Reklama:

Raport Towarzystwa Edukacji Antydyskryminacyjnej jest druzgocący. Aż 10 procent polskich dzieci jest w szkole ofiarami dyskryminacji. Głównie z powodu biedy, która manifestuje się strojem jak i niemożnością brania udziału w płatnych zajęciach czy wycieczkach oraz z powodu odmienności. Nieważne jakiej – delikatności u chłopców, którzy nie są macho, po niepełnosprawność, pochodzenie czy kolor skóry. Najwięcej jest dyskryminacji słownej – uczniowie są pogardzani, wyśmiewani, przezywani. Zdarza się, że do uczniów dołączają nauczyciele, którzy też naśmiewają się z uczniów. Dlatego 50 organizacji pozarządowych wystąpiło z apelem do MEN, aby wprowadzić szkolenia dla nauczycieli. Bo to szkoła miałaby być głównym miejscem, w którym walczy się z dyskryminacją. Nie będzie. Kulturę osobistą, tolerancję dla innych, szacunek dla drugiego człowieka wynosi się z rodzinnego domu. A współczesna szkoła przestała być autorytetem. W dużej mierze dzięki rodzicom. Nietolerancyjni nauczyciele to również wytwór panujących przekonań. Sami wychowali się w takich domach. Wątpliwe więc, by udało ich się zmienić.

 

Być, czyli mieć

 

 

Żyjemy w czasach, w których konsumpcjonizm stał się nadrzędnym celem dla większości ludzi. Nadmiar towaru na rynku, wyścig producentów i nachalna reklama przekonują, że aby być zauważalnym w świecie trzeba mieć i wyglądać. Rodzinne pielgrzymki w wolne dni do galerii handlowych jedynie wpisują się w obowiązujące trendy. Ale żeby mieć, trzeba mieć pieniądze. Dlatego w wielu rodzinach pieniądz stał się bogiem i najwyżej ceniona wartością. Bo to pieniądz gwarantuje dostęp do gadżetów, markowych ubrań, samochodów i wszelkiego innego dobra. Ceni się więc wyłącznie tych, którzy są bogaci. Bez względu na ich dodatkowe przymioty. Bogactwo stało się synonimem sukcesu i tego uczy się od rodziców większość dzieci. Ktoś, kto jest biedny, jest frajerem. Niewartym uwagi, niewartym kontaktu. Nie ma najnowszych gier, quada, nie pojedzie na obóz zagraniczny. Większość rodziców nie uczy dzieci szukać w ludziach zgoła innych wartości. Nie uczą, bo po pierwsze sami ich nie mają, po drugie, nie liczy się nic, co w rezultacie nie przyniesie pieniędzy.

Dlatego też w dzieciach nie rozwija się pasji, a wybór szkoły, studiów podyktowany jest najczęściej statystyczną możliwością zrobienia kariery. Przez karierę rozumie się rzecz jasna przede wszystkim zarabianie pieniędzy.

W domach rodzinnych toczą się na temat dyskusje. I to od rodziców dzieci uczą się, że biedni ludzie są nikomu do niczego nie potrzebni. Mogą być wręcz darmozjadami „utrzymywanymi z naszych podatków”, jeśli dodatkowo są bezrobotni lub żyją z zasiłków.

 

Trzeba wyglądać

 

Lansowanie przez media wizerunku idealnej kobiety i idealnego mężczyzny – musi być osobą młodą, zdrową i oczywiście bogatą, skoro ma na sobie ubrania drogiej firmy, też nie pomaga w uczeniu tolerancji. Media mają oczywiście większy wpływ na dziewczynki. To z reguły one dążą do tego by wyglądać i być sławne w przyszłości jak celebrytki. Oczywiście taki wygląd kosztuje i znów wracamy do pieniędzy. Trzeba mieć na markowe ubrania, na gadżety, na medycynę estetyczną i chirurga plastyka, żeby idealny wygląd osiągnąć. Ponieważ świat zewnętrzny też preferuje urodziwe osoby, a te brzydkie, grube, są na uboczu, wiadomym jest, że trzeba za wszelką cenę dążyć do ideału. Błędne koło nabiera rozpędu. Ale rozkręcają je sami rodzice. Komunie jak wesela, dwie sukienki na zmianę, próbne fryzury u fryzjera – szaleństwo wydaje się nie mieć końca. Coś, co z założenia powinno być duchowym przeżyciem zamienia się w targowisko próżności. W dodatku jest rywalizacja – kto ma droższą sukienkę, więcej prezentów.

Jeśli jednak wizerunek kobiety spłyca się społecznie wyłącznie do jej wyglądu, nie ma co liczyć na to, że będzie inaczej.

Należy też pamiętać, że w Polsce doszło do rozwarstwienia społecznego i do pieniędzy doszła grupa ludzi, która nie miała ich z pokolenia na pokolenie. To są nuworysze, którzy muszą się pokazać, zaszpanować, dla których pieniądz jest celem samym w sobie, a nie środkiem do rozwoju intelektualnego czy poszukiwania duchowości.

 

Celebryci i bohaterowie

 

Celebryci są znani z tego, że... są znani. Wypełnia się nimi rubryki towarzyskie, modowe, zaprasza, pokazuje, lansuje. Nie ma znaczenia, czy cokolwiek mają w głowie, bo nikogo to nie interesuje. Ale to właśnie celebryci stali się wzorem, do którego należy dążyć za wszelką cenę. W opozycji do nich stoją bohaterowie – to ludzie, którzy o coś walczą, maja idee, to, co mają zdobywają talentem i wysiłkiem. Z bohaterów lansuje się wyłącznie sportowców. Tyle tylko, że sport zawodowy to dziś również duże pieniądze. Tym sposobem sportowcy urastają do rangi celebrytów, też noszą markowe rzeczy, używają najmodniejszych gadżetów.

Innych bohaterów – osób działających na rzecz niepełnosprawnych, uprawiających niedochodowe sporty, i tak dalej i tak dalej, praktycznie nikt nie lansuje. Bo kogo to obchodzi? Może jakąś nieliczna grupę fanów o podobnych poglądach? Nie jest więc to medialny towar, który potencjalnie się sprzeda.

A tymczasem dziś to głównie internet i telewizja jest źródłem wiedzy o świecie. Większość Polaków nie czyta książek, nie wspominając o poważnej publicystyce. Mało kto ze świata medialnego ma więc ochotę docierać do dość hermetycznych grup hołdującym wartościom odległym od świata celebrytów.

 

Nie ma honoru i wstydu

 

W Polsce zanikły też inne wartości, takie jak wstyd, godność czy choćby elementarne poczucie przyzwoitości. Przykład idzie z góry. Skompromitowany Bartłomiej Sienkiewicz nie dość, że dostaje kolejne państwowe stanowisko, bez żenady pokazuje się w telewizji. Podobnie jak cała rzesza innych polityków, łącznie z tymi, którzy są podejrzani o różnego typu przekręty.

Podobnie jest w  kręgach towarzyskich. Nie eliminuje się z nich oszustwa, przestępstwa. Pamiętam z lubelskiego podwórka, jak lekarka oskarżona o branie łapówek, nie dość, że nie została wykluczona z towarzyskiego światka, to jeszcze była obiektem współczucia. Uniknęła odpowiedzialności, bo poszła na współpracę. Ale i to nikogo nie obeszło. I znam wiele podobnych przypadków, kiedy ani kradzież, ani wyłudzenie czy inny przekręt nie stał się powodem do towarzyskiego ostracyzmu.

Znacznie gorzej dzieje się, gdy ktoś traci pieniądze albo intratne stanowisko. Bardzo szybko przekonuje się, że tak naprawdę nie miał żadnych przyjaciół, albo w najlepszym razie, została ich garstka.

 

Kościół nie pomaga

 

Mowa nienawiści szerzona przez Kościół w stosunku do osób o odmiennych poglądach czy preferencjach seksualnych też nie pomaga w nauce tolerancji. Okazuje się, że nawet „moralne autorytety”, jakimi niewątpliwie powinni być księża, pozwalają sobie na używanie różnego typu obelg wobec innych ludzi. Osławiony ksiądz profesor Oko, namiętnie zapraszany do programów, jest najlepszym przykładem braku szacunku dla ludzi, którzy myślą inaczej i homofobii w najgorszym wydaniu. Ten język to też społeczne przyzwolenie na wytykanie palcami odmieńców, uważanie się za kogoś lepszego z powodu swoich przekonań.

I w takiej atmosferze wychowuje się większość polskich dzieci. Nie uczy się ich również szacunku dla chorych czy słabszych. W szkołach, które miały być integracyjne to rodzice robią często awantury, żeby Jaś nie był w klasie z Downem, bo to zaniża poziom jego edukacji.

 

Czego więc od nich chcemy?

 

W polskiej szkole jak w zwierciadle odbija się moralna kondycja Polaków. Uczniowie nie wzięli się w niej z kosmosu. Trafili do niej z tradycyjnych, w większości przypadków (tak wynika z deklaracji wiary) katolickich rodzin przywiązanych do nowego, celebryckiego stylu życia. Żeby dzieci były inne musiałyby mieć przede wszystkim innych rodziców. Wołanie do MEN o kursy dla nauczycieli, to przysłowiowe wołanie na puszczy. Żadne kursy nie pomogą, bo to nie szkoła jest miejscem, w którym kształtują się postawy młodych ludzi. Oni wynoszą je z rodzinnych domów, można rzec, wysysają z mlekiem matki.

 

Magdalena Gorostiza

Powrót
Reklama:

Podobne artykuły:

Raport Towarzystwa Edukacji Antydyskryminacyjnej jest druzgocący. Aż 10 procent polskich dzieci jest w szkole ofiarami dyskryminacji. Głównie z powodu biedy, która manifestuje się strojem jak i niemożnością brania udziału w płatnych zajęciach czy wycieczkach oraz z powodu odmienności. Nieważne jakiej – delikatności u chłopców, którzy nie są macho, po niepełnosprawność, pochodzenie czy kolor skóry. Najwięcej jest dyskryminacji słownej – uczniowie są pogardzani, wyśmiewani, przezywani. Zdarza się, że do uczniów dołączają nauczyciele, którzy też naśmiewają się z uczniów. Dlatego 50 organizacji pozarządowych wystąpiło z apelem do MEN, aby wprowadzić szkolenia dla nauczycieli. Bo to szkoła miałaby być głównym miejscem, w którym walczy się z dyskryminacją. Nie będzie. Kulturę osobistą, tolerancję dla innych, szacunek dla drugiego człowieka wynosi się z rodzinnego domu. A współczesna szkoła przestała być autorytetem. W dużej mierze dzięki rodzicom. Nietolerancyjni nauczyciele to również wytwór panujących przekonań. Sami wychowali się w takich domach. Wątpliwe więc, by udało ich się zmienić.

 

Być, czyli mieć

 

 

Żyjemy w czasach, w których konsumpcjonizm stał się nadrzędnym celem dla większości ludzi. Nadmiar towaru na rynku, wyścig producentów i nachalna reklama przekonują, że aby być zauważalnym w świecie trzeba mieć i wyglądać. Rodzinne pielgrzymki w wolne dni do galerii handlowych jedynie wpisują się w obowiązujące trendy. Ale żeby mieć, trzeba mieć pieniądze. Dlatego w wielu rodzinach pieniądz stał się bogiem i najwyżej ceniona wartością. Bo to pieniądz gwarantuje dostęp do gadżetów, markowych ubrań, samochodów i wszelkiego innego dobra. Ceni się więc wyłącznie tych, którzy są bogaci. Bez względu na ich dodatkowe przymioty. Bogactwo stało się synonimem sukcesu i tego uczy się od rodziców większość dzieci. Ktoś, kto jest biedny, jest frajerem. Niewartym uwagi, niewartym kontaktu. Nie ma najnowszych gier, quada, nie pojedzie na obóz zagraniczny. Większość rodziców nie uczy dzieci szukać w ludziach zgoła innych wartości. Nie uczą, bo po pierwsze sami ich nie mają, po drugie, nie liczy się nic, co w rezultacie nie przyniesie pieniędzy.

Dlatego też w dzieciach nie rozwija się pasji, a wybór szkoły, studiów podyktowany jest najczęściej statystyczną możliwością zrobienia kariery. Przez karierę rozumie się rzecz jasna przede wszystkim zarabianie pieniędzy.

W domach rodzinnych toczą się na temat dyskusje. I to od rodziców dzieci uczą się, że biedni ludzie są nikomu do niczego nie potrzebni. Mogą być wręcz darmozjadami „utrzymywanymi z naszych podatków”, jeśli dodatkowo są bezrobotni lub żyją z zasiłków.

 

Trzeba wyglądać

 

Lansowanie przez media wizerunku idealnej kobiety i idealnego mężczyzny – musi być osobą młodą, zdrową i oczywiście bogatą, skoro ma na sobie ubrania drogiej firmy, też nie pomaga w uczeniu tolerancji. Media mają oczywiście większy wpływ na dziewczynki. To z reguły one dążą do tego by wyglądać i być sławne w przyszłości jak celebrytki. Oczywiście taki wygląd kosztuje i znów wracamy do pieniędzy. Trzeba mieć na markowe ubrania, na gadżety, na medycynę estetyczną i chirurga plastyka, żeby idealny wygląd osiągnąć. Ponieważ świat zewnętrzny też preferuje urodziwe osoby, a te brzydkie, grube, są na uboczu, wiadomym jest, że trzeba za wszelką cenę dążyć do ideału. Błędne koło nabiera rozpędu. Ale rozkręcają je sami rodzice. Komunie jak wesela, dwie sukienki na zmianę, próbne fryzury u fryzjera – szaleństwo wydaje się nie mieć końca. Coś, co z założenia powinno być duchowym przeżyciem zamienia się w targowisko próżności. W dodatku jest rywalizacja – kto ma droższą sukienkę, więcej prezentów.

Jeśli jednak wizerunek kobiety spłyca się społecznie wyłącznie do jej wyglądu, nie ma co liczyć na to, że będzie inaczej.

Należy też pamiętać, że w Polsce doszło do rozwarstwienia społecznego i do pieniędzy doszła grupa ludzi, która nie miała ich z pokolenia na pokolenie. To są nuworysze, którzy muszą się pokazać, zaszpanować, dla których pieniądz jest celem samym w sobie, a nie środkiem do rozwoju intelektualnego czy poszukiwania duchowości.

 

Celebryci i bohaterowie

 

Celebryci są znani z tego, że... są znani. Wypełnia się nimi rubryki towarzyskie, modowe, zaprasza, pokazuje, lansuje. Nie ma znaczenia, czy cokolwiek mają w głowie, bo nikogo to nie interesuje. Ale to właśnie celebryci stali się wzorem, do którego należy dążyć za wszelką cenę. W opozycji do nich stoją bohaterowie – to ludzie, którzy o coś walczą, maja idee, to, co mają zdobywają talentem i wysiłkiem. Z bohaterów lansuje się wyłącznie sportowców. Tyle tylko, że sport zawodowy to dziś również duże pieniądze. Tym sposobem sportowcy urastają do rangi celebrytów, też noszą markowe rzeczy, używają najmodniejszych gadżetów.

Innych bohaterów – osób działających na rzecz niepełnosprawnych, uprawiających niedochodowe sporty, i tak dalej i tak dalej, praktycznie nikt nie lansuje. Bo kogo to obchodzi? Może jakąś nieliczna grupę fanów o podobnych poglądach? Nie jest więc to medialny towar, który potencjalnie się sprzeda.

A tymczasem dziś to głównie internet i telewizja jest źródłem wiedzy o świecie. Większość Polaków nie czyta książek, nie wspominając o poważnej publicystyce. Mało kto ze świata medialnego ma więc ochotę docierać do dość hermetycznych grup hołdującym wartościom odległym od świata celebrytów.

 

Nie ma honoru i wstydu

 

W Polsce zanikły też inne wartości, takie jak wstyd, godność czy choćby elementarne poczucie przyzwoitości. Przykład idzie z góry. Skompromitowany Bartłomiej Sienkiewicz nie dość, że dostaje kolejne państwowe stanowisko, bez żenady pokazuje się w telewizji. Podobnie jak cała rzesza innych polityków, łącznie z tymi, którzy są podejrzani o różnego typu przekręty.

Podobnie jest w  kręgach towarzyskich. Nie eliminuje się z nich oszustwa, przestępstwa. Pamiętam z lubelskiego podwórka, jak lekarka oskarżona o branie łapówek, nie dość, że nie została wykluczona z towarzyskiego światka, to jeszcze była obiektem współczucia. Uniknęła odpowiedzialności, bo poszła na współpracę. Ale i to nikogo nie obeszło. I znam wiele podobnych przypadków, kiedy ani kradzież, ani wyłudzenie czy inny przekręt nie stał się powodem do towarzyskiego ostracyzmu.

Znacznie gorzej dzieje się, gdy ktoś traci pieniądze albo intratne stanowisko. Bardzo szybko przekonuje się, że tak naprawdę nie miał żadnych przyjaciół, albo w najlepszym razie, została ich garstka.

 

Kościół nie pomaga

 

Mowa nienawiści szerzona przez Kościół w stosunku do osób o odmiennych poglądach czy preferencjach seksualnych też nie pomaga w nauce tolerancji. Okazuje się, że nawet „moralne autorytety”, jakimi niewątpliwie powinni być księża, pozwalają sobie na używanie różnego typu obelg wobec innych ludzi. Osławiony ksiądz profesor Oko, namiętnie zapraszany do programów, jest najlepszym przykładem braku szacunku dla ludzi, którzy myślą inaczej i homofobii w najgorszym wydaniu. Ten język to też społeczne przyzwolenie na wytykanie palcami odmieńców, uważanie się za kogoś lepszego z powodu swoich przekonań.

I w takiej atmosferze wychowuje się większość polskich dzieci. Nie uczy się ich również szacunku dla chorych czy słabszych. W szkołach, które miały być integracyjne to rodzice robią często awantury, żeby Jaś nie był w klasie z Downem, bo to zaniża poziom jego edukacji.

 

Czego więc od nich chcemy?

 

W polskiej szkole jak w zwierciadle odbija się moralna kondycja Polaków. Uczniowie nie wzięli się w niej z kosmosu. Trafili do niej z tradycyjnych, w większości przypadków (tak wynika z deklaracji wiary) katolickich rodzin przywiązanych do nowego, celebryckiego stylu życia. Żeby dzieci były inne musiałyby mieć przede wszystkim innych rodziców. Wołanie do MEN o kursy dla nauczycieli, to przysłowiowe wołanie na puszczy. Żadne kursy nie pomogą, bo to nie szkoła jest miejscem, w którym kształtują się postawy młodych ludzi. Oni wynoszą je z rodzinnych domów, można rzec, wysysają z mlekiem matki.

 

Magdalena Gorostiza

loading...

Podobne artykuły:

Tagi:

życie,  dzieci,  szkoła,  tolerancja,  dyskryminacja,  prześladowanie, 

Zostaw komentarz:

    Brak komentarzy
Powrót