Podobne artykuły:

Ostatnio poczułam dosłownie bezsilność, kiedy zobaczyłam okruchy na stole w kuchni i brudne kubki zostawione na blacie. Dzieciaki jadły ciasto, popijały mlekiem, ale nie sprzątnęły po sobie, bo od tego jest matka. I nie mówcie mi proszę, że ich nie wychowuję, że niczego nie wymagam. Mówię i zwracam uwagę od świtu do nocy. Czasami czuję się jak katarynka nastawiona na tę samą melodię.

I tak jest ze wszystkim. Nastoletnia córka traktuje mnie obecnie jak wroga, młodszy syn żyje w swoim komputerowym świecie. Jedno burczy, drugie milczy. To co mają w swoich pokojach jest nie do opisania. U córki góry brudnych rzeczy, u syna podobnie, bo obydwoje rzucają wszystko na podłogę. Nie wchodzę do nich, nie sprzątam, machnęłam ręką.

Mąż teoretycznie się angażuje, teoretycznie, podkreślam. Jego najlepszym dowcipem opowiadanym znajomym jest to, jak pomylił klasy i poszedł do zupełnie innej na wywiadówkę. To ma być śmieszne, że nie wie, do której klasy chodzi jego syn, że nie zna wychowawcy. „Dowcip” powtarzany jest przy każdym spotkaniu ze znajomymi, wywołuje gromki śmiech, a dla mnie to wręcz żałosna sytuacja. Próbowałam mężowi powiedzieć, że to tylko źle o nim świadczy, ale on nie widzi problemu i uważa, że przesadzam. Jak, jego zdaniem, ze wszystkim. Ale to ja muszę pamiętać o szczepieniach psa, o rożnych opłatach, o tym, żeby było masło, chleb, myśleć, co ugotować a obiad, pamiętać, że trzeba dom ubezpieczyć. Kiedy o tym mówię, on twierdzi, że każdy ma jakieś obowiązki. Tylko jego sprowadzają się do przeglądów samochodu i dbałości o jego czystość.

 

Niby mamy równouprawnienie, ja pracuję, zarabiam tyle samo co mąż. W domu jednak to na mnie spływa gros obciążeń. To ja nastawiam pralkę, włączam zmywarkę, wykonuje dziesiątki małych, niepozornych czynności, którymi jestem zmęczona i znudzona. Pamiętam o zmianie pościeli i ręczników, o tym, że trzeba wyprać tapicerkę, kupić proszek do prania, worki na śmieci, mydło. To prawda, że raz w tygodniu mąż jeździ z synem do marketu po duże zakupy, ale to ja muszę najpierw siąść i zrobić całą listę.

 

Mam wrażenie, że kręcę się w kółko, dzień mija za dniem, właściwie bardzo podobny. Praca dom, dom praca, czasami coś obejrzę, czasami poczytam książkę. Czasami wyjdziemy do znajomych, pójdziemy do kina, w niedzielę wyjdziemy na rowery.

 

Czuję, jak ogarnia mnie coraz większe znużenie, jak na samą myśl o tym wszystkim robi mi się niedobrze. Czy takie już zawsze będzie moje życie? Nic mnie więcej nie czeka? Dwa razy do roku jakiś dłuższy wyjazd, użeranie się z dziećmi, aż wyprowadzą się z domu, nieustające myślenie o wszystkim?

Czy tylko ja tak to czuję? Jakąś beznadzieję, zawód, że miało być inaczej, choć sama nie wiem, jak? Ale nie tak przyziemnie. Mam konto na Facebooku, czasami wrzucam tam zdjęcie naszej rodziny albo psa wylegującego się na kanapie. Oczywiście piszę, jak wszystko jest cudownie, choć mam wszystkiego dosyć.

 

Moi znajomi też wrzucają takie fotki, okraszone podobnymi tekstami. Naprawdę są tacy szczęśliwi? Czy tylko ja udaję, że wszystko jest w porządku?

 

Czytelniczka

Tagi:

związek,  małżeństwo,  życie, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót