Reklama:
blocker

Znacie ten portret? Zapewne tak, każdy gdzieś kiedyś go widział, a jeden rzut oka wystarczy, by zapadł w pamięć. Wygląda jak praca dwudziestowiecznego surrealisty, ale powstał setki lat temu, w 1595 roku. 

 

lavinia

Dziewczynka na portrecie trzyma w dłoniach kartkę, na której jak się przypuszcza spisała historię swojej rodziny. Niemal wszyscy jej bliscy cierpieli na tę przypadłość, możemy się więc domyślać, jak wyglądało ich życie. Naznaczone niezrozumiałą innością było nieustannym pasmem upokorzeń - rejestrowanych ciągle okrzyków strachu, grymasów obrzydzenia, odruchów wstrętu.

Ale dziewczynka na portrecie nie budzi odrazy. Ubrana jest w piękną suknię, spojrzenie jej czarnych oczu błyszczy inteligencją, a usta układają się w delikatny uśmiech. Pokazano ją z niebywałym taktem - tak, jakby artysta doskonale rozumiał, ile wrażliwości kryje ta niepojęta inność, jak kruche wnętrze osłania twarz, uznana za wybryk natury. Może wrażenie bierze się stąd, że tym artystą była kobieta? I że również jej życie było zaprzeczeniem tego, co powszechnie uznawano za naturalne i właściwe?

Lavinia Fontana, Autoportret, 1579


Dziwną dziewczynkę namalowała Lavinia Fontana, renesansowa artystka, której prace dziś można oglądać w najsłynniejszych muzeach świata. A biografia malarki dziwi nas niemal tak samo, jak twarz sportretowanej przez nią dziewczynki. Też wygląda nam na wybryk natury, mimo że Lavinii los nie poskąpił ani urody, ani talentu. Zdumiewa nas to, że ona ten talent wykorzystała.

Urodziła się przecież w połowie XVI wieku, a już my dobrze wiemy, jak wyglądało wtedy życie kobiet, nawet tych z bogatych rodzin. Oczekiwano, że znajdą mężów, poprowadzą im dom i wychowają dzieci. A ich własne ambicje? Twórcze pasje? Lepiej, by nie były za wielkie! Wystarczała umiejętność wybrzdąkania paru melodii na szpinecie i talent do haftu, który przydawał blasku kościelnym ornatom. Ale Sztuka przez duże S była domeną mężczyzn i nikt kobiet w tym gronie nie widział ani doń nie zapraszał. A jednak Lavinia się w nim znalazła. I wcale nie musiała pokonywać niebotycznych gór, by osiągnąć, co chciała. Może dlatego dziś jej życie opisywane jest w kategoriach cudów?

Przyszła na świat w rodzinie Prospero Fontany, bolońskiego malarza i rysownika. W tamtych czasach uprawianie sztuki traktowano raczej jako solidne rzemiosło, niż formę ulotnej autoekspresji. Pracownie artystów przypominały małe przedsiębiorstwa, z tłumami uczniów i terminatorów, a ich rozkwit zależał od liczby zamówień. Dla najlepszych to był dochodowy biznes. W dodatku zostawał w rodzinie, jeśli tylko Opatrzność zechciała obdarzyć jej kolejnych członków choć odrobiną talentu. Fontana był szczęściarzem, bo jego córka miała go aż nadto.

Lavinia wyrosła w świecie sztuki i od zawsze czuła się w nim u siebie. Terminowała u ojca, ale jako dwudziestokilkulatka zaczęła już pracować na własne nazwisko. Rozkwitła jej sława zdolnej portrecistki i wkrótce najznakomitsze bolońskie rodziny ustawiały się w kolejce, by zamówić obraz u córki Fontany. Jej portrety miały w sobie jakąś niejednoznaczną delikatność. Wyłamywały się z obowiązującej konwencji upozowanych postaci, wystrojonych w sztywne szaty, z imponującymi kryzami pod szyją. Działały na emocje. Widać to zwłaszcza w wizerunkach dzieci. Współczucie budzi mała Antonietta o zdeformowanej buzi; czułość - maleńki chłopczyk na obrazie niżej, zagubiony w wystawnym otoczeniu i dziwnym łożu przypominającym nagrobek. Portrety Lavinii miały w sobie tę kobiecą miękkość, która przydawała im nowych znaczeń.

Nowonarodzony w łóżeczku, ok. 1583





Portret rodziny, 1598-1600

 

Portret szlachcianki, ok. 1580

 

Głowa młodzieńca, 1606

Kariera zdolnej portrecistki nabierała tempa. Lavinia dojrzewała jako artystka i miała większe ambicje niż dostarczanie wizerunków dobrze urodzonym bogaczom. Zaczęła malować sceny z mitologii, sięgać po wątki biblijne. Dotąd były to tematy zarezerwowane dla mężczyzn, bo kobiety, jak sądzono, nie potrafiły opanować na tyle dobrze sztuki rysunku i kompozycji, by sobie z nimi poradzić. Lavinia zupełnie nie zawracała sobie głowy takimi opiniami i wkrótce jej biblijne sceny zaczęły zdobić ołtarze bolońskich kościołów. Nazwisko Lavinii stało się marką - prowadziła własną pracownię, nie narzekała na brak zleceń ani uczniów. Cud, prawda? A to jeszcze wcale nie koniec!

Wieści o zdolnej artystce z Bolonii dotarły do uszu papieża Klemensa VIII, koniecznie chciał ją mieć w Rzymie. Pojechała. Rozkwitła tam i została do końca życia, ciesząc się poważaniem i wparciem papieża Klemensa, a potem jego następców, malując im ołtarze bazylik i kaplic. Dziś w każdej jej biografii przeczytamy, jak niezwykły był to przypadek, że kobieta-artystka zyskała tak mocną pozycję w Watykanie, że weszła do tego zamkniętego świata. Ale tak właśnie było. Ceniono ją i honorowano, przyjęto w poczet członków Akademii Świętego Łukasza, zrzeszającej artystów i architektów, jej prace wyróżniano medalami - słowem, osiągnęła to, o czym marzył każdy ówczesny twórca. Płeć nie była tu żadną przeszkodą.

Jezus ukazujący się Marii Magdalenie, 1581

 

Wniebowzięcie, 1583

 

 
Judyta z głową Holofernesa, 1600

Myślicie pewnie, że tak czy inaczej musiało to mieć swoją cenę. Że Lavinia pozostała do końca życia singielką, zamkniętą w swojej pracowni, umazaną farbą, skupioną wyłącznie na pracy. Ależ nic z tych rzeczy, kolejny cud! Była mężatką, w dodatku szczęśliwą. Miała 25 lat, gdy poślubiła jednego z bogatych uczniów swego ojca i urodziła mu jedenaścioro (!) dzieci. Gian Paolo Zappi okazał się mężem na wskroś współczesnym - i to w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Trudno uwierzyć, ale naprawdę zrobił to, co zazwyczaj (do dziś przecież) robią kobiety - zrezygnował z własnej kariery, zajął się domem i zaopiekował dziećmi. Wcale nie zabraniał żonie malować. Przeciwnie, wiedział, kogo z nich dwojga Bóg obdarzył większym talentem, i nie zamierzał stawać temu w poprzek. Lubił asystować żonie przy pracy, mieszając farby, cyzelując drobne elementy jej płócien, załamania draperii, wzory tkanin, kontury roślin.

Minerwa ubierająca się, 1613

 

Wszystko to brzmi nierealnie. Cała ta Lavinia Fontana to ewidentnie jakieś dziwo, wybryk natury, całkiem jak twarz dziewczynki na jej najsłynniejszym obrazie. Tak myślicie? Bo ja tak myślałam, kiedy usłyszałam o niej po raz pierwszy. Ale teraz trochę mi wstyd. Bo czy nie jest tak, że za często przykładamy własne miary do cudzego życia, choćby tego sprzed setek lat? Że nasze wyobrażenie o historii kobiet również utkane jest z feministycznych klisz, wedle których obowiązkowo byłyśmy gnębione, niedoceniane, pomijane, spychane w kąt? Owszem, byłyśmy. Ale przecież nie zawsze i nie wszystkie. Najlepszym przykładem Lavinia - dziwna, spełniona kobieta sprzed czterech wieków.

 
(Źródła zdjęć: Web Gallery of Art, Wikimedia)
 

Tagi:

kobietaxl,  lavinia fontana,  malarstwo,  sztuka, 

Loading...
Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Zostaw komentarz:


    Brak komentarzy
Powrót
Wyszukiwarka
Najnowsze
Reklama:
Loading...
Newsletter
zapisz