeża woda kokosowa, aloes, biżuteria, pareo, małpy z kokosa, rzeźby - to wszystko można kupić prawie nie wstając z łóżka na plaży. Wystarczy przejść kilka kroków i wejść na publiczną część, bo tubylcy nie mogą przekraczać granicy hotelu, a ochrona pilnie tego strzeże.

 

Od rana na plaży poszukiwanie klientów

Trwa poszukiwanie klientów.

 

Każdy chce coś sprzedać.

 Każdy chce coś sprzedać.

 

Każdy chce coś sprzedać.

 

O pandemii się tu nie myśli, choć personel hotelowy karnie chodzi w maseczkach. Maseczki na brodzie mają nawet Masajowie, bo w miejscach publicznych są obowiązkowe i są wysokie kary za ich nienoszenie.

 

Symbol naszych czasów - Masaj z maseczką

 

Na terenie hotelu turyści jednak ich nie używają. Każdy czuje się bezpiecznie, bo jednak negatywny test, który jest obowiązkowy i traktuje się go jako dodatkową przeszkodę, daje z drugiej strony jakąś tam pewność, że do Kenii zarażeni nie przyjadą. W ostatnim dniu zanotowano tu 176 nowych przypadków i 2 zgony, a miejscowi mówią, że nie znają nikogo, kto by na covid-19 był chory.

Już sam ten fakt sprawia, że ma się wrażenie powrotu do normalności. Chodzenie bez maseczek i możliwość oddychania świeżym powietrzem na pustej plaży jest w czasach zarazy prawdziwym błogosławieństwem. Trudno jednak zrozumieć decyzję rządu o kwarantannie po powrocie, bo ryzyko zakażenia jest tu zdecydowanie niższe niż na zakupach w supermarkecie w Polsce. Ale jeśli chce się uciec od zimna, szarugi i koronawirusa, trzeba kwarantannę wliczyć w koszty.

Kenia poza tym jest pięknym krajem, oferującym wiele atrakcji oprócz spędzania czasu na plaży.Wiele lat temu odwiedziłam wszystkie jej parki narodowe i zapewniam, że warto to zrobić.

Z Mombasy najbliżej jest do Tsavo i tam organizowane są jedno lub dwudniowe safari. Nie warto kupować tych wycieczek już w Polsce. Biura podróży wzięły się na sposób i proponują je klientom jeszcze w kraju albo podczas pierwszego spotkania z rezydentem zaraz po przylocie. Na miejscu taką samą wycieczkę u tubylców kupujemy znacznie taniej - praktykuję to od lat - możemy pojechać w grupie znajomych, możemy sami sobie ułożyć program z organizatorem.

 

 

Danco Chibaga, to on nam organizował wyjazdy.

 

Kontakt do Dana Chibaga miałam od córki, która kilka lat temu spędzała tu wakacje. Jeszcze przed wylotem ustaliliśmy szczegóły wycieczek, bo moje koleżanki bardzo chciały pojechać na safari. Dostały nawet polskiego przewodnika i we trzy miały do dyspozycji samochód. Tsavo i masajska wioska to oczywiście najważniejsze punkty jednodniowego programu.

w Kenii żyją 42 plemiona, Masajowie są chyba już jedynym, w którym kultywuje się dawne tradycje, choć rządy Kenii i Tanzanii próbowali odwieść ich od prowadzenie pół koczowniczego życia. Zamieszkują wioski z chatami zbudowanymi z mieszanki krowiego łajna, błota i patyków. pięcioletnim dzieciom nadal wypalają charakterystyczne znaki na czole i policzkach, w wieku piętnastu lat następuje obrzezanie mężczyzn, przechodzą oni inicjację na wojowników.

 

Masajskie dziecko z wypalonymi znakami.

 

Masajskie tańce.

Jola z masajskimi dziećmi.

 Społeczeństwo Masajów jest silnie patriarchalne. Większość ważnych dla grupy decyzji jest podejmowana przez starszych mężczyzn. Dziś część Masajów w poszukiwaniu pracy pojawia się na wybrzeżu, gdzie sprzedają turystom drobiazgi, do czego zmusza ich sytuacja ekonomiczna. To, że nie są za nikogo przebrani, udowadniają pokazując blizny na policzkach.

Wioskę masajską warto więc obejrzeć, tak jak i warto pooglądać zwierzęta w Tsavo, choć nie jest to najbogatszy w zwierzynę park narodowy Kenii, najciekawszym jest Masai Mara, ale od Mombasy to dość daleko.

 

Zebry w Tsavo.

 

Jeśli ktoś chce liznąć prawdziwej Afryki, warto pojechać do wioski i zobaczyć, jak się żyje tutejszym ludziom. Dan zorganizował nam wyprawę do Mwakamba, gdzie popłynęliśmy łodziami rzeką Kongo. Przybycie białych do wioski zawsze oznacza prezenty dla dzieci i dorosłych - warto zaopatrzyć się w upominki przed wylotem (słodycze, kredki, ubranka dla dzieci), bo wiadomo, że tubylcy oczekuję tego od nas za udostępnienie nam kawałka swojego prywatnego życia. Było więc spotkanie z szamanem, który prowadzi miejscowych do tajemniczej jaskini, gdzie leczy ich z chorób somatycznych i psychicznych, odwiedziny w zwykłej chacie, zobaczenie, jak wygląda wiejska szkoła. Dla kogoś, kto jest pierwszy raz w Afryce, moim zdaniem wycieczka obowiązkowa, bo z perspektywy hotelu wielu rzeczy zwyczajnie nie widać.

 

Miejscowy szaman.

Szaman i poniżej tajemnicza jaskinia.

Jaskinia szamana.

 A tu relacja zdjęciowa ze spotkań z mieszkańcami wioski.

Dorota z Danem - upominki mile widziane. 

W wiosce.

W wiosce.

W lokalnej szkole.

 

ie wioski.

Wnętrze chaty.

Dzieci z wioski.

 

Pandemia pogłębiła i tak trudne warunki życia mieszkańców wybrzeża, którzy przecież liczą głównie na zarobek od turystów. W Kenii lockdown trwał od marca do października, hotele zostały zamknięte, wiele osób straciło pracę i nie ma jej do dzisiaj, bo przyjeżdża garstka turystów. Nasi miejscowi sprzedawcy z plaży mówią o tym z niepokojem, bo wielu z nich musi wyżywić rodziny. Potwierdza to masażystka, Mama Masai, jak siebie nazywa - biznes idzie dość kiepsko.

Mama Masai w swojej budzie na plaży czeka na klientów.

 

Kenijskie plażowe spa to trzcinowe budy stojące na piasku, ale za 10 dolarów można się tam świetnie wymasować, choć nasz sanepid nie dopuściłby rzecz jasna podobnych przybytków do użyteczności publicznej. Ale to jest w końcu Afryka i ja taką Afrykę kocham.

 

Pusta plaża, pełny reset.

 

Jeśli więc zapytacie, czy warto tu przyjechać, powiem jedno - warto. Warto włączyć sobie reset i poczuć się choćby przez tydzień tak, jakby nigdy nie było pandemii. Tutaj o tym, że jest wirus może przypominać wyłącznie pusta plaża. Tak naprawdę teraz do Kenii przylatują praktycznie tylko Polacy, jeden czarter tygodniowo. Tłoku więc nie ma nigdzie. Reset jest pełny.

Magdalena Gorostiza

 
 

Tagi:

podróże,  Kenia,  pandemia, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Podobne artykuły:

Powrót