Reklama:

Książki nie czytałam, przyznaję się bez bicia. Nie chciałabym popaść w kompleksy. Bo ja na linii zdrowego żywienia poniosłam, jako matka, prawdziwe fiasko. Starsza córka od urodzenia odmawiała posiłków. Jadła tyle, co kot napłakał, w dodatku za chwilę chlustającym rzygiem wylewała zawartość żołądka. Lekarze szukali rożnych chorób, ale stara doświadczona pani doktor zapowiedziała, że przejdzie, jak zacznie siadać. Bo ma słabe mięśnie brzucha. Przeszło, aczkolwiek niechęć do jedzenia została. Jeździłam z nią do koleżanek mających dzieci w podobnym wieku, bo wtedy coś tam zjadała. Poszła do prywatnego przedszkola i po pierwszym dniu opiekunka spytała, czy my dziecku jeść nie dajemy? Tam wcinała jak leci, w weekend w domu nie chciała na jedzenie spojrzeć. W państwowym przedszkolu sytuacja wróciła do normy. Sprawa się rypła, jak jej koleżanka wymiotowała całe popołudnie. Wyznała rodzicielce, że zjada dwa obiady, żeby się nie wydało, że moja córka nie je. Ja już wtedy temat olałam, bo stary pediatra powiedział, że skoro zdrowa i rośnie, to nic jej nie będzie.

 

W gimnazjum bodajże przez rok jadła chleb z majonezem. Rano, wieczorem i w południe. Majonez musiał być Hellmans, nie babuni, ten z granatowym wieczkiem. Gruba warstwa na kromce. Potem jej kulinarne gusta uległy modyfikacji. Nastał czas zapiekanek, z żółtym serem i ketchupem. Musiałam na tę okoliczność zakupić specjalny opiekacz, a smród rozpuszczonego sera w domu się czuło od świtu. Zapiekankami zaraziła młodszą siostrę, na szczęście wyjeżdżając na studia, zabrała opiekacz.

 

Młodsza córka od urodzenia jadła wszystko i to w podwójnych lub potrójnych porcjach. Mimo apetytu, była cały czas szczupła. Kiedyś ugotowałam gar pomidorówki i wyszłam z z domu na jakieś spotkanie. Po powrocie ni widu garnka, ani zupy. Okazało się, że młodsza tak sobie dolewała po miseczce… Jej ulubionym daniem był tatar. W liceum tatar odszedł do lamusa, bo z miłości do zwierząt przeszła na wegetarianizm, co jej zostało do dzisiaj.

 

Tak więc z moim doświadczeniem, poradnika o żywieniu dzieci nijak nie napiszę. Nie tylko nie umiałam wyrobić żadnych zdrowych nawyków, ale pewnie gdyby ktoś się o tym chlebie z majonezem dowiedział, to odebrano by mi prawa rodzicielskie. Dlatego tym bardziej jestem pod wrażeniem publikacji Anny Lewandowskiej. Bo mój poradnik byłby bardzo krótki – wyluzujcie rodzice, wszystko mija, nawet chleb z majonezem też kiedyś się znudzi…

 

Magdalena Gorostiza

 

 

Tagi:

babskim okiem,  Anna Lewandowska,  dziecko,  żywienie, 

Zostaw komentarz:


    Brak komentarzy
Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót
Wyszukiwarka
Najnowsze
Newsletter
zapisz
Reklama:
Loading...