Reklama:
blocker

Napisałaś książkę, którą przeczytałam z wielką przyjemnością. Ale nie połykałam jej, delektowałam się każdym rozdziałem. Książka krótka, ale ważna. I odważna. Co cię do jej napisania skłoniło?

 

Tej książki nie planowałam – ona jakby sama się przydarzyła i to w bardzo zaskakujący dla mnie samej sposób. Pewnego dnia skontaktowała się ze mną kobieta, która przeczytawszy mój wpis na blogu o poliamorii, chciała o tym właśnie porozmawiać. Zerknęłam na jej facebookowy profil, potem na stronę internetową, której adres znalazłam na profilu i zakochałam się! Jeszcze tego samego dnia odpisałam na jej wiadomość, a na kolejny byłyśmy już umówione na Skypea, bo inaczej się nie dało. Nasza pierwsza rozmowa miała miejsce w piątek, zaraz po Pełni Księżyca i była tak inspirująca, że kiedy tylko ją skończyłyśmy, otworzyłam nowy plik na komputerze i zaczęłam pisać. I tak pisałam przez następne dwa tygodnie, w każdej wolnej chwili, nie mając ani planu ani koncepcji na to, co ma z tego pisania wyjść, choć wiedząc, że książka musi pójść do druku. Po dwóch tygodniach, w dzień Nowiu, napisałam 33 rozdział – dokładnie tyle miałam wtedy lat, a poza tym jest to moja ulubiona liczba – i wiedziałam, że to koniec. I dopiero kiedy puściłam książkę do korekty, mogłam zastanowić się nad tym, czym ona właściwie dla mnie była. A była i jest nie jednym; osobistą podróżą przez relacje z kobietami na przełomie ostatnich 15 lat, rodzajem terapii, domknięciem pewnego etapu życia i pełnym otwarciem się na nowy, ale przede wszystkim efektem wieloletniego dążenia do życia w pełnej autentyczności. Jak widzisz nie ma tu nic o czytelnikach, ale prawda jest taka, że „JA I ONE” napisałam dla siebie, mając jednocześnie w sobie tą pewność, że powodem, dla którego jej tekst niemal sam na mnie spłynął, nie jestem już tylko ja sama.

 

mira rudnicka

 

 Mówisz o sobie - współczesna czarownica, biseksualistka, żyjąca w poliamorycznym związku. Odważnie poruszasz problemy seksualności. To dla ciebie ważna sfera życia?

 

Jak najbardziej. Już jako nastolatka miałam tego przebłyski, jednak środowisko, w którym się obracałam, dawało mi – delikatnie mówiąc - bardzo ograniczone możliwości zgłębiania tematu. Przez lata więc szamotałam się pomiędzy poczuciem winy związanym z tym, kim się czułam, a próbami zanegowania, zablokowania czy wręcz wyparcia energii seksualnej ze swojego życia. Dopiero kontakt ze współczesnymi czarownicami, tradycyjnymi Wiccanami, a następnie z nauczycielami Tantry oraz Świętej Seksualności pozwolił mi zaakceptować siebie na tyle, by uznać i tą część mnie za dobrą, świętą, za swoją. I im dalej podążałam tymi ścieżkami, które nie oddzielały ducha od ciała i nie określały jednego złym, a drugiego dobrym, tym lepiej rozumiałam, że energia seksualna to nic innego jak energia życiowa, a bez akceptacji siebie jako istoty seksualnej i dostrzeżeniu ogromu piękna oraz potencjału w tym spojrzeniu, nie jestem w stanie stać się w pełni wolna, w pełni sobą, ani w pełni tworzyć.

 

Dla wielu kobiet nie mieści się w głowie, by tolerować fakt, że mąż posiada kochankę i odwrotnie - ty - kochanka lub kochankę. Dlaczego zdecydowałaś się na poliamorię?

 

Poliamoria nie jest czymś, na co się zdecydowałam – to jest coś, czym jestem. Oczywiście nie było tak od początku. Znowu wracając do czasu bycia nastolatką, wierzyłam w to, w co wierzy większość znanych mi ludzi: że za młodu zakochujesz się często i spotykasz z różnymi ludźmi, ale potem spotykasz tą jedyną, jakaś klapka powinna się zamknąć, a ty już z tą jedną osobą zostajesz. Naturalnie po wielu latach, kiedy miłość blednie i powszednieje zdarzają się zdrady, jednak jest to rodzaj porażki, a poza tym wszystko jest w porządku dopóki nikt cię na robieniu skoków w bok i okłamywaniu partnera/partnerki nie nakryje. Teraz, kiedy o tym myślę, zastanawiam się, jakim cudem taki schemat mogłam uznać nie tylko za dopuszczalny, czy wręcz dobry, ale za zgodny z naturalnym porządkiem rzeczy. Teraz naturalne wydaje mi się coś zupełnie innego – pozostawanie w pełnej uczciwości ze sobą i tymi, których kocham, i odbarzanie ich oraz siebie wystarczającą dawką szacunku, by w danym związku być, pozostać lub odejść. Co jednak chciałabym podkreślić, to że sama jestem poliamorystką, nie oznacza, że ten model uważam za najlepszy – on zwyczajnie jest najlepszy dla mnie na tym etapie mojego życia. I wcale nie jest łatwiej być poliamorystką niż monogamistką. Różnica polega na rodzaju wyzwań, przed którymi się staje, a odpowiedzialność związana z kochaniem wielu osób wydaje się być nawet większa niż w wypadku pojedynczego partnera. Jeśli więc miałabym określać bycie kim jestem w kategoriach wyboru, na pewno powiedziałabym, że powody, które ku niemu mnie skłoniły i skłaniają są dwa. Pierwszym jest świadomość, że moje serce jest za wielkie, by kochać jedną osobę. Drugim jest przekonanie, że autentyczność, czystość intencji oraz bycie szczerym i otwartym w komunikowaniu swoich granic i potrzeb, to najlepszy sposób kreowania pięknego i zdrowego społeczeństwa, a w szerszej perspektywie świata.

 

Odważnie piszesz o różnych aspektach kobiecości. Które z nich uważasz za najważniejsze, skąd wiedziałaś jaką drogą podążać?

 

Kobiecość to dla mnie przede wszystkim ruch, kreatywny chaos, ogrom potencjału, zmienność i piękno kryjące się w różnorodności. Kobiecość to zdolność bycia wielością i sprzecznością samą dla siebie przy zachowaniu pełnej integralności, spójności, niepodzielności. Co do drogi i wiedzy, to trudno powiedzieć, żebym ja kiedykolwiek wiedziała jaką drogą podążać, i to wynika z tego, o czym pisałam wcześniej. Moją zasługą dla siebie było uznanie – które w momencie, kiedy nauczyłam się medytować, przyszło do mnie jakby samo -  że nie jestem jednolita i taką być nie muszę, oraz że zawsze mam wybór. Od tamtego czasu każdego dnia staram się więc wsłuchiwać w siebie, w swój wewnętrzny głos, i działać w zgodzie z jego podszeptami. Bez wydzielania czy nazywania ścieżki, którą podążam, i bez prób przewidzenia jej ostatecznego kierunku. Jedyne też, na co zwracam teraz uwagę, to dwie rzeczy – czy to, gdzie idę mnie cieszy, i czy zmiany, jakie w sobie dokonuję są tymi, które chciałabym widzieć w świecie. Jeśli odpowiedź brzmi ‘tak’, jestem pewna, że idę w dobrym kierunku.

 

Spuść się... To mój ulubiony rozdział. Powiesz czytelniczkom, kto trzyma ich smycze??? Bo ja już wiem...

 

Tak, ten rozdział to – może wbrew pozorom - jeden z najważniejszych dla mnie samej fragmentów tej książki. Smycze oczywiście trzymamy my same, choć bardzo często wcale nie zdajemy sobie z tego sprawy. Uginamy się pod ciężarami, które same wkładamy sobie na ramiona, a potem zapominamy, że istnieje życie bez nich, i szarpiemy się na uwięziach, które same nałożyłyśmy sobie na szyję i przyzwyczaiłyśmy otoczenie, że tak jest dobrze i normalnie. A tymczasem można i da się inaczej, a co w tym najzabawniejsze, obawy o to, co strasznego stanie się, kiedy w końcu spuścimy się z własnych smyczy, okazują się nie mieć wiele wspólnego z rzeczywistością. Bo świat ewentualnie pokrzyczy i przestanie, może na jakiś czas się obrazi i będzie odgrywał zranionego, ale ostatecznie nasze życie nie trwa długo, i chyba warto za cenę kilku niedogodności, zaryzykować wolność, o której zapomniałyśmy, że ją mamy.  

 

Co to oznacza dla ciebie być współczesną czarownicą. Wszak dla wielu wydaje się to być wręcz śmieszne...

 

Czarownica czy Wiedźma (bo stosuję te terminy zamiennie) to dla mnie przede wszystkim osoba świadoma i czyniąca. Świadoma swojej mocy, możliwości, ale także ograniczeń, barier oraz wyzwań. Czyniąca magię, czyli biorąca odpowiedzialność za odbiór i kształt świata, w którym żyje – tego materialnego i tego duchowego – a tym samym kreująca go zgodnie ze swoją wolą, dla dobra swojego i innych, w zgodzie z cyklami Natury, Słońca i Księżyca. Oczywiście mogłabym znaleźć na siebie inne określenie, które dla większości byłoby łatwiejsze do przyjęcia (z resztą nie każdy wie, że czarownica to dla mnie nie tylko kwestia archetypu, ale że jestem również inicjowana w tradycyjny kowen czarownic i podobny sama prowadzę), jednak ta nazwa ma w sobie za dużo uroku i – co by nie mówić - magii. Poza tym, jak się nad tym zastanowię, to trzymanie się jej jest dla mnie chyba również sposobem na uhonorowanie Wicca, w którą inicjacja była początkiem mojego duchowego rozwoju, a jednocześnie spełnieniem romantycznych wizji o nagich rytuałach w lesie, przy ognisku i pełnym Księżycu.

 

mira rudnicka

 

Piękny jest rozdział o macierzyństwie. Co zmieniło ono w twoim życiu?

 

Macierzyństwo. Hmmmm.. Nie wydaje mi się, żeby wiele w moim życiu zmieniło, ale na pewno wiele rozpoczętych procesów czy zmian popchnęło do przodu. Przede wszystkim, kiedy zrozumiałam, że będąc mamą – czy to nosząc bobasa pod sercem czy już w ramionach – nie jestem już odpowiedzialna jedynie za siebie, i że nie mam czasu dłużej zwlekać z przerobieniem pewnych lekcji, mój osobisty rozwój nabrał ogromnego tempa. Moja córka jest dla mnie najważniejszym i największym lustrem, w którym jak na dłoni widać wszystko, co dzieje się we mnie samej. A to motywuje do zmian, ulepszania, jeszcze pełniejszego życia. Również dlatego, że ja głęboko wierzę, iż uczymy się głównie przez naśladowanie, a przecież chcąc dla swojego dziecka jak najlepiej, chcę być dla niej najlepszym przykładem. Nie tyle ideałem, ale osobą, która żyje według idei, które wyznaje i głosi, która wie, że wybór zawsze należy do niej, która nie boi się wyjść poza sferę komfortu, i która – to najważniejsze - nie boi się kochać i nie obawia się być wolną.  

 

Wiele kobiet nie wie, jak żyć, jaką drogę wybrać. Co byś im poradziła z perspektywy swoich doświadczeń?

 

Jako pierwszy krok przede wszystkim znaleźć czas dla siebie i tylko dla siebie, nawet 15 minut dziennie, bo to może zrobić niemal każda kobieta i to bez względu na fundusze. Nasz częsty problem polega bowiem na tym, że biegamy, latamy, gonimy, zajmujemy się tysiącem spraw, zadań do wykonania, obowiązków narzuconych przez innych lub przez siebie, a nawet kiedy niby odpoczywamy, to jednak wcale wypoczęte się nie czujemy. Ja głęboko wierzę i obserwuję jak ta prawda ujawnia się w otaczających mnie kobietach – tych, z którymi pracuję i tych, które po prostu są mi bliskie – że odpowiedzi na większość pytań każda z nas ma nie gdzie indziej jak w sobie. Żeby jednak do nich dotrzeć, potrzeba nam na nowo odzyskać kontakt z naszą kobiecą mocą, czyli naszymi emocjami i naszym ciałem. I to jest najważniejsza praca do wykonania. Drugim dobrym krokiem jest znalezienie ludzi, najlepiej innych kobiet, dla których poszukiwanie drogi do pełniejszego, bardziej radosnego i soczystego życia stanowi nadrzędny, a które jednocześnie wiedzą, że cała zabawa tkwi w podróżowaniu, a nie dotarciu do mety. Już sama świadomość, że takie czy taka osoba gdzieś tam w najbliższej przestrzeni jest, potrafi dać niesamowite wsparcie w momentach trudniejszych, kiedy wydaje nam się, że utknęłyśmy czy zupełnie się zaplątałyśmy.  Trzecim krokiem jest natomiast pójście jeszcze dalej i wygospodarowanie czasu oraz środków na to, by od czasu do czasu porzucić wszystko choć na kilka dni i udać się na jakieś warsztaty z zakresu rozwoju osobistego, podczas których w odcięciu od codziennych spraw, można będzie skupić się na sobie nie przez kilkanaście minut dziennie, ale 24h na dobę. Do tego najczęściej trzeba jednak już pewnej dozy zaufania do głosu intuicji, by nie wpakować się w miejsca, które zamiast służyć, jeszcze bardziej namieszają, jednak sama po sobie wiem, że to właśnie wyjazdy czy prywatna praca z konkretnym nauczycielem, zawsze przynosiła mi najbardziej wymierne rezultaty.    

 

Rozmawiała Magdalena Gorostiza

zdjęcia archiwum prywatne Miry Rudnickiej

 

Tagi:

kobietaxl,  Mira Rudnicka,  wicca,  czarownica,  tantra,  poliamoria, 

Loading...
Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Zostaw komentarz:


Powrót
Wyszukiwarka
Najnowsze
Reklama:
Loading...
Newsletter
zapisz