Reklama

W boga żadnego nie wierzy, ale ma przekonanie, że Coś musi być. Jak to nazwać fatum? Los. Przeznaczenie? Tego nie umie określić. Ale pamięta jak wyprowadzali ich z obozu i wzdłuż szpaleru jechał samochód. Był tak słaby i chory, że nie mógł iść. Do samochodu brali dzieci, które ledwo żyły, tak jak on. Wrzucili go na pakę. Kiedy znowu zobaczył matkę, tak piszczał, że udało jej się wyciągnąć go z powrotem. Trzymali go za wyciągnięte w górę ręce, żeby udawał, że idzie.

- O tamtych dzieciach słuch zaginął – mówi. - Nikt ich nigdy więcej nie zobaczył. Więc jednak Coś sprawiło, że miałem żyć...

 

A tak się bałem samolotów...

 

Obsługiwał traktor, kombajn zanim trafił do wojskowej szkoły lotniczej. Został mechanikiem i wiele lat była to jego ogromna pasja.

- A pomyśleć, że do 12 roku życia piszczałem na widok samolotu – mówi. - Pamiętam jak ostrzeliwali naszą wieś.

Tymczasem to z samolotami związał swoje życie. Najpierw w Lotniczym Zakładzie Usług Gospodarczych w Warszawie. Latał z najlepszymi.

- Z byłym pilotem RAF polecieliśmy pod mostem Poniatowskiego – wspomina. - Poznałem pilota samego Bieruta. Oj ciężkie, ale i ciekawe były to czasy.

Pasja życia - samoloty i śmigłowce

 

Potem trafił do WSK Świdnik, gdzie pracował przez 30 lat. Zajmował się śmigłowcami, ich mechaniką, ma na swoim koncie patenty, był na kontrakcie w Libii.

- Życie zawodowe miałem bogate – mówi. - Nie mogę narzekać. Dużo pracy, ale też dużo satysfakcji. Potem założyłem jeszcze własną firmę, serwisowałem kserokopiarki. Czego to człowiek nie robił przez te lata.

 

Nie będę się nudził

 

Na emeryturze postanowił, że nudzić się nie będzie. Uwielbia nowinki technologiczne, fascynuje go głównie elektronika.

- Patrz pani, jak w Świdniku zakładaliśmy pierwszą centralę telefoniczną na 500 numerów, to było coś – śmieje się. - A teraz 500 numerów to ja mam w tym swoim małym bzdecie i kabli do niego żadnych nie trzeba.

W czasie wolnym maluje obrazy. Jak był młody, nawet chciał iść do szkoły plastycznej, bo zawsze lubił rysować. Teraz swoje fantazje przelewa na płótno. Sama „kupiłam” od niego jeden obraz. Pieniędzy dla siebie nie chciał, kazał zrobić wpłatę na stowarzyszenie, które opiekuje się ludźmi malującymi ustami. Bo lubi pomagać innym.

 

Józef Psiuk wymyślił sobie swojego Anioła

 

Ostro działa w Fundacji Polsko Niemieckie Pojednanie, wyjeżdża do Niemiec, edukuje tamtejszą młodzież.

- Bo wybaczyć trzeba, ale nigdy zapomnieć – dodaje. - Tamten koszmar, tamten czas nie może wrócić. Jeśli nasze świadectwo ma pomóc, to jestem za tym, żeby mówić prawdę.

 

Ponieważ ostro działa na Facebooku, właśnie tam wyraził swój głośny sprzeciw po słynnej wypowiedzi Obamy o „polskich obozach koncentracyjnych”

- Ja mówię o nich niemieckie obozy zagłady – podkreśla. - I młodym Niemcom też tłumaczę, co ich dziadkowie robili.

 

Chłopiec z konikiem

 

Na Majdanek trafił w wieku 5 lat. Całą wieś wtedy wywieźli, Był lipiec 1943 roku, trwała pacyfikacja Zamojszczyzny. Pamięta dużo, za dużo nawet, bo o wielu rzeczach chciałoby się jednak zapomnieć.

- Wkurza mnie to, że moje siostra bliźniaczka w ogóle wyparła ten czas ze świadomości, nie pamięta nic – mówi – Wkurza w tym sensie, że jej zazdroszczę.

 

On do dziś ma przed oczyma barak, pryczę na samej górze i słyszy słowa matki, która się wychylała i mówiła, że trupów jeszcze nie uprzątnęli, to zejść się nie da. Pamięta brud, smród, obozowe latryny, głód.

- I wszy, bawiliśmy się w tumanach pyłu, a one z ziemi na ręce wchodziły – mówi. Majdanek to w ogóle ciężki temat i Józef mówiąc o tamtych latach z trudem hamuje łzy. - Pamiętam jak szliśmy do takiej beczki z kartoflami, w rządku, każdy nabierał, ile mógł w rączkę. Potem idąc jedliśmy te kartofle. Do drugiej rączki przekładaliśmy zgniłki, obierki i rzucaliśmy na kupkę. Potem do tej kupki wypuszczali dzieci żydowskie. I one walczyły o te obierki...

 

No więc czy można o tym zapomnieć? Nie można. Tak samo jak o psach, które rzucały się na więźniów, o dzieciach, które wpadały do latryn i się topiły, o tym jak Niemcy zabrali ulubioną zabawkę... Ich wejście do obozu opisała w swojej książce inna więźniarka Majdanka Barbara Brzosko – Mędryk. Widziała pochód i małego Józia, który ciągnął drewnianego konika na sznurku we wszechobecnym pyle.

 

Ludzie nie są dobrzy

 

Więc Majdanek w nim został. Na zawsze.

- Wystarczy, że kołdrą się za mocno przykryje, a już mi się śni, że w wagonie bydlęcym nas wiozą – dodaje. - Ciągle mam koszmary związane z obozem, chociaż już ponad 70 lat minęło.

Dlatego często zastanawia się nad rodzajem ludzkim i uważa, że chyba nie jest z nim najlepiej. Żeby jeden drugiemu tak robił. Żeby niczego i nikogo ta wojna nie nauczyła, bo dalej to samo dzieje się na świecie.

- Próbuje wytłumaczyć to sobie ewolucją, że silniejsze narody wypierają słabsze, tak jak to jest wśród zwierząt – mówi. - Ale trudno jednak do końca to zrozumieć. Bo z drugiej strony człowiek jest fascynujący. Te osiągnięcia, zdobycze nauki, to są rzeczy absolutnie rewelacyjne. Nie jest łatwo to ze sobą pogodzić.

Ale skoro się przeżyło taki koszmar, to tym bardziej człowiek uczy się cieszyć życiem. On przynajmniej stara się, żeby swoją końcówkę jak najlepiej przeżyć. Choć spotykały go różne niespodzianki, jest zdania, że:

 

Nigdy nie wolno się załamywać

 

Niedawno, po kilkudziesięciu latach zostawiła go żona. Nagle. Mają trzy dorosłe córki, rozsiane po świecie. Został sam.

- Nie chce wchodzić w szczegóły, bo to bolesne – mówi. - Ale bardzo byłem tym zdołowany. Kompletnie pod kreską. To był zły dla mnie czas. Bardzo to przeżyłem.

Sądził, że się nie wygrzebie. A tu okazało się, że czarnowidztwo było niepotrzebne. Od kliku miesięcy spotyka się z inną kobietą. Jeżdżą na dancingi, wychodzą do kawiarni, wsiadają w tigrę i jadą na spacer do Nałęczowa.

- Wiadomo, że jest inaczej niż jak człowiek jest młody – śmieje się. - Ale pięknie jest, wesoło, radośnie, warto żyć dla takich chwil.

W dniu, w którym go odwiedziłam, szykował przyjęcie. Steki wołowe w ziołach, sałatka z sosem greckim i serem feta, dereniówka własnej roboty. Zaprasza, bo i sam jest zapraszany. Życie towarzyskie kwitnie.

 

Byle jak najdłużej

 

Jest mu wszystko jedno gdzie go pochowają, co z nim będzie. Bo uważa, że po śmierci jest tylko nicość. Dlatego chciałby jeszcze pożyć tak długo, jak się da. Jeszcze światem się nacieszyć, poszaleć swoja tigrą, namalować nowe obrazy, podyskutować na Facebooku.

Ale tak najbardziej, to chciałbym zobaczyć, co to jeszcze ludzie wymyślą na przykład za dwadzieścia lat– mówi. - Teraz na przykład cały czas śledzę grafen...

 

Magdalena Gorostiza

zdjęcia archiwum prywatne J.Psiuka

 

 

Powrót
Reklama:

W boga żadnego nie wierzy, ale ma przekonanie, że Coś musi być. Jak to nazwać fatum? Los. Przeznaczenie? Tego nie umie określić. Ale pamięta jak wyprowadzali ich z obozu i wzdłuż szpaleru jechał samochód. Był tak słaby i chory, że nie mógł iść. Do samochodu brali dzieci, które ledwo żyły, tak jak on. Wrzucili go na pakę. Kiedy znowu zobaczył matkę, tak piszczał, że udało jej się wyciągnąć go z powrotem. Trzymali go za wyciągnięte w górę ręce, żeby udawał, że idzie.

- O tamtych dzieciach słuch zaginął – mówi. - Nikt ich nigdy więcej nie zobaczył. Więc jednak Coś sprawiło, że miałem żyć...

 

A tak się bałem samolotów...

 

Obsługiwał traktor, kombajn zanim trafił do wojskowej szkoły lotniczej. Został mechanikiem i wiele lat była to jego ogromna pasja.

- A pomyśleć, że do 12 roku życia piszczałem na widok samolotu – mówi. - Pamiętam jak ostrzeliwali naszą wieś.

Tymczasem to z samolotami związał swoje życie. Najpierw w Lotniczym Zakładzie Usług Gospodarczych w Warszawie. Latał z najlepszymi.

- Z byłym pilotem RAF polecieliśmy pod mostem Poniatowskiego – wspomina. - Poznałem pilota samego Bieruta. Oj ciężkie, ale i ciekawe były to czasy.

Pasja życia - samoloty i śmigłowce

 

Potem trafił do WSK Świdnik, gdzie pracował przez 30 lat. Zajmował się śmigłowcami, ich mechaniką, ma na swoim koncie patenty, był na kontrakcie w Libii.

- Życie zawodowe miałem bogate – mówi. - Nie mogę narzekać. Dużo pracy, ale też dużo satysfakcji. Potem założyłem jeszcze własną firmę, serwisowałem kserokopiarki. Czego to człowiek nie robił przez te lata.

 

Nie będę się nudził

 

Na emeryturze postanowił, że nudzić się nie będzie. Uwielbia nowinki technologiczne, fascynuje go głównie elektronika.

- Patrz pani, jak w Świdniku zakładaliśmy pierwszą centralę telefoniczną na 500 numerów, to było coś – śmieje się. - A teraz 500 numerów to ja mam w tym swoim małym bzdecie i kabli do niego żadnych nie trzeba.

W czasie wolnym maluje obrazy. Jak był młody, nawet chciał iść do szkoły plastycznej, bo zawsze lubił rysować. Teraz swoje fantazje przelewa na płótno. Sama „kupiłam” od niego jeden obraz. Pieniędzy dla siebie nie chciał, kazał zrobić wpłatę na stowarzyszenie, które opiekuje się ludźmi malującymi ustami. Bo lubi pomagać innym.

 

Józef Psiuk wymyślił sobie swojego Anioła

 

Ostro działa w Fundacji Polsko Niemieckie Pojednanie, wyjeżdża do Niemiec, edukuje tamtejszą młodzież.

- Bo wybaczyć trzeba, ale nigdy zapomnieć – dodaje. - Tamten koszmar, tamten czas nie może wrócić. Jeśli nasze świadectwo ma pomóc, to jestem za tym, żeby mówić prawdę.

 

Ponieważ ostro działa na Facebooku, właśnie tam wyraził swój głośny sprzeciw po słynnej wypowiedzi Obamy o „polskich obozach koncentracyjnych”

- Ja mówię o nich niemieckie obozy zagłady – podkreśla. - I młodym Niemcom też tłumaczę, co ich dziadkowie robili.

 

Chłopiec z konikiem

 

Na Majdanek trafił w wieku 5 lat. Całą wieś wtedy wywieźli, Był lipiec 1943 roku, trwała pacyfikacja Zamojszczyzny. Pamięta dużo, za dużo nawet, bo o wielu rzeczach chciałoby się jednak zapomnieć.

- Wkurza mnie to, że moje siostra bliźniaczka w ogóle wyparła ten czas ze świadomości, nie pamięta nic – mówi – Wkurza w tym sensie, że jej zazdroszczę.

 

On do dziś ma przed oczyma barak, pryczę na samej górze i słyszy słowa matki, która się wychylała i mówiła, że trupów jeszcze nie uprzątnęli, to zejść się nie da. Pamięta brud, smród, obozowe latryny, głód.

- I wszy, bawiliśmy się w tumanach pyłu, a one z ziemi na ręce wchodziły – mówi. Majdanek to w ogóle ciężki temat i Józef mówiąc o tamtych latach z trudem hamuje łzy. - Pamiętam jak szliśmy do takiej beczki z kartoflami, w rządku, każdy nabierał, ile mógł w rączkę. Potem idąc jedliśmy te kartofle. Do drugiej rączki przekładaliśmy zgniłki, obierki i rzucaliśmy na kupkę. Potem do tej kupki wypuszczali dzieci żydowskie. I one walczyły o te obierki...

 

No więc czy można o tym zapomnieć? Nie można. Tak samo jak o psach, które rzucały się na więźniów, o dzieciach, które wpadały do latryn i się topiły, o tym jak Niemcy zabrali ulubioną zabawkę... Ich wejście do obozu opisała w swojej książce inna więźniarka Majdanka Barbara Brzosko – Mędryk. Widziała pochód i małego Józia, który ciągnął drewnianego konika na sznurku we wszechobecnym pyle.

 

Ludzie nie są dobrzy

 

Więc Majdanek w nim został. Na zawsze.

- Wystarczy, że kołdrą się za mocno przykryje, a już mi się śni, że w wagonie bydlęcym nas wiozą – dodaje. - Ciągle mam koszmary związane z obozem, chociaż już ponad 70 lat minęło.

Dlatego często zastanawia się nad rodzajem ludzkim i uważa, że chyba nie jest z nim najlepiej. Żeby jeden drugiemu tak robił. Żeby niczego i nikogo ta wojna nie nauczyła, bo dalej to samo dzieje się na świecie.

- Próbuje wytłumaczyć to sobie ewolucją, że silniejsze narody wypierają słabsze, tak jak to jest wśród zwierząt – mówi. - Ale trudno jednak do końca to zrozumieć. Bo z drugiej strony człowiek jest fascynujący. Te osiągnięcia, zdobycze nauki, to są rzeczy absolutnie rewelacyjne. Nie jest łatwo to ze sobą pogodzić.

Ale skoro się przeżyło taki koszmar, to tym bardziej człowiek uczy się cieszyć życiem. On przynajmniej stara się, żeby swoją końcówkę jak najlepiej przeżyć. Choć spotykały go różne niespodzianki, jest zdania, że:

 

Nigdy nie wolno się załamywać

 

Niedawno, po kilkudziesięciu latach zostawiła go żona. Nagle. Mają trzy dorosłe córki, rozsiane po świecie. Został sam.

- Nie chce wchodzić w szczegóły, bo to bolesne – mówi. - Ale bardzo byłem tym zdołowany. Kompletnie pod kreską. To był zły dla mnie czas. Bardzo to przeżyłem.

Sądził, że się nie wygrzebie. A tu okazało się, że czarnowidztwo było niepotrzebne. Od kliku miesięcy spotyka się z inną kobietą. Jeżdżą na dancingi, wychodzą do kawiarni, wsiadają w tigrę i jadą na spacer do Nałęczowa.

- Wiadomo, że jest inaczej niż jak człowiek jest młody – śmieje się. - Ale pięknie jest, wesoło, radośnie, warto żyć dla takich chwil.

W dniu, w którym go odwiedziłam, szykował przyjęcie. Steki wołowe w ziołach, sałatka z sosem greckim i serem feta, dereniówka własnej roboty. Zaprasza, bo i sam jest zapraszany. Życie towarzyskie kwitnie.

 

Byle jak najdłużej

 

Jest mu wszystko jedno gdzie go pochowają, co z nim będzie. Bo uważa, że po śmierci jest tylko nicość. Dlatego chciałby jeszcze pożyć tak długo, jak się da. Jeszcze światem się nacieszyć, poszaleć swoja tigrą, namalować nowe obrazy, podyskutować na Facebooku.

Ale tak najbardziej, to chciałbym zobaczyć, co to jeszcze ludzie wymyślą na przykład za dwadzieścia lat– mówi. - Teraz na przykład cały czas śledzę grafen...

 

Magdalena Gorostiza

zdjęcia archiwum prywatne J.Psiuka

 

 

loading...

Podobne artykuły:

Tagi:

szczęście,  życie,  Józef Psiuk,  Świdnik, 

Zostaw komentarz:

  • Komentarz od: ~Irmina   zgłoś nadużycie  

    To jest radość życia pomimo wszystko !! Gratulacje i osobiście dziękuję za pomoc w akcji "Roza dla Róży",a jestem pewna ,ze wszystkie przyjaciółki współorganizatorki też są wdzięczne za dar na aukcje!

Powrót