Zgodziłaś się podać tylko swoje imię, ale bez nazwiska i szpitala, w którym pracujesz. Dlaczego?

Bo nie chciałabym być w jakikolwiek sposób wyróżniana. Steki moich koleżanek i kolegów pracują tak jak ja, w takich samych warunkach, mają podobne odczucia. Rozmawiamy przecież między sobą. Mogę o tym opowiedzieć, ale wolę pozostać jedną z nich, anonimową osobą, która pracuje z chorymi na COVID-19.

 

Od początku pandemii to robisz?

Tak się złożyło, że przed samą pandemią miałam dość poważny zabieg. Byłam wtedy na zwolnieniu lekarskim do maja. Kiedy jednak to wszystko się zaczęło i zobaczyłam, jak bardzo jesteśmy nieprzygotowani, jak brakuje podstawowych rzeczy w szpitalach, zaczęliśmy ze znajomymi robić przyłbice. W sumie zrobiliśmy 3,5 tysiąca sztuk. Trafiły do rożnych placówek w całej Polsce, w tym też do mojej. Tyle wtedy mogłam zrobić.

 

Przyłbice dla szpitali.

 

 

Wróciłaś do pracy. Twój OIOM już na początku pandemii został w połowie przeznaczony dla chorych z COVID-19. Nie miałaś oporów, żeby pracować z tymi pacjentami?

Jak się decydujesz na taki zawód, to trzeba się ze wszystkim liczyć. Ktoś się musi tymi pacjentami zajmować. Myśmy uzgodnili, że osoby, które mają choroby współistniejące czy matki maleńkich dzieci, mogą pracować tylko na części „czystej”. Pozostali idą na COVID-19. Dzielimy równo dyżury, żeby było sprawiedliwie. Oczywiście, że się bałam. Na początku strach był ogromny, parę osób się zaraziło, zmarł nasz kolega, ale miał też inne choroby. Baliśmy się wszyscy. Po dyżurze każdy z nas mówił, że bolą go mięśnie, nawet szczęka. To ze stresu, tacy spięci tam wchodziliśmy. Bolały nas też stopy i nogi, ale potem odkryliśmy, że to od tych foliowych butów ochronnych. W nich nie da się normalnie chodzić, suwa się trochę nogami. I to od tego dziwnego chodu. Boli cię szyja, bo w goglach nie masz normalnego pola widzenia i wykonujesz takie niefizjologiczne ruchy głową. W kombinezonie nie ma takiego komfortu pracy jak w zwykłym fartuchu.

 

Dorota w pracy.

 

Dużo czasu zajmuje ubranie się w ten strój?

Na początku to i kwadrans był potrzebny, teraz mamy wprawę. Problemem jednak jest to, że dostajemy rożne rozmiary, ja nie jestem zbyt rosła, ja trafi mi się XL, to krok mam w kolanach. No i pocisz się w tym straszliwie. Zostajemy w bieliźnie a niektórzy nakładają pod spód chirurgiczne ubrania. Tak czy siak, za moment pot płynie ci strugami, po czole, po oczach, po plecach, wszędzie. My mamy czterogodzinne dyżury. Przez te cztery godziny nie pijesz, nie sikasz, nie drapiesz się po nosie. Musisz wytrzymać. Trudniejsze jest rozbieranie się, bo musisz to zrobić tak, aby nie dotknąć do powierzchni kombinezonu, a jesteśmy cali zaklejeni. No ale wszystko jest kwestią wprawy, jakoś dajemy radę, wszystko można wytrzymać.

 

Były śmierci, które zrobiły na tobie wrażenie?

Ja 26 lat pracuję na intensywnej terapii. Nie chcę powiedzieć, że się znieczuliłam, bo to nie jest możliwe, ale od lat z umieraniem mam do czynienia. Na OIOM ludzie często umierają, to jest wpisane w specyfikę tego oddziału. Najbardziej smutno mi było, jak umarł niepełnosprawny 25-letni chłopak. Widać było, ile trudu w jego rehabilitację włożyli rodzice, jak bardzo był kochany. Nie wiem dlaczego, ale ta śmierć zapadła mi bardzo w pamięć.

 

 Dorota w pracy.

 

 

Mówi się, że śmierć na COVID-19 jest straszna, bo ludzie umierają w samotności…

No tak, w samotności, ale też bez świadomości. Nie wiedzą o tym, bo pod respiratorem jesteś w sedacji. Czyli jesteś uśpiona lekami mówiąc prostym językiem. Jest zdecydowanie trudniejszy moment. Najgorsze jest to, jak mówi się świadomemu człowiekowi, że jego stan się pogarsza i musi być zaintubowany i zostać podłączony do pod respirator. To jest trudne. Widzisz strach w oczach ludzi, wtedy właśnie czują się najbardziej samotni, często od tygodni nie widzieli bliskich, rozmawiają tylko przez telefon. To jest zdecydowanie najbardziej traumatyczna chwila dla pacjenta. Większość ludzi ma świadomość, że jest gorzej, że nie wiadomo, jak to się skończy… Dla nas też jest to trudne, bo widzimy ten strach, tę rozpacz. I też wiemy, że może się nie udać...

 

Macie jakieś wsparcie psychologiczne?

Ależ skąd. Żadnego wsparcia emocjonalnego, żadnego psychologa do dyspozycji. Każdy musi sam sobie radzić ze stresem. Teraz jest trochę łatwiej, bo jesteśmy zaszczepieni, ale początki były naprawdę bardzo trudne. A do tego dochodzi zmęczenie, nie jesteśmy z żelaza. Cała ta sytuacja jest przecież w sumie nowa. Mamy rok pandemii, a dalej wielu rzeczy nie wiemy. To jest też przytłaczające – nie wiadomo kto się zarazi, kto umrze, nie ma żadnych reguł. Jedyne co obserwujemy, to że osoby otyłe, chore na serce, na płuca czy z cukrzycą mają gorsze rokowania. To i u nas widać. No i powikłania. Te bywają straszne. Jak się zdjęcia płuc chorych ogląda, to widać. Ale strach i stres też nam nie pomogą. Moja rada jest taka – starajmy się żyć w miarę normalnie, unikajmy dużych skupisk, nośmy maseczki, myjmy ręce i zachowujmy dystans. Tyle każdy z nas może zrobić.

 

Rozmawiała Magdalena Gorostiza

 

Tagi:

kobietaxl,  pandemia,  koronawirus, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Podobne artykuły:

Powrót