Teraz ma to, co zawsze kochała. Mały domek w sadzie pod miastem. Tyle wywalczyła od swojego rodzeństwa. Czy jednak jest to wystarczająca rekompensata za zmarnowane lata?

 

- Nie sądzę, ale wiem jedno. Zachowałam się „po ludzku”. Chyba. Bo były mąż i córki są innego zdania – wyjaśnia.

 

Maryla miała 35 lat kiedy jej matka dostała udaru. Mieszkała sama w małym domku niedaleko od jej miasteczka. Maryla nie jest jedynaczką, ma siostrę i brata, ale oni wyemigrowali w dalsze zakątki Polski. Matka trafiła do szpitala w miasteczku. Ze szpitala Maryla wzięła ją do siebie, do bloku.

 

- Mieliśmy ładne mieszkanie, cztery pokoje z kuchnią. Każda córka miała swój pokój, my sypialnię i był salon. Oddałam matce naszą sypialnię, spaliśmy z mężem w salonie na rozkładanej kanapie. Bo miało być przecież na tymczasem, wierzyłam, że matka dojdzie do siebie i wróci do swojego domu – opowiada Maryla.

 

Te pierwsze miesiące nie były łatwe, ale w całej rodzinie była nadzieja, że babcia przecież odzyska sprawność. Miała porażoną jedną stronę, ale mówiła, był z nią kontakt. Niestety, nie miała w sobie woli walki, a może skutki choroby były zbyt poważne? Została w łóżku, leżąca, w pieluchach, wymagająca stałej opieki.

 

- Co miałam zrobić? Czas mijał, stan matki nie ulegał wcale poprawie. Tymczasowa sytuacja zaczęła się przedłużać. Rozmawiałam z rodzeństwem, oni umyli ręce od kłopotu. Matka została u nas – opowiada Maryla.

 

Dziewczynki miały wtedy lat osiem i dziesięć, same jeszcze wymagały czasu i opieki. Babcia nie była miła jak kiedyś, często denerwowała się, krzyczała, była marudna.

 

- Brałam to wszystko na siebie, mycie, karmienie, pieluchy. A przecież pracowałam, zaglądała wtedy do mamy sąsiadka, której za to płaciłam. Czas mijał, nie chciałam obciążać córek, maż był coraz bardziej wściekły. Sugerował, żebym znalazła jakiś dom pomocy. Ale ja myślałam, jak to, oddać gdzieś własną matkę? - mówi Maryla.

 

Po trzech latach mąż odszedł. Postawił ultimatum, albo Maryla wyprowadza matkę z domu, albo on znika, ma dosyć. Spania w salonie, życia wśród pieluch i zapachu moczu.

 

- Taka jest prawda, nawet gdyby człowiek się nie wiem jak starał, w domu leżącej osoby jest specyficzny zapach. Myłam matkę, zmieniałam pościel, ale chory człowiek pachnie zupełnie inaczej – mówi Maryla. I dodaje, że córki mówiły to samo, że wstydziły się z tego powodu zapraszać kogokolwiek do domu. Nie chciały też, żeby znajomi słuchali krzyków babki i jej ciągłego zawracania głowy. Wolały same znikać z domu.

 

Mąż po rozwodzie wyjechał do pracy zagranicę. Niczego nie chciał, nawet przepisał na żonę swoją część mieszkania. Powiedział Maryli, że ona robi błąd, bo mogli mieć dobre życie. Ale, że on nie brał ślubu z teściową.

 

- Czułam, że ma sporo racji, ale co mogłam zrobić? Uważałam, że to mój obowiązek zajmować się chorą matką, choć ona dawała nam popalić. Rodzeństwo nie interesowało się problemem. Zostałam z nim kompletnie sama – mówi Maryla smutno.

 

Córki wyjechały po maturze na studia. Praktycznie przestały przyjeżdżać do domu. Jeśli wpadały, to jak po ogień. Wakacje też spędzały z dala od miasteczka.

 

- Miałam i mam do nich o to żal. Że żadna nie zapytała, czy nie trzeba z babcią kilka dni zostać, żebym mogła wyjechać gdziekolwiek, odpocząć od tego kieratu. Pytałam, je dlaczego. Wykrzyczały, że babki się zwyczajnie brzydziły, że przez nią straciły dzieciństwo i ojca – wzdycha Maryla.

 

Cóż, przyznaje, że sporo w tym racji. Nie miała dla nich tyle czasu, ile mają normalne matki. Nie jeździła na wycieczki, na wczasy, rzadko wychodziły gdzieś razem, bo nigdy nie było z kim zostawić babci. Ale przecież to jej matka, żywy człowiek, kiedyś dawała wnuczkom dużo serca i one uwielbiały jej wiejski domek. Maryla nie rozumie, dlaczego córki nie chciały zrozumieć całej sytuacji. Wie, że są młode, ale też będą stare i mogą być obłożnie chore…

 

Została więc sama z chorą matką. Jedyna jej rozrywką były wyjazdy do rodzinnego domu, zatrudniała czasami opiekunkę, żeby choć na dzień się wyrwać. Posiedzieć samej w ogrodzie, popatrzeć wiosną, jak kwitną jabłonie.

 

- Wiedziałam, że rodzeństwo mi nie pomoże. Ale już byłam trochę mądrzejsza. Kazałam im płacić miesięcznie na utrzymanie matki i zrzec się spadku do naszego domku. Uznałam, że choć tyle mi się po latach należy. Powiedziałam, że jeśli nie chcą, przywiozę im matkę i zostawię po progiem. Bez szemrania się zgodzili – opowiada Maryla.

 

Do życia w kieracie z czasem przywykła. Do wiecznego patrzenia na zegarek, do uwiązania, do pieluch, do niezadowolenia matki. Opiekowała się nią równo dwadzieścia lat.

 

- Matka zmarła na zapalenie płuc. Ostatnie dni spędziłam z nią w szpitalu. Była jeszcze przytomna. Nigdy nie usłyszałam od niej „dziękuję” - mówi Maryla.

 

Przez pierwsze miesiące nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić. Dalej bała się wyjść na dłużej z domu, nie śmiała nigdzie na kilka dni pojechać. Powoli przyzwyczajała się do wolności. Przepracowała jeszcze pięć lat do emerytury. Sprzedała z ulgą mieszkanie w bloku. Zrobiła remont w domku na wsi. Resztę pieniędzy ma odłożone na lokacie.

 

- Na mój dom opieki, bo na córki nie mam co liczyć, a i nie chcę marnować komuś życia. Powiedziałam im o tym, znalazłam sobie nawet miejsce, gdzie mają mnie oddać, jak już będę niedołężna, na razie jednak czuję się dobrze – mówi Maryla.

 

Mogłaby nawet podróżować, ale nie ma w niej wcale takiej potrzeby. Lubi swój domek, ciszę spokój, wzięła sobie psa ze schroniska. Chodzą na dalekie spacery.  Ma czas na rozmyślania, zastanawia się nad swoim życiem. Współczuje swojej matce, która przecież była młodsza od niej, kiedy stała się niedołężna.

 

- Może dlatego tak zgorzkniała, bo i cóż ona za życie miała? Dwadzieścia lat przykuta do łózka. Ale dlaczego sama nie zaproponowała, żebym życia sobie nie marnowała? Dlaczego nie przyszło jej do głowy, żeby przeprowadzić się do domu opieki, żeby uwolnić mnie od obowiązku? Czasami się nad tym zastanawiam, ale odpowiedzi nie poznam już nigdy – mówi Maryla.

 

Podobnie, jak nie wie, co by było, gdyby to ona sama podjęła wówczas taką decyzję. Czy byliby do dziś z mężem razem? Miałaby z córkami lepszy kontakt? A może córki by uznały, że jest niedobrym człowiekiem, bo oddała gdzieś własną matkę?

 

- Tego już się nie dowiem. Wiem jedno, zmarnowałam dwadzieścia lat życia, straciłam córki i męża. Ale zachowałam się „po ludzku”, wypełniłam moralny obowiązek wobec matki. Tylko czy nie zawiodłam w tym wszystkim swojej rodziny, czy to był dobry wybór? - Maryla nie jest tego pewna.

 

Magdalena Gorostiza

 

Imiona i niektóre szczegóły zostały zmienione

 

 

Tagi:

matka,  córka,  opieka,  życie, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót