Reklama:
Reklama:

Kiedy w dzieciństwie słuchałam bajek o Kopciuszku, trudno mi było uwierzyć, że ich bohaterka - to usmolone, kuchenne popychadło - była piękna. Że łachmany i smugi sadzy na policzkach mogły tak skutecznie zakamuflować jej urodę. To jak to? - myślałam sobie. Oni tam wszyscy ślepi byli? Nikt nie widział tych fiołkowych źrenic, perłowych ząbków, kształtnej nóżki? Trzeba było dopiero dziewczynę wystroić w falbaniastą krynolinę i obwiesić klejnotami, żeby ludziom opadły z oczu łuski?
Kiedy trochę urosłam, zrozumiałam, jakie to bałamutne prawdy miała dzieciom wtłaczać do głów ta bajka. Miała im uświadamiać, że uroda nie ma znaczenia, bo nawet brudny kopciuch zmienia się w księżniczkę w oczach zakochanego księcia. Że o pięknie nie decyduje regularność rysów, lecz szlachetność serca. Że najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. I że wszystko to guzik prawda!
Bo ledwie dzieci odrosną od ziemi, jasno widzą, że opowiadano im duby smalone. Przecież tylko naiwniak i dureń zobaczy w brzydkim kopciuchu piękną księżniczkę. Nikomu normalnemu taka historia się nie zdarza! Dlatego w prawdziwym, dorosłym życiu kopciuch tkwi tam, gdzie jego miejsce - w bajce. Jednak niekiedy... bardzo rzadko...  właściwie prawie nigdy, ale...  no cóż... czasem z tej bajki ucieka. Posłuchajcie historii Elżbiety.

 

 


Wyobrażam sobie, co też ona musiała czuć w czasie swojej długiej drogi do Krakowa. Była pewno jednym kłębkiem nerwów! Dobrze wiedziała, jak będzie wyglądać ta chwila, kiedy już stanie przed młodym polskim królem. Zapewne on też, jak wielu wcześniej, wywali na nią oczy i będzie się gapić z otwartą gębą. Już czuła ten wzrok, ślizgający się po jej postaci, widziała to zdumienie, a potem, nie daj Boże, grymas wstrętu?

W takich chwilach - krótkich, bo nie umiała długo chować urazy - czuła złość na swego wuja. Może gdyby w dzieciństwie choć trochę o nią zadbał, nie byłaby taka niewydarzona. Jej kości rosłyby prosto i równo, a figura nie wygięłaby się w znak zapytania. Twarz nie byłaby tak komicznie wąska i długa. I ten groteskowy uśmiech! Nieszczęsna wada zgryzu sprawiała, że siekacze były ułożone niemal poziomo i wystawały z warg, choćby nie wiem jak starała się je zaciskać. I co on... Kazimierz... młody i podobno przystojny... co on powie, kiedy stanie przed nim taka narzeczona? Ucieknie w popłochu, a ją odeśle do domu? Nie, nie, wiedziała, że tego nie zrobi. Nie pozwoli mu dworność, ale przede wszystkim polityczny interes. Przecież Elżbieta jest habsburską cesarzówną, dobrą partią, o którą polski król sam zabiegał! W tym momencie budziła się jej rodowa duma, dodając trochę animuszu, ale duma kobieca... ech... ta leżała w gruzach.

 

Nieliczne wizerunki Elżbiety Rakuszanki. Ze względu na swoją nieszczególną urodę nie lubiła się portretować

 

Kiedy Elżbieta w końcu dociera na miejsce i staje przed narzeczonym, wszystko toczy się tak, jak w jej najczarniejszych snach. Wychodzi jej na spotkanie 27-latek, który pasuje do dziewczęcych marzeń: wysoki i szczupły, ciemnowłosy, o wąskiej twarzy i dużych, nieco skośnych czarnych oczach. Ona patrzy na niego z upodobaniem, ale on... Brwi nad jego czołem zbiegają się w równą kreskę, a przyjemna, miękka i śpiewna mowa, z której Elżbieta nie rozumie ani słowa, zaczyna nabierać twardych tonów. Dziewczyna widzi, że nie jest dobrze!

Kazimierz Jagiellończyk patrzy na Austriaczkę i czuje, jak ogarnia go furia. Teraz już rozumie, czemu wysłany na przeszpiegi Marcin Bielski, który miał mu obejrzeć narzeczoną, tak potem kręcił i opowiadał te swoje głodne kawałki. O tym, że jest  "ni do kogo prawie podobna w twarzy i na wyroście", a postać ma "różną niż wszyscy ludzie". No ma! Każdy widzi to garbate metr sześćdziesiąt, wykręcone jak sosna na wietrze!

Królowi trudno zapanować nad emocjami. Ucieka do swoich komnat i nie opuszcza ich przez dwa dni. W końcu zwołuje doradców. Mówi im wprost, "że mu się oblubienica nie podoba" i prosi, "aby mu radę dali, bo jej za małżonkę mieć nie chce". Oczywiście, żadnej innej rady nie dostanie, jak tę, że musi się do Elżbiety przekonać, bo dynastyczne  korzyści tego mariażu liczą się bardziej niż jego gust. Król sam to wie, sam o ten ożenek zabiegał i czuje, że wpadł w pułapkę. Po dwóch dniach zmagań ze sobą, z ciężkim sercem decyduje się wziąć brzydulę za żonę.

 

Richard Redgrave, Kopciuszek (1842) 

 

10 lutego 1454 roku 27-letni Kazimierz Jagiellończyk, od siedmiu lat król Polski, staje przed ołtarzem z 18-letnią Elżbietą Austriaczką (po staropolsku Rakuszanką). Wesele jest huczne, a uroczystości trwają całe osiem dni. 

A potem, co się dzieje potem? Uwierzycie, że tego nie wiadomo? Zadziwiające, jak wiele zachowało się przekazów i relacji na temat tego pierwszego spotkania naszej pary i jak niewiele wiadomo o tym, co działo się między nimi zaraz po ślubie. A musiało się dziać sporo, skoro piękny Kazimierz od wielkiej niechęci szybko przeszedł w stan oczarowania swoją brzydką żoną. Bo po tym hucznym ślubie wcale od niej nie uciekł do ślicznych dwórek, strzelających w jego stronę spojrzeniami. On się w niej zakochał! Ale jak przebiegła ta tajemnicza metamorfoza - na ten temat przekazów brak. To, co najciekawsze, musimy więc sobie wyobrazić sami. Historycy i kronikarze zgrabnie i wygodnicko wyłgują się okrągłym zdaniem, że małżeństwo, mimo początkowej niechęci Kazimierza, ułożyło się nad wyraz harmonijnie. Zachowują się całkiem jak bajkopisarze, kwitując historię królewskiej pary zaklęciem: "A potem żyli długo i szczęśliwie". 

 

Kazimierz IV Jagiellończyk
na obrazie  Marcello Bacciarelliego

 

Mogę się tylko domyślać, że to szczęście było zasługą naszego Kopciuszka. Że gorąco zakochała się w swoim mężu, co prawdę mówiąc, nie było trudne. Król najwyraźniej należał do tych mężczyzn, o których marzą wszystkie kobiety. Przystojny, niegłupi, stanowczy kiedy trzeba, ale na co dzień ujmujący i wrażliwy. Ciekawą opinię, właściwie litanię zachwytów, zostawił o nim pruski kronikarz: „miły, najłagodniejszy, najdobrotliwszy, najlepszy”. Do tego para ciemnych oczu i smukłe ciało, czegóż wymagać więcej?

Elżbieta dla Kazimierza nauczyła się naszego kraju. Szybko opanowała polski, bo on nie znał jej języka. Bystry i otwarty umysł dziewczyny chłonął wszystko, co wokół się działo. Próbowała zrozumieć ten obcy świat i jak najszybciej stać się jego częścią. Tym zapewne zjednywała sobie ludzi. Szybko zaprzyjaźniła się z matką Kazimierza, królową Sonką, i krok po kroku stawała się coraz bardziej poważaną i kochaną osobą na polskim dworze. On widział, jak żona owija sobie wszystkich wokół palca, czy można się dziwić, że w końcu sam jej uległ? Był przecież z tych wrażliwców, "najłagodniejszych i najdobrotliwszych". Zapewne patrzył na jej jasne warkocze, na błyszczące, siwe oczy i zastanawiał się, czemu wcześniej nie zobaczył ich urody.

Myślę, że to zakochiwanie się w Elżbiecie zabrało mu mniej więcej rok. Bo niemal równo dwa lata po ślubie przyszedł na świat ich pierworodny, Władysław, a potem już "co rok, to prorok", jak mawiała moja babcia. Jak w zegarku sypały się kolejne dzieci (w sumie trzynaścioro!) i zaczęła się ta małżeńska idylla, która przejdzie do kronik. Że kochali się gorąco, ufali sobie bezgranicznie i nie rozstawali ani na krok. On ją zabierał we wszystkie swoje podróże, zjechała z Kazimierzem całą Koronę, a Litwę odwiedziła aż 30 razy (i to będąc niemal cały czas w ciąży, miała kobieta zdrowie!). Przeżyli ze sobą 38 lat i przeszli do historii jako najlepiej dobrana i najszczęśliwsza królewska para w naszych dziejach.

Kraków na najstarszym ze znanych drzeworytów, w piętnastowiecznej "Kronice Świata" Schedeliusa



I wychowali wspaniałe dzieci. Elżbieta już potrafiła zadbać, by jej synowie i córki dostali nauczycieli najlepszych z możliwych. Uczyli ich sławny dyplomata i historyk Jan Długosz i uznany włoski humanista Filip Kallimach. Warto było, Elżbieto! Jeden Twój syn Kazimierz zostanie świętym, drugi, Zygmunt, wielkim polskim królem. A pozostałe dzieci?

W wyliczeniu, jakie niżej przytoczę za Władysławem Kopalińskim, aż roi się od genealogicznych szczegółów. Trochę trudno przez nie przebrnąć, ale zapewniam Was, że warto. Spójrzcie, wynika zeń jasno, że wszystkie - uwaga, WSZYSTKIE! - dynastie panujące dzisiaj w Europie pochodzą po kądzieli od naszej pary Jagiellonów, od Kazimierza i Elżbiety. 

Najstarszy ich syn, Władysław, król czeski i węgierski, wyda swoją córkę za cesarza Ferdynanda I Habsburga - z tej linii wywodzi się dynastia Sachsen-Coburg-Gotha, panująca w Belgii. Druga córka Elżbiety, Zofia, wyjdzie za margrabiego branderburskiego - ich potomkowie trafią do dynastii hanowerskiej, później windsorskiej, panującej w Wielkiej Brytanii. Piąta córka poślubi księcia pomorskiego Bogusława X, a jej potomkowie staną się członkami dynastii szlezwicko-holsztyńskiej, od której pochodzą po kądzieli królowie Danii i Norwegii. Szósta córka, Barbara, wyjdzie za księcia saskiego - od ich dzieci w prostej linii wywodzą się królowie Prus i cesarze Niemiec Hohenzollernowie, a po kądzieli także królowie Szwecji Bernadotte'owie. Wreszcie córka piątego syna, wielkiego polskiego króla Zygmunta Starego, poślubi elektora brandenburskiego i to od ich potomstwa wywodzi się po kądzieli dynastia holenderska, wielkich książąt Luksemburga i książąt Monako.

A temu wszystkiemu dał początek brzydki kopciuch, wygięta w pałąk dziewczyna, jadąca z duszą na ramieniu na bal do swego księcia. Twoje życie sprawia, że wciąż chce się wierzyć w bajki i w błękitną, monarszą krew, Elżbieto, matko królów i świętych, moja ulubiona królowo.

 


Tutaj znajdziecie informacje o wyglądzie Elżbiety, odtworzonym na podstawie badań jej szkieletu

Tagi:

kobietaxl,  historia,  Elżbieta Austriaczka,  Kazimierz Jagiellończyk, 

Loading...

Podobne artykuły:

Zostaw komentarz:

    Brak komentarzy
Powrót
Reklama:

Reklama:
Wyszukiwarka
Reklama:
Najnowsze
Reklama:
Reklama:
Newsletter
zapisz
Reklama:
Reklama:
Loading...