Kiedy robiłam z tobą pierwszy wywiad, byłaś pracownicą korporacji, początkującą pisarką. Przeczytałam twoje „Złudzenie, nerwice, sonaty” jednym tchem. To książka o współczesnej kobiecie, pracownicy korpo, która zapija smutki winem, kupuje nadmiarowo i ciągle czegoś jej brak. Powiedziałaś wtedy - książka powstała kilka lat temu, obecnie jestem na innym etapie życiowym, ale w momencie gdy pisałam powieść, było we mnie może 60, może nawet 70% bohaterki. Pisanie książki w pierwszej osobie okazało się być brzemienne w skutki?

Zdecydowanie tak. Prawdę mówiąc wykonałam skok na głęboką wodę bez zabezpieczenia. Życiowe doświadczenie związane z debiutem w dużej mierze zdeterminowało kolejne lata mojego życia i pisania. Podałam się ludziom „na tacy”, popełniając przy tym ogromne błędy, głównie jeśli chodzi o zabezpieczenie swojej integralności i tożsamości. Trudna okazała się moja bezbronność jako osoby wchodzącej w świat literacki, o którym nie wiedziałam absolutnie niczego. Teraz myślę z goryczą o tych doświadczeniach literackich, współpracą z wydawcą, która miała gorzki posmak.

Najwięcej konsekwencji poniosłam w życiu rodzinnym. Niestety jeśli książka pisana jest w pierwszej osobie ludzie nie obeznani z literaturą automatycznie utożsamiają narratorkę powieści i autorką książki. Nawet bufor, jakim było obdarzenie bohaterki pewnymi doświadczeniami wykraczającymi poza moje życie niewiele dało, bo czytelnik nie był w stanie oddzielić prawdy od fałszu wobec czego całość przypisywał mnie, Sylwii Zientek, którą znał i której obraz do tej pory był zupełnie inny. Kamuflowałam swoje pasje literackie i związane z nią marzenia, nikt – poza moim mężem i przyjaciółką – o tym nie wiedzieli.

Planowałam wydać debiutancką książkę pod pseudonimem, obawiałam się reakcji rodziny ale też środowiska pracy. W obu przypadkach obawy były słuszne – dla rodziny stałam się „czarną owcą”, dla osób z pracy osobą niepoważną – w męskich kręgach biznesowych taki zwrot od stanowiska managera do pisarki kobiecych książek odebrano z pełnym politowania uśmiechem. Choć muszę zaznaczyć, że wiele koleżanek odebrało tę transformację pozytywnie. Od początku wspierał mnie bardzo mój mąż. Wytrzymał przykre uwagi ze strony bliskiej mu osoby na mój temat.

Można zapytać skąd wziął się ten pisarski ekshibicjonizm, po co się obnażać? Potrzeba dzielenia się swoim intymnym światem była jakimś imperatywem, który domagał się takiego ujawnienia. Od dziecka chciałam pisać i chciałam być uczciwa w swoim pisarstwie, chciałam wykazać się odwagą i wyzbyć się hipokryzji. Pisanie to moje osobiste zwycięstwo nad wewnętrzną panią Dulską.

Nurt literacki zwany niekiedy „życiopisaniem” czy „samopisaniem” jest bliski wielu pisarkom, kobietom chyba nawet bardziej, chociaż największą popularność zdobył mężczyzna Karl Ove Knausgard opisujący w 8 tomach swoje życie osobiste. Został pozwany przez członków rodziny za opisywanie prywatnych spraw i oskarżony o kłamstwo. Ja nie zaznałam aż takich konsekwencji, a jednak po moim debiucie relacje rodzinne z wieloma członkami dalszej rodziny rozpadły się, z niektórymi - bliższymi nawet osobami - są do dziś napięte. Kiedy pracowałam w korporacji byłam akceptowana jako tzw. normalna kobieta, matka trójki dzieci. Gdy jednak okazało się, że rzucam godziwą pracę dla pisarstwa, a co gorsze opisuję swoje prawdziwe życie, straciłam status szanowanej matki-Polki. Przy stole pewnych członków rodziny o moim pisaniu rzadko się wspomina, jakby było czymś wstydliwym, z czym nie wiadomo jak sobie poradzić. Często zapada kłopotliwa cisza, gdy któreś z moich dzieci wspomni o nowej książce mamy. O moich powieściach po prostu się nie rozmawia, zupełnie jakbym zajmowała się czymś niewłaściwym. Oczywiście taka sytuacja jest mało komfortowa, bo kontaktów – chociażby z uwagę na dzieci – nie mogę zupełnie przerwać. Nie dążę do zacieśnienia relacji, nie potrzebuję ich i wystarcza mi sporadyczny, zupełnie luźny kontakt.

 

Za tobą już długa droga. Pisałaś kolejne powieści. Ważny jest dla ciebie wątek matki. To też sposób na rozliczenie swoich trudnych relacji matka – córka? Równie brzemienny w skutkach? Każda z nas ma coś takiego do napisania?

Z moich rozmów z innymi kobietami wynika, iż relacja z matką jest kluczowym elementem, który wpływa na naszą tożsamość, postrzeganie własnej osoby, kompleksy, plany i z tego powodu jest to stały element naszej egzystencji. Nawet kiedy matka odchodzi, nigdy nas nie opuszcza i nadal prowokuje do konfrontacji. Wiele z nas ma ogromny problem z wyzwoleniem się spod matczynej kurateli. Moja mama nie żyje od 15 lat, a ja niekiedy nadal traktuję ją jako wewnętrznego krytyka, nieustannie czuję na sobie jej wzrok, z reguły niezadowolony. To są sprawy, z którymi będę się zawsze mierzyć. Tak jak poskramiam w sobie panią Dulską czyli ten okropny, wewnętrzny głos pytający: „co sobie ludzie pomyślą”, głos który nakazuje porównywać się do innych, być kimś takim jak inni. Dodam, iż „nieprzepracowana”, trudna relacja z narcystyczną matką jest dla wielu z nas źródłem udręki i życiowych katastrof, dla własnego dobra trzeba się zmierzyć z tym problemem.

 

Dokonałaś też pewnego rachunku sumienia z rzezią Wołyńską w „Kolonii Marusia”. Dla mnie to jedna z twoich lepszych książek. Na ile ciąży ci ta rodzinna historia?

Historia rodziny mojej mamy w dużej mierze naznaczyła moje dzieciństwo. Nawet więcej - sprawiła że jestem pisarką. Od dziecka, w czasach kiedy żaden podręcznik historii nie wspominał Wołynia, wielokrotnie słuchałam opowieści na ten temat. Mama nieustannie wracała pamięcią do potwornych wydarzeń, kiedy jako mała dziewczynka wraz ze swoimi rodzicami i bratem cudem uratowali się z rzezi wołyńskiej. Tamte traumatyczne wydarzenia wywarły bardzo negatywny wpływ na całe jej życie, naznaczyły ją ogromnym cierpieniem, zaskutkowały brakiem umiejętności odnalezienia szczęścia, wreszcie wpędziły w chorobę. Ja odziedziczyłam tę nerwicę, lęki i nadwrażliwość.

Do tematu Wołynia podchodziłam dwukrotnie – najpierw w debiutanckiej powieści, następnie w wydanej dokładnie 4 lata temu nakładem wyd. W.A.B. książce „Kolonia Marusia”, gdzie odsłoniłam nie tylko trudną historię mojej mamy, odtworzyłam wydarzenia historyczne ale znowu napisałam prawdę o sobie. Pisanie tej książki miało z założenia mieć charakter terapeutyczny, miało mi pomóc uporać się z żałobą po mamie ale nie wiem czy spełniło ten cel. Wiele osób po przeczytaniu książki dzwoniło i pisało do mnie dzieląc się swoimi emocjami historiami, przekazując mi, iż odnalazło w „Kolonii Marusi” własne problemy w relacji z ich matkami. Przez kilka lat miałam poczucie, że opisując historię mamy okazałam się wobec niej nielojalna, wysłuchiwałam jej pretensji w snach i miałam wyrzuty sumienia. Taka jest cena pisania, tak to sobie tłumaczę. W pewnym momencie przyszło olśnienie: gdyby nie skomplikowany charakter mamy, gdyby nie jej opowieści o Wołyniu, nie czułabym potrzeby pisania, nigdy nie zostałabym pisarką.

 

A potem nagle zaczęłaś pisać powieści historyczne, powstał ich cały cykl, są umiejscowione w starej Warszawie. Skąd taki zwrot? Wątki autobiograficzne stały się zbyt bolesne?

Odtwarzanie nieistniejącego już świata zawsze mnie fascynowało. Wołyń był pierwszą próbą, później spróbowałam ożywić przedwojenną Warszawę w powieści „Miraże”, zachęcona komplementami co do historycznego klimatu porwałam się na trzytomową sagę o Warszawie zatytułowaną „Hotel Varsovie”, od XVII wieku do czasów współczesnych. Zapewne „życiopisanie” poniekąd mnie rozczarowało, w tym sensie, iż eksplorowanie własnego „ja” i własnego życia przyniosło wiele obciążeń, niewspółmiernych w stosunku do pozytywnych aspektów publikowania tego typu literatury. Jako osoba nadwrażliwa, wciąż zmagająca się ze stanami lękowymi czułam, że więcej w tym momencie nie udźwignę. Z drugiej strony mam bogatą wyobraźnię, która domagała się pola do popisu, a historyczna saga to idealny pomysł na skomplikowana narrację. Od dziecka jestem zafascynowana sztuką i szukałam literackiej formy dla przekazania tej pasji. Kolejnym krokiem, po powieściach historycznych, jest książka biograficzna (non fiction), która ukaże się w przyszłym roku. Stanowi owoc poszukiwań śladów zapomnianych, niedocenionych malarek polskich tworzących w Paryżu w XIX i XX wieku.

 

Twoje życie może być przykładem konsekwentnego dążenia do realizacji marzeń. Pięć lat temu rzuciłaś pracę w korporacji, żeby pójść inną drogą. Nie żałujesz?

Jak wiadomo życia nie sposób sobie tak do końca zaplanować ale warto mieć konkretne, podparte realistycznym planem pragnienia. Przyznam, że bardzo męczyłam się w korporacji i nieustannie marzyłam o tym, aby nareszcie rzucić tę pracę. Debiutowałam stosunkowo późno mając 37 lat, a pragnęłam pisać i pisałam od 12 roku życia. Pokonałam długą drogę, najwięcej czasu zabrało mi przekonanie samej siebie, że moja literatura jest cokolwiek warta i mogę „wyjść z nią do ludzi”. Porzucenie nieźle płatnej, stabilnej pracy poprzedzone było dyskusjami z mężem i związane z ogromnym lękiem. Każdy kto funkcjonuje w świecie literackim w Polsce wie jak ciężko jest żyć z pisania. Poniekąd ta decyzja była moim bonusem od losu za te wszystkie lata, kiedy wychowując trójkę dzieci pracowałam na cały etat, zarządzając zespołem prawników. Dotarłam do punktu, w którym mogłam postawić na siebie, a pozycja zawodowa mojego męża stanowiła zabezpieczenie. Czy żałuję porzucenia bezpiecznej pracy? Na pewno nie, chociaż wiąże się z niepewnością finansową i wymaga samodyscypliny. Niekiedy doskwiera mi samotność – godziny spędzone przy komputerze izolują od świata, chociaż obecnie, w dobie pandemii wszyscy mamy takie doświadczenia. Możliwość pisania książek to ogromny przywilej zapewniający obszar wolności i intensywność przeżyć. Zmaganie się z własną niemocą i bagażem frustracji to już inna historia. Ale realizowanie swoich pragnień, bycie panią samej siebie to bezcenne. Zapracowałam na to!

 

Mieszkasz obecnie poza granicami Polski. Jak to wpływa na twoją pracę? Wrócisz do pisania powieści współczesnych, czy bezpieczniej czujesz się w dawnych czasach? Zbyt wiele zapłaciłaś osobiście za kreacje swoich bohaterek?

Rzucając pracę nie mogłam przypuszczać, iż za 3 lata będę zmuszona wyjechać z kraju z uwagi na karierę męża. Mieszkamy całą rodziną w Luksemburgu, miejscu dość specyficznym i bardzo odmiennym od Polski, za którą tęsknię nieprzerwanie od 2,5 roku. Dostosowałam poniekąd tematykę książek do nowej sytuacji. Dzięki bliskości Paryża, do którego pociąg dociera w ciągu 2 godzin mogłam zbierać materiały do książki o polskich malarkach. Bliskość Francji pozwoliła mi pozyskać unikalne dokumenty i informacje. Kontynuuję moją wyprawę w przeszłość, obecnie piszę powieść częściowo opartą na faktach, osnutą wokół tajemnicy pewnego słynnego obrazu. Moim celem jest odkrycie przed czytelnikami nieznanych historii o wpływie Polaków na bieg światowej sztuki. Nawet nie wiemy, iż pewien znany nam wszystkim, bardzo słynny artysta dużo zawdzięczał pewnej polskiej rodzinie…

 

Jak z dystansu oceniasz to, co dzieje się teraz w Polsce, jako kobieta, jako matka córki? Może to są tematy godne uwagi? Ja czekam na twoją kolejną powieść o Andżelice, bo nie ukrywam, że jak dobrze wiesz, „Złudzenia, sonaty, nerwice” to moja ulubiona książka.

Bardzo dziękuję! Ostatnio moja bliska przyjaciółka, bardzo znana tłumaczka po ponownej lekturze tej książki powiedziała mi to samo. Myślę, że wrócę do „życiopisania”. Mój debiut opowiadał o kobiecie 30-letniej. Teraz czas na odsłonę życia tej samej bohaterki u wieku lat czterdziestu kilku, u progu pięćdziesiątki. Chciałabym podjąć dość niewygodne dla wielu kobiet zagadnienie, mianowicie kwestię wyglądu. Polki zmieniły się na przestrzeni ostatnich lat, widzę to doskonale. Ostatnie wydarzenia, strajk kobiet, któremu kibicuję, ujawnił tę zasadniczą

Tworzenie nieskutecznego prawa pozbawione jest sensu, a przecież kobiety dokonywały aborcji od zarania dziejów i to w czasach, kiedy za takie postępowanie karano je karą śmierci. Aborcja była wykonywana, jest i będzie. Żadne przepisy tego nie zmienią, jedynie skomplikują, czasami wręcz zniszczą życie wielu kobietom, których nie stać na wyjazd do Czech czy do Niemiec, gdzie bez problemu wykonuje się takie zabiegi.

Oczywiście wiele z nas nadal nie ma odwagi powiedzieć wprost, iż pragnęłoby aby w Polsce obowiązywały takie unormowania jak w większości krajów europejskich, czyli pełen dostęp do aborcji. Ale powoli do tego dojdziemy.

Pomimo coraz większej świadomości w kwestiach feministycznych nadal w naszym życiu priorytetem dla wielu z nas jest kwestia wyglądu. I o tym chciałabym napisać. Dlaczego wygląd stanowi wyznacznik naszej samooceny oraz poczucia wartości? My kobiety sobie same robimy ogromną krzywdę przesadnie skupiając się na powierzchowności. Samoocena i zmaganie się z akceptacją ciała zawsze stanowiły dla mnie problem. Myślę, że warto o tym napisać, zwłaszcza że w po czterdziestce proces starzenia nieubłaganie postępuje i trzeba pogodzić się z upływem czasu i degradacją, jakiej dokonuje w cielesności.

 

Rozmawiała Magdalena Gorostiza

Zdjęcie Wojtek Biały

Tagi:

kobietaxl,  książka,  Sylwia Zientek, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Podobne artykuły:

Powrót