Partner: Logo KobietaXL.pl

 

Fatalny czas zaczął się dla mnie trzy lata temu. Miałam narzeczonego, razem prowadziliśmy sklep ze zdrową żywnością i suplementami. Duże miasto, więc mieliśmy swoich klientów. Zresztą moda na zdrowy tryb życia dobrze rozwija się wśród aktywnych, ambitnych i dobrze zarabiających. Z Łukaszem mieszkaliśmy razem już dwa lata i tyle funkcjonował nasz biznes. W planach chcieliśmy otworzyć kolejny sklep w innej dzielnicy, myśleliśmy również o knajpce dla wegetarian. Było nam razem dobrze, jeszcze nie planowaliśmy wesela ale już myśleliśmy o wspólnej przyszłości. Ponieważ wszystko co mieliśmy włożyliśmy w interes to na razie nie stać nas było na zakup mieszkania, wynajmowaliśmy. Ważniejsze były dwa samochody, potrzebne do obsługi sklepu i dowozu towarów. Ja jeździłam Yarisem, Łukasz miał Forda Transita. Początek końca, zaczął się w kwietniu. Jechałam otworzyć sklep, gdy na skrzyżowaniu uderzył we mnie jakiś młody chłopak w audi. Wymusił pierwszeństwo, z całym impetem rąbnął w drzwi od kierowcy, czyli we mnie. Mała Toyota zgięła się jak puszka po piwie. Obudziłam się w szpitalu. Złamany kręg szyjny i obojczyk. W gipsie do polowy, bez możliwości ruchu. Łukasz był wstrząśnięty i zdenerwowany. Sprawcą wypadku okazał się jakiś 20 latek, na prochach i zakazem prowadzenia pojazdu. Jemu nic się nie stało, bo Audi jest jak czołg i miał z przodu poduszki. Siedział w areszcie. Łukasz chciał go ciągać po sądach za to, co mi zrobił. Na razie stanęliśmy przed dylematem, co z interesem, co ze mną? Łukasz nie mógł się rozdwoić, a ja po szpitalu miałam być unieruchomiona jeszcze długo. Nie miałam wyjścia, żeby odciążyć Łukasza, zadzwoniłam do rodziców. Mama z tatą bardzo się przejęli, natychmiast przyjechali do szpitala, nawet nie było mowy abym zostawała tu w mieście bez opieki. Gdy tylko było to możliwe zapakowali mnie do samochodu i zawieźli na wieś. Bardzo byłam zdołowana, po pierwsze wracałam na wieś, do miejsce którego nienawidziłam od dziecka. Nie lubiłam tej pracy w polu czy w gospodarstwie, nie cierpiałam tego, że tu każdy się zna i wtrąca się w życie sąsiadów, tej konserwatywnej obyczajowości i braku miejsc gdzie można wyjść się rozerwać. Nawet moda mnie dołowała. Do tego martwiłam się czy Łukasz sobie poradzi. Rodzice byli za to szczęśliwi, w końcu mieli mnie koło siebie na dłużej. Wyjechałam po liceum na studia. Wiedzieli, że ja na wieś nie wrócę. Mama się nawet nie dziwiła, bo nie chciała abym pracowała tak ciężko jak ona. Pod maminą opieką poczułam się znowu jak dziecko. Rosołki z kurek biegających po podwórzu, placki z domowymi owocami, zioła z ogródka, truskawki prosto z krzaka. Zaczęła mnie odwiedzać moja przyjaciółka z podstawówki Agata. Miała już męża i córeczkę, pracowała w miejscowej podstawówce, uczyła klasy 1-3, jej mąż pracował na gospodarstwie. Uprawiał kilkadziesiąt hektarów kukurydzy. Mieli nawet swój silos. Agata był dumna gdy mi opowiadała o tym silosie. Ja pochwaliłam się sklepem, też byłam dumna z biznesu w dużym mieście. Chwaliłam się moim Łukaszem.

Tymczasem Łukasz zatrudnił studentkę , na czas mojej choroby. Uczyła się zaocznie, mogła prowadzić sklep. Zyski były mniejsze ale nie było wyjścia. Wtedy w Polsce zaczynał siać grozę COVID. Na początku to była jakaś historia jak z filmów SF. Wszyscy zdezorientowani, na zachodzie masowe zgony, zaczęła się panika. Potem już poszło jak lawina. Maseczki, „lockdawny”, zakaz wychodzenia i koniec handlowania. Wszystko obserwowałam z łóżka. Łukasz zaczął przyjeżdżać do nas do domu, coraz bardziej przybity. Nie chciał pieniędzy od mojego taty. Był zbyt dumny. Zawiesił w końcu interes bo musiał wybierać, który czynsz zapłaci, mieszkanie czy czynsz dla właściciela lokalu. Nic nie mogłam zrobić, tylko go wspierać. Powiedział, że coś wymyśli i będzie dobrze. Ja za to miałam kolejny problem, nie było wiadomo czy wrócę do pełnej sprawności po wypadku.

Powiedziałam Łukaszowi, że może być różnie, mogę być niepełnosprawna. Pocieszał mnie i zapewniał o swojej miłości. Ale telefony nie były już takie częste, wizyty rzadsze. Gdy mu to wypomniałam to się obraził, że robię sceny a on staje na głowie by coś wymyślić, a ja sobie leżę i się czepiam. Zabolało.

Postanowiłam już więcej do tego nie wracać, dać mu trochę odetchnąć, miał przecież tyle kłopotów na głowie. Zaczęłam najpierw siadać, potem chodzić. Nadal w ortezie na ramieniu i kołnierzu ortopedycznym. Powoli zaczynałam spacerować koło domu. Mama zabierała mnie nad nasz staw, a Agata na wieś. Bardzo się cieszyłam, gdy po prawie pół roku poszłam na urodziny męża Agaty. Było bardzo miło. Przyszło kilkoro moich kolegów z naszej podstawówki, wszyscy odstawieni i już tacy dorośli. Prawie nie poznałam brata Agaty – Maksa. To on nas straszył podczas wakacji, gdy bawiłyśmy się w teatrzyk lalek. Rzucał w nas czereśniami z drzewa. Teraz z rudego chudzielca przemienił się w rudego atletę. Razem z mężem Agaty obsiewał te pola kukurydzy. Wspominaliśmy przygody z dzieciństwa. Maks odprowadził mnie do domu. To był naprawdę miły wieczór.

Na drugi dzień zadzwoniłam do Łukasza, chciałam wracać do naszego mieszkania, byłam jeszcze w zbroi ale mogłam już sama chodzić, chciałam już w końcu pobyć razem z nim, bez rodziców za ścianą. Łukasz się nie ucieszył. Stwierdził, nawet że to zły pomysł. Zaczyna rozkręcać jakiś nowy interes, ale na razie to tajemnica. Za wcześnie by mi zdradzać. Coraz mniej mi się to podobało. Nie mogłam wsiąść do samochodu, bo był w kawałkach, byłam uwiązana. Rodzice coś wyczuli, bo zaczęli delikatnie pytać, czy ten Łukasz to aby na pewno ten na całe życie. Oczywiście się z nimi pokłóciłam. Potem się potoczyło z górki. Łukasz przyjechał z moimi rzeczami z mieszkania, musiał nas wyprowadzić. Czynsz był zbyt wysoki. Dał mi trochę gotówki za towary w naszym sklepie. Opchnął też meble. Poprosił o podpisanie dokumentów i tak zakończyliśmy spółkę. Był przybity, stwierdził że na razie musi się wyciszyć. Jedzie w góry, odnaleźć siebie. Zatkało mnie, byłam załamana. Nie miałam po co wracać do miasta. Powiedziałam mamie, a ona mnie przytuliła i stwierdziła że tak miało być, a ten Łukasz to jej się nie podobał od początku. Tata zabrał mnie na spacer po naszym polu. Poszliśmy pod las i popatrzyłam na naszą wieś z oddali. Ładne domy rozrzucone po obu stronach wzgórz, przecięte rzeczką. Wkoło pola i lasy. Żadnych fabryk, żadnych spalin, cisza, zieleń. – Tu nie jest źle córciu – tyle mi tato powiedział a mnie się jakoś lżej zrobiło na sercu.

Niebawem zjawiła się Agata, przyniosła naleweczkę z pigwy. Wtedy zapytała co ja na pomysł, by razem z nią stworzyć w naszych gospodarstwach agroturystykę i sklep internetowy z lokalnymi produktami. Oczywiście wszystko ekologiczne. W sumie jestem z branży, więc byłabym szefem. Najpierw się roześmiałam, ale potem po zastanowieniu uznałam, to był dobry pomysł. Byłyśmy sąsiadkami, nasze domy są duże, u mnie piętro stoi wolne. U niej to samo. Okolica piękna, ścieżki rowerowe, rzeka, do tego nasz staw. Można zarybić. Las obok i grzyby. Aż zakręciło mi się w głowie od pomysłów i nalewki. No ale czy mamy na to pieniądze? Agata tylko się zaśmiała, do naszej spółki chciał dołączyć jej brat Maks. Jeśli się zgodzę. No i dołączył, tak skutecznie, że dzisiaj jestem od pół roku jego żoną. Faktycznie prowadzimy gospodarstwo agroturystyczne, do miasta jeżdżę tylko na zakupy albo się rozerwać. Łukasz się wyciszył w górach, jak się okazuje z tą studentką ze sklepu. Ma myjnię samochodową przy warsztacie teścia. A ja teraz cieszę się, że wróciłam na wieś. Wypadek zweryfikował mój związek. Myślałam, że już nigdy nie zaznam szczęścia. Życie może nas jednak zawsze zaskoczyć.

Beata

 

Tagi:

zdrada ,  romans ,  życie , 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót
Wyszukiwarka
Newsletter
zapisz