Reklama:
Reklama:

Nie przepadam ze świętami. Żadnymi. Wynika to zapewne głównie z niechęci do owczego pędu i solidaryzowania się z tłumami, które kłębią się w centrach handlowych, jakby za chwile miała wybuchnąć wojna. I trzeba koniecznie zrobić na jej czas wielkie zapasy. Wszystkiego – bo jak to na wojnie, przydać się może wszystko. Rajstopy, piżama, podpaski, jedzenie.

 

Nie cierpię świątecznych dekoracji, które pojawiają się w listopadzie. Ledwie człowiek z cmentarza wróci, a już w sklepach choinki stoją, z głośników lecą kolędy albo White Christmas, zaczyna się jakieś dziwne ożywienie, jakby te dwa dni roku mogły faktycznie zmienić nasze życie.

 

W telewizyjnych reklamach Mikołaje różnej maści namawiają na zakupy – jakby posiadanie nowego smartfona lub komputera faktycznie było sprawą najważniejszą. A jak kogoś nie stać – niech weźmie pożyczkę. Nie ważne, że na 25 procent, ważne, by kupił wszelkie gadżety, dzięki którym pozornie będzie miał piękne święta.

 

Potem zaczyna się szał zakupów spożywczych, stanie po nocy w kuchni, rozpychanie łokciami u fryzjera, kosmetyczki, żeby błysnąć przy stole przed dawno niewidzianą rodziną, której w większości przypadków wolelibyśmy nie oglądać.

 

I w ten oto sposób przez dwa miesiące trwają przygotowanie do zaledwie dwóch dni, po których najczęściej zostaje niestrawność. Dosłownie i w przenośni. A często też pożyczka do spłacenia i ewentualnie nowy telefon, który wcale się wiele od tego starego nie różni.

 

Czy rzeczywiście warto tak zabijać się o takie święta?

 

Magdalena Gorostiza

Tagi:

babskim okiem,  święta, 

Loading...

Podobne artykuły:

Zostaw komentarz:

    Brak komentarzy
Powrót