- Gdybym miała w sobie przekonanie, że w życiu trzeba się zabezpieczać, nie musiałabym zaczynać praktycznie od zera. A tak, nie dość, że straciłam ukochanego, zostałam praktycznie na lodzie, bez domu, bez pracy, bez żadnego oparcia – mówi.

Witka poznała, kiedy szukał ludzi do swojej nowej firmy. Był już wówczas po rozstaniu z żoną, nawet z kimś tam się spotykał, Monika nie rozbiła jego związku. Witek jednak nie miał rozwodu, zrobił z żoną jedynie rozdzielność majątkową, wydawało mu się, że to zupełnie wystarczy. Płacił solidne alimenty na swoją córkę Blankę, która była wówczas zaledwie ośmioletnią dziewczynką.

- Rozstał się z żoną po 10 latach, mówił, że nie są w stanie się ze sobą dogadać. Poznałam ją i uważam, że nie pasowali do siebie. Witek był wizjonerem, ona egocentryczką skupioną na sobie, zainteresowaną wyłącznie wyjściami na zakupy – opowiada Monika.

Zatrudnił ją w dziale marketingu, dla niej marketing był prawdziwą pasją. Witek sprowadzał z Włoch męskie ubrania, szukał niszowych projektantów, ciekawych rzeczy za nieduże pieniądze i miał do tego prawdziwy talent. Firma okazała się strzałem w dziesiątkę.

- Budował też nowy dom dla siebie, bo poprzedni honorowo przepisał na żonę i córkę. Witek nigdy nie chciał mieszkać w mieście, kupił stare siedlisko na wsi, marzyło mu się domiszcze na kształt starego dworku, to była jego kolejna pasja – mówi Monika i na chwilę milknie.

Wzdycha i wraca do opowieści. No więc pracowało im się razem cudownie, właściwie to razem tworzyli firmę. Jeździli na targi, omawiali strategię. Po jakimś czasie zauważyli, że lubią takie same jedzenie, czytają podobne książki i bawią ich podobne żarty. Zakochali się w sobie bez pamięci. Monika wkładała serce i czas już nie tylko w firmę, zajęła się urządzaniem wiejskiego dworku.

- Szły na to również moje pieniądze, bo kiedy byliśmy razem nie brałam żadnej pensji, którą mogłam odkładać na konto. Braliśmy tyle, ile nam było potrzebne – podkreśla Monika i dodaje, że dla niej to było zupełnie naturalne.

Kiedy na świat przyszedł ich syn, Witek był najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Ona też uważała, że wygrała los na loterii. Para wręcz idealna, żadnych kłótni, sporów, mieli zdrowie, pieniądze przyjaciół. Kochali wyjazdy, włóczyli się po świecie. Często zabierali ze sobą Blankę, która kiedy skończyła 13 lat praktycznie zaczęła z nimi mieszkać. Miała ciągle zatargi z matką, z Moniką dogadywała się znacznie lepiej.

Monika czasami wspominała, żeby Witek uregulował swój status prawny. On obiecywał, że to zrobi, ale ciągle nie było czasu.

- Nie przywiązywał kompletnie do tego wagi, ja w sumie też za mało naciskałam. Wydawało mi się, że nasze szczęście jest niczym niezagrożone i tak będziemy sobie żyć wiecznie – mówi Monika.

Lata leciały, firma kwitła, Blanka dołączyła do wspólnej pracy. Było im łatwiej latać po świecie, bo dziewczyna była obrotna i mieli pewność, że będzie miała oko na wspólny biznes.

To była zima i zamarzyło im się ciepłe morze, biały pasek i palmy. Wybrali Meksyk, polecieli na Jukatan. Świetny hotel, cudowna pogoda, ciąg dalszy rajskiego życia. Witek uwielbiał pływać i zawsze przed śniadaniem szedł, jak to mówił – spotkać się z morzem. Tym razem jednak ze spotkania nie wrócił.

- Szok, niedowierzanie, koszmar. Cudowne wakacje zamieniły się w dramat. Poszukiwanie ciała, formalności, jedna wielka tragedia – Monika nawet nie chce do tych wspomnień wracać.

Kiedy wróciła do domu, do Polski, okazało się, że z domu znikło wiele cennych rzeczy. Wywiozła je do matki Blanka, bo dziewczyna przecież miała klucze.

- Traktowałam ją prawie jak córkę, nie mogłam zrozumieć, co się dzieje. Szybko jednak do mnie dotarło, że w mojej sytuacji prawnej jestem w całej tej sytuacji nikim. To żona Witka organizowała pogrzeb, stała w czarnym welonie przy trumnie. Ja z synem gdzieś na uboczu, niczym para jakiś wyrzutków. Ja byłam z nim 15 lat, więcej niż ona w swoim małżeństwie. To jednak ona była prawowitą wdowa, jak konkubiną i niczym więcej – Monika aż zagryza wargi.

Po Witku dziedziczyła więc żona, Blanka i syn Moniki Jasiek. Jasiek dostał jedną trzecią majątku. Blanka postawiła sprawę jasno – mają z matką dwie trzecie firmy i albo ją zamkną, albo ich za część Jaśka spłacą, a Monika z firmy zniknie. Dom wystawiono na sprzedaż, bo Monika nie miała przecież pieniędzy, by zaspokoić roszczenia matki i córki.

- I tak po latach pracy, nakładów finansowych, mojego czasu, mojego życia, wylądowaliśmy z synem na ulicy – opowiada Monika.

Za otrzymane na Jaska pieniądze kupiła dla nich niewielkie mieszkanie, część odłożyła na czarną godzinę na konto. Pracę też znalazła, całkiem niezłą, bo zna się na tym co robi. Powoli stawała na nogi, dziś syn studiuje, powoli wyszli na prostą.

- Wie pani, co było w tym wszystkim najgorsze? Że nikt nie uszanował mojej żałoby, że obie rzuciły się na te pieniądze. Że ufałam Blance, uważałam, że żyjemy w przyjaźni. Kiedyś jej o tym powiedziałam. Ona odrzekła, że więzi krwi są od przyjaźni znacznie ważniejsze. Ja myślę jednak, że od więzi krwi dla wielu ludzi kasa jest jeszcze bardziej ważna – mówi Monika. I dodaje, że to też było dla niej bardzo przykre. Może nawet gorsze od tego, że stała się wówczas nagle nikim, choć piętnaście lat żyła z Witkiem.

Więc opowiada to ku przestrodze. Bo gdyby była bardziej przewidująca, zmusiłaby Witka do tego rozwodu, wzięliby ślub choćby dla bezpieczeństwa.

- Zgubiła mnie wiara w naszą nieśmiertelność, wiara w to, że szczęście będzie trwało. Niczego jednak nie dostajemy na zawsze. Ja przekonałam się o tym bardzo, ale to bardzo boleśnie – mówi kończąc swoją historię.

Magdalena Gorostiza

P.S. Imiona i niektóre szczegóły zostały zmienione

 

Tagi:

związek,  życie,  smierć,  rozstanie, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót
Wyszukiwarka
Newsletter
zapisz