Na grób męża przychodzi raz w miesiącu. Dokładnie grób sprząta i porządkuje zawsze na Wszystkich Świętych. Wiadomo, przyjdzie dalsza, bliższa rodzina, nie chce plotek, że zapomniała o mężu. Nie, nie zapomniała, ale ma dużo żalu do wszystkich, że o niej nikt jakoś wtedy nie bardzo chciał pamiętać. I że każdy uważał, że musi swoje życie poświęcić dla męża.

- Jedna, jedyna dalsza kuzynka, stale mi mówiła, że też muszę mieć jakieś życie. Bo ja czułam się przez te dziesięć lat, jakby mnie już nie było. Wszystko kręciło się wokół choroby Wieśka – mówi Beata.

 

Diagnoza zwaliła ich z nóg, szczególnie, że ona jest pielęgniarką i doskonale znała rokowania. Dzięki temu miała jednak trochę łatwiej z załatwianiem miejsc w szpitalach, w dostępie do nowych leków. Ukochaną pracę w szpitalu musiała zamienić jednak na etat w przychodni. Nie było mowy, żeby pracowała na tzw. dwunastki, znikała z domu na całe noce.

- To było pierwsze na drodze z wielu rożnych wyrzeczeń, powoli znikałam za chorobą męża, stawałam się niewidzialna, moje potrzeby przestawały być ważne. Wszyscy jednak wkoło uważali, że to zupełnie naturalne. Nawet nie zaczynałam na ten temat rozmowy, bo spotykałam się z całkowitym niezrozumieniem – opowiada Beata.

 

Pierwsza operacja i złe wieści, guza nie dało się usunąć w całości. Wiadomo było, że będą potencjalne przerzuty. Potem była chemioterapią, wykończony chemią Wiesiek wracał do domu. Trzeba było go karmić, opiekować się nim, podawać leki. Ale jeszcze się wtedy podniósł, nawet wrócił na jakiś czas do pracy. Tyle tylko, że przestał być tym samym człowiekiem.

- Nigdy nie był zbyt ciepły, czy bardzo wylewny. Ale zmienił się nie do poznania, zapadł się w sobie, w domu się nie odzywał, siedział czasami godzinami wpatrzony w okno. W domu grobowy nastrój, myślałam, że zwariuję – opowiada Beata. Nie reagował na próby rozmowy, odburkiwał, bywał niegrzeczny.

 

Ale to jej wszyscy mówili, że powinna zrozumieć, że przecież jest bardzo chory, że może mieć depresję. Ona miała być silna, cierpliwa, wytrzymała. Nikogo nie obchodziło to, że popołudnia z Wieśkiem w domu były straszne.

- Bałam się wyjść gdziekolwiek, bo słyszałam, że go samego zostawiam. Kiedyś chodziłam na jogę, spotykałam się z koleżankami. Skończyło się, bo wychodzić nie mogłam, a Wiesiek nikogo nie życzył sobie w domu. Wracałam z pracy i wegetowałam – mówi Beata.

Mąż nie mógł pogodzić się z chorobą. Nie pił, nie palił, spacerował dużo, jeździł godzinami na rowerze. Wdawało mu się, że przy tak zdrowym trybie życia nie da się na raka zachorować. Beata wie, że to go bolało, że padło na niego, że jego brat, który palił, dalej był sprawny i zdrowy.

 

- Ja nie umniejszam jego cierpienia, wiem, że dużo musiał znosić, szczególnie, że już dwa lata po pierwszej operacji, doszło do przerzutów. Ale wszystko kręciło się wokół niego, ja już się dla nikogo nie liczyłam – opowiada Beata.

 

Kolejny szpital i kolejny zabieg. Wiesiek wrócił w strasznym stanie do domu. Wtedy salon przerobili na szpitalną salę, bo ciężko mu było wejść nawet do sypialni po schodach. I do śmierci Wieśka to łóżko w salonie już tak wtedy stało.

 

- Kuzynka powiedziała, żebym zaczęła jeździć, w domu był samochód, miałam prawo jazdy. Ale jak w wielu domach, samochód był do dyspozycji Wieśka, nigdy nie dawał mi prowadzić. Kuzynka kazała wziąć lekcje, żebym sobie przypomniała i wsiadać za kierownicę. Kto ci będzie go woził na wizyty? Jak sobie dasz radę? - spytała – wraca do wspomnień Beata. I nie ukrywa, że za to jest kuzynce dozgonnie wdzięczna, bo się przełamała.

 

Wiesiek co prawda się krzywił, że wsiada do jego ukochanego samochodu, martwił się, że go porysuje, ale Beata już się tym nie przejmowała. Miała jak zawieźć męża do lekarza, czasami jak czuł się lepiej, wyjeżdżali za miasto na krótki spacer. Bo Wiesiek unikał ludzi.

 

Potem były kolejne przerzuty i znowu operacja. Tym razem na drugim końcu Polski, w klinice, która specjalizowała się w takich przypadkach.

 

- Zawiozłam go samochodem, już dawałam radę. Upał był wtedy niemiłosierny, środek lata. A na salach chorych żar nie do wytrzymania. Wiesiek bardzo się męczył – opowiada Beata.

 

A ona? O nią nikt nie pytał. Zamknięta w tanim hotelowym pokoju, w obcym mieście, dwa razy dziennie jeździła do szpitala. Prała jego rzeczy w hotelowej umywalce, przynosiła świeże owoce, wodę, karmiła. Znajomi byli na urlopach, ona też wzięła w pracy urlop. Tylko nie spędzała do na plaży, godzinami samotnie gapiła się w sufit.

 

- Jak ktoś dzwonił, pytał o Wieśka. Nikt nie interesował się, jak JA sobie radzę. Czy czuję się samotna, bezradna, może załamana. Może potrzebuję jakiegoś wsparcia. Syn też tylko pytał, co z tatą – opowiada Beata.

 

Po dwóch tygodniach wrócili do domu. Wiesiek dostał się do specjalnego programu. Dwa tygodnie brał lek, po którym był ledwo żywy, przez dwa tygodnie dochodził do siebie, jak czuł się nieco lepiej, była kolejna seria. Wymiotował, był słaby, nie miał apetytu ani na nic siły.

- Czasami zastanawiałam się, czemu on chce tak żyć, bo to przecież nie życie. Ale nie wiem, co ja bym na jego miejscu zrobiła – zastanawia się Beata.

 

Wie jednak, co wtedy z nią było. Oddychała jedynie w pracy, choć ta w przychodni bardzo ją nudziła. W domu czuła się tak, jakby ktoś w mieszkaniu czarną chmurę powiesił. Nie miała czym oddychać, od progu się dusiła. Robiła wszystko jak trzeba, nawet więcej, bo przecież umiała. Wiesiek rozmawiać nie chciał, nic go nie cieszyło. Jej też nie, bo trudno takie życie w ogóle nazwać życiem. Przywiązana do łóżka męża, pozbawiona jakichkolwiek rozrywek, choć przecież ona mogłaby z życia korzystać, bo cały czas zdrowa była.

 

- Kuzynka namawiała mnie, żeby jechać gdzieś sama, do sanatorium na wczasy, wyrwać się gdziekolwiek. Że syn już prawie dorosły, mógłby ojcem się zająć, jest jeszcze teściowa. Tłumaczyła, że też jestem człowiekiem, muszę móc gdzieś odetchnąć. Ja uważałam, że nie wypada, wyobrażałam też sobie zaraz, co by Wiesiek powiedział i reszta rodziny. Czułabym się winna, że myślę o sobie. Ale czy tak być powinno? - pyta Beata.

 

Wiesiek chorował blisko siedem lat, przeszedł osiem różnych operacji. Beata pobytów w szpitalu nie zliczy, nie zliczy podawanych kroplówek, nerek na wymioty.

 

- Kiedy umarł, tak naprawdę poczułam wielką ulgę. Bo od początku było wiadomo, że do zdrowia nigdy nie wróci. Było tylko gorzej i gorzej. On się męczył, ja też się męczyłam. I nie chodzi o to, że go nie kochałam. Ale przez blisko siedem długich lat byłam człowiekiem, który nie powinien mieć żadnych potrzeb. Mówię o tym, by ludzie zrozumieli, że nie tylko chory potrzebuje wsparcia. Że bliscy, którzy z nim mieszkają są w równie fatalnej sytuacji. Że boją się zadbać o siebie, bo będą oceniani jako ludzie bez serca, krańcowi egoiści. Bo powinni czuć się winni, że oni są zdrowi. Ja przez to wszystko przeszłam, wiem, jak to wygląda – podkreśla Beata.

 

Po śmierci Wieśka wróciła do szpitala, na swój stary oddział. Kiedy widzi kobiety w podobnej jak ona sytuacji, zawsze z nimi długo rozmawia. Bo mężczyźni jej zdaniem, nie czują się aż tak zobligowani do opieki nad bliskimi.

- To od kobiet nadal się wymaga, żeby składały ofiarę ze swojego życia, ja też się temu poddałam. Nie twierdzę, że nie powinnam się nim zajmować, ale powinnam mieć w tym od rodziny wsparcie, nie musieć całkowicie rezygnować z życia – konkluduje Beata.

 

Magdalena Gorostiza

 

imię i niektóre szczegóły zmieniono

Tagi:

związek,  małżeństwo,  życie,  smierć,  rak, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót