Joanna mówi, że nie zawalczyli o swoje małżeństwo, decyzja o rozwodzie była nazbyt pochopna. Przynajmniej tak to wygląda z jej perspektywy, bo były mąż może mieć inne zdanie. Ma fajne dzieci i cieszy się wolnością.

 

Ona, co to jest prawdziwa wolność, nie wie już od dawna. Dokładnie od czasu urodzenia Kasi, która jest w IV klasie. Rok później na świat przyszedł Wiktor, a życie Joanny zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni.

 

- Koleżanki mówiły, wychowasz za jednym zamachem, będzie z głowy. Ale to nie jest prawda. Dwoje małych dzieci to duże obciążenie, szczególnie jak nie ma nikogo do pomocy – mówi Joanna.

 

Jej historia jest typowa, ona i były mąż to tak zwane „słoiki”. Przyjechali do Warszawy w poszukiwaniu pracy, nikogo bliskiego tam nie mają. Jej rodzice mieszkają na jednym końcu Polski, jego na drugim i póki jest się osobą bezdzietną w niczym to nie przeszkadza. Kiedy jednak zaczynają się nowe obowiązki, chciałoby się jakiegokolwiek wsparcia. Joanna po urodzeniu córki poszła na wychowawczy, utknęła na nim przez cztery lata, aż do przedszkola poszedł też Wiktor.

 

- To był straszny czas dla naszego związku i to dzieci sprawiły, żeśmy się rozstali. Żeby była jasność, kochamy je bardzo, ale prawda jest taka, że wykończyły nas obowiązki. Małe mieszkanie, dwa pokoje z kuchnią, wieczny płacz i rozgardiasz, nieprzespane noce, choroby, permanentne zmęczenie. To sprawiło, że obwinialiśmy się o wszystko nawzajem, więc skończyło się w sądzie – opowiada Joanna.

 

Pracował tylko mąż, brał dodatkowe godziny, bo się nie przelewało. Ona zmęczona siedziała w domu, czuła się osaczona przez nadmiar obowiązków. Jedno zaczyna chodzić, drugie płaczące z powodu kolki, zero czasu na jakikolwiek odpoczynek. Mąż wracał równie zmęczony z pracy, ona miała pretensje, że jej w niczym nie wyręcza. On narzekał na wrzaski i bałagan, ona na brak jakiejkolwiek pomocy.

 

- Gdyby dziadkowie mieszkali w Warszawie, nawet ta godzina czy dwie wsparcia byłyby zbawienne. Niestety, nasi rodzice pracują, a nawet gdyby mogli przyjechać i tak w naszym mieszkaniu nie było gdzie szpilki wcisnąć. Sytuacja patowa, praktycznie bez wyjścia. Na niańkę nas stać nie było, nadal mnie na nią nie stać. Czasami miałam wrażenie, że oszaleję. Tak bywa zresztą do dzisiaj – mówi Joanna.

 

Kłócili się z byle powodu, pełni wzajemnych żali i pretensji. Ona pamięta, jak umówiła się z przyjaciółka na zakupy, miała wreszcie pójść sama, mąż poszedł grac w squasha. Wrócił godzinę po czasie, „bo musiał mecz dokończyć, a galerie handlowe i tak są długo czynne”. Ona dostała wówczas napadu histerii.

 

- Bo czułam się jak w potrzasku. Cieszyłam się na to wyjście, wiedziałam, że jednak muszę czekać, aż on wróci. Czułam się poniżona, ubezwłasnowolniona, byłam pełna żalu i pretensji. Myślę, że uzasadnionych – wzdycha Joanna.

 

Było im razem coraz trudniej, jej się wydawało, że samej będzie jej lepiej. Że będzie miała świadomość, że może tylko na siebie liczyć, a w domu będzie spokój. Bo awantury były już dniem codziennym, kłócili się bez przerwy. Padały różne słowa, nie byli sobie dłużni. Na rozwód zdecydowali się jak dzieci chodziły już do przedszkola, a Joanna wróciła do pracy. Wydawało jej się, że odzyskała panowanie nad swoim życiem.

 

- Jakie to było złudne, dziś to dobrze widzę. Dzieci są w szkole, ja nadal jestem ich więźniem – opowiada Joanna.

 

Mąż je zabiera do siebie w co drugi weekend, tak ustalili między sobą i wtedy Joanna ma dla siebie dwa dni wolne. Te dni najczęściej spędza w domu nadrabiając zaległości w praniu czy w sprzątaniu. Czasami wygospodaruje trochę czasu by iść do kina albo położyć się z książką.

 

- Tylko raz pojechałam do SPA jak dostałam w pracy nagrodę, postanowiłam zafundować sobie prawdziwy odpoczynek. Potem i tak żałowałam tych pieniędzy, bo siedziałam tam sama. Temat rzeka. Samotna matka z małymi dziećmi nie jest dla nikogo najlepszym towarzystwem. Do par nie pasuje, do bezdzietnych singielek również, bo nikt nie ma ochoty zajmować się cudzymi dziećmi. Ewentualnie inne samotne matki mogą wchodzić w grę – wzdycha Joanna ciężko.

 

Jej najlepsza przyjaciółka jest bezdzietna i Joanna wie, że może jej pomóc we wszystkim, ale nie w opiece. Owszem, raz kiedy Joanna miała anginę, przez tydzień odwoziła i przywoziła dzieci z przedszkola.

 

- Ale i tak musiałam wstać, żeby je ubrać i całe popołudnie się nimi zajmowałam. Prawda jest taka, że samotna matka nie ma prawa chorować. Mój były, jak się źle czuje to przekłada spotkanie z dziećmi. „Bo ma grypę i boli go głowa”. Nikogo nie obchodzi, jak ja się czuję. Ja muszę być zawsze zwarta i gotowa – opowiada Joanna.

 

Tymczasem kiedy jedno dziecko choruje, cała trójka zostaje już w domu. Do przychodni Joanna idzie z dwójką dzieci, bo przecież nie zostawi tego zdrowego w domu. Nie wyślę go też samotnie do szkoły, a nie ma jako doprowadzić, bo chore dziecko też samo nie zostanie w domu. Błędne koło się kręci.

 

- Zaczyna się wówczas obłęd, kto tego nie zna to i nie zrozumie. Jedno marudzi, bo się źle czuje. Drugie marudzi bo się nudzi i mu lekcje przepadają – mówi Joanna. Ale nic na to nie poradzi. Jej szefowa zna sytuację i pozwala jej wiele rzeczy robić z domu zdalnie. Joanna jednak się boi, że kiedyś też cierpliwość szefowej się skończy, a ona zostanie na lodzie bez pracy.

 

- Bardzo się staram, ona to docenia, ale zarabiam mniej niż koleżanki. Nie daję rady tyle zrobić, pracuję w biurze księgowym. Muszę być bardzo dokładna – opowiada Joanna.

 

Lockdown z początku pandemii wspomina jak horror. Podobnie jak zdalne nauczanie, które ją bardzo dotknęło. Siedziała z dziećmi jak w więzieniu w domu, nawet zrobienie zakupów też było problemem. Powrót do pracy stacjonarnej potraktowała jak wybawienie. Co prawda, jak dzieci chorują, znowu pracuje z domu, ale wyjście do ludzi jest dla niej bardzo ważne.

 

- I znowu, ktoś kto tego nie zna, nie jest w stanie zrozumieć. Kiedy jestem z nimi w domu nie mam chwili intymności. Ciągle o coś pytają, czegoś chcą, kłócą się, a ja mam być arbitrem. Spokojnie wejść do wanny mogę kiedy zasną. Bałagan jest nieustający, bo ciągle wyciągają jakieś zabawki czy przybory szkolne. Życie w tym rozgardiaszu strasznie mnie męczy. Mają wspólny pokój i to też jest powód do kłótni. Mnie jednak na większe mieszkanie jest nie stać – wzdycha ciężko Joanna.

 

Ma pretensje do rządu, że tak lekką ręką decyduje o zdalnym nauczaniu. Teraz też przed feriami zrobili niespodziankę rodzicom. Dzieci z klas I-III mają mieć w szkole opiekę, ale Kasia jest w IV klasie i i już nikogo nie obchodzi, kto się wtedy nią zajmie.

 

- I ja znowu na zdalnym, znowu z nimi na głowie, bo jednego do świetlicy odprowadzać nie będę. Jak jest dwoje rodziców, to też mają kłopot, ale mogą się dzielić obowiązkami. Mój były mąż uważa, że te dwa weekendy w miesiącu i jakieś ferie załatwiają sprawę. Dobrze, że jadę na święta do rodziców, ma z głowy zakupy i całą tę bieganinę – mówi Joanna.

 

U rodziców zostanie do sylwestra, wzięła w pracy wolne. Mąż idzie ze swoją nową panią na jakąś zabawę, więc dzieci w te weekendy nie weźmie. Obiecał za to je zabrać na tydzień podczas zimowych ferii.

 

- I tak to właśnie wygląda. On korzysta z życia, ja mam wieczne obowiązki. Z perspektywy czasu widzę, że decyzja o samotnym macierzyństwie była wielkim błędem. Bo jeśli dzieci zostają z kobietą, to ona jest obciążona na maksa. No chyba, że ma naprawdę solidne wsparcie od bliskich. Ale dziś babcie pracują, nie mają czasu dla wnuków. A samotne macierzyństwo to koniec własnego życia. Tak jest przynajmniej u mnie – mówi Joanna.

 

Magdalena Gorostiza

 

Imiona i niektóre szczegóły zostały zmienione

 

 

 

 

Tagi:

związek,  matka,  dziecko,  macierzyństwo,  życie, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót