W nocy 16 stycznia na Zanzibarze wybuchł pożar w dwóch hotelach Ocean Paradise i TUI Blue. Byli w nich Polacy. Beata Orzechowska, która wypoczywała z mężem i córką, opowiada nam swoją historię.

 

To miały być wakacje życia?

Tak, przede wszystkim dla mnie i dla naszej córki Zuzy. Córka już przed wyjazdem była pod opieką psychologa w związku z całą sytuacją, jaka teraz ma miejsce. Wahaliśmy się, czy jechać, postanowiliśmy jednak, że dobrze nam to zrobi. Wydaliśmy swoje oszczędności, żeby wrócić do normy. Trochę słońca, wypoczynku, oderwania od tego, co jest. Mieszkaliśmy w TUI Blue, fajny hotel, byliśmy zadowoleni. Niestety, 16 stycznia wybuchł w nocy około 2 nad ranem pożar. Najpierw w sąsiednim hotelu, potem doszedł do nas. Tam były tak wyciszone pokoje, że nie słychać było żadnego alarmu, nawet nie słyszeliśmy krzyków. Obsługa nie przybiegła nas budzić. Ja usłyszałam, że ktoś uderzył w drzwi i to nas postawiło na nogi. Jakiś Polak dał nam znać. Jak wyjrzałam na zewnątrz, były już płomienie. Udało nam się uratować dokumenty, pieniądze, większość rzeczy, daliśmy radę to wynieść z pokoju.

 

pożar hoteli na Zanzibarze

pożar hoteli na Zanzibarze

 

Była jakaś akcja ewakuacyjna?

Nic nie było, zero jakiejkolwiek organizacji. Nie było żadnego punktu zbiorczego, nikt nie wiedział, gdzie uciekać, my postanowiliśmy iść w stronę morza, bo wiatr wieje stamtąd na ląd.

pożar hoteli na Zanzibarze

 

Ludzie podzielili się na dwie grupy, jedna poszła nad morze, druga za bramę. Straż przyjechała po półtorej godziny, ale nie mogła podjechać do tych płonących budynków. Szliśmy na piechotę aż do hotelu Neptun. Nie wpuszczono nas na jego teren, pozwolono siedzieć na leżakach przy plaży. Nie dostaliśmy nawet wody. Cztery godziny tak koczowaliśmy. Chcieliśmy wynająć pokój, ale powiedziano nam, że nie ma miejsc. Dopiero TUI załatwiło nam tam pokoje, rano zjawiły się niemieckie rezydentki. To myśmy do nich podeszli, nie okazywały jakiegoś zainteresowania, pytały tylko o rzeczy i paszporty.

 

 

Zaproponowano wam jakąś pomoc?

Nie, a przydałby się psycholog dla dzieci. Bo nie tylko nasza Zuza potrzebowała wsparcia. Inne dzieci też. Córka nie pozwoliła nam rozpakować walizek, paszporty musiały być pod ręką. Przez kolejne dni nie chciała jeść. Wybudzała się w nocy, płakała. Rano poszliśmy zobaczyć spalony hotel. Jeszcze się tliło, cud, że nic się nikomu nie stało.

 

pożar hoteli na Zanzibarze

 

pożar hoteli na Zanzibarze

 

Reszta urlopu jak przebiegała?

My dorośli chcieliśmy o tym zapomnieć, mieliśmy jeszcze 10 dni pobytu przed sobą. Ale z dziećmi były problemy, dla nich to była ogromna trauma. Nikt jednak nie zainteresował się naszym losem. Nawet w ostatni dzień z własnej kieszeni zapłaciliśmy za przedłużenie pokoju 100 dolarów, bo wylot był późno. Nawet tego nam nie zapewniono, żebyśmy nie tułali się z walizkami po takich przeżyciach.

 

Miały być wakacje życia...

 

Wylądowaliście dziś rano (28 stycznia) w Warszawie, jakieś wieści z biura są?

Na razie nic, choć mąż do nich pisał. Oczywiście idziemy na przymusową kwarantannę, nie zrobiliśmy testów na Zanzibarze, bo chcieli od nas 180 dolarów za test. Jesteśmy uwięzieni w domu, a córka ma 2 lutego wizytę u psychologa, bo już przed wyjazdem zaczęła terapię. Będę pisać, żeby nas wypuścili, bo ona nie chce wizyt online, potrzebuje osobistego kontaktu. Płacimy za to z własnej kieszeni, są straszne kolejki, nie wiem, jak to teraz załatwić. Generalnie córka zapowiedziała, że nie chce już nigdy nigdzie jechać, nie jest w dobrej formie. Chce być cały czas ze mną, jest smutna. Nie chce rozmawiać, o tym, co się stało. Sądzę, że będzie dłuższy problem. My piszemy reklamację do TUI, będziemy oczekiwać zwrotu kosztów pobytu i odszkodowania. Chcielibyśmy też, żeby zapłacili za leczenie córki, bo na kilku wizytach u psychologa się przecież nie skończy.

Rozmawiała Magdalena Gorostiza

zdjęcia archiwum Beaty Orzechowskiej

Tagi:

podróże,  Zanzibar,  pożar, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Podobne artykuły:

Powrót