Reklama

Poszkodowana, dziś już pełnoletnia Barbara W. podczas rozprawy twierdziła, że od tamtej pory boi się policji, ma awersję do szpakowatych mężczyzn i nie układa jej się życie intymne. Stąd jej roszczenia pod adresem Miejskiej Komendy Policji w Lublinie. Wyrok zapadł w połowie grudnia. Ale, żeby znać genezę tej traumy, musimy wrócić do poczatku tej niebywałej historii.

Randka nad Zalewem Zemborzyckim

Był piękny wiosenny dzień 2007 roku, godzina 12 w południe. 15- letnia wówczas Kasia pojechała na randkę ze swoim  starszym chłopakiem nad zalew. Andrzej zabrał dziewczynkę służbowym samochodem, zaparkowali w ustronnym miejscu w lesie. Wtedy do akcji

wkroczył Gimbus Patrol

Był to twór połączonych sił policji i straży miejskiej, zadaniem którego należało pilnować, by młodzież szkolna zachowywała się obyczajnie.

I w tym przypadku, w oznakowanym policyjnym radiowozie był policjant z sekcji prewencji i strażnik miejski, panowie po trzydziestce. Zainteresował ich źle zaparkowany samochód, bo do lasu wjeżdżać nie można. Wylegitymowali  parę. Zagrozili mandatem o wartości 500 zł, nie mniej jednak dali się ułaskawić prośbom. Odstąpili od ukarania kierowcy, postawili jednak warunek, że Kasię sami do domu odwiozą.

Trzeba to jakoś załatwić

Po drodze dziewczynka pertraktowała z Gimbus Patrolem, żeby sprawy nie ujawniać, głównie ze strachu przed rodzicami. Prośby były na tyle skuteczne, że panowie nawet nie wpisali w swoje kajety, że taka interwencja miała w ogóle miejsce. Ale nie okazali dobrego serca zupełnie za darmo. Zaproponowali dziewczynie spotkanie. Miała się za kilka dni odezwać.

Zdesperowana Kasia wyznała jednak natychmiast wszystko swojej 14- letniej przyjaciółce Basi. Ta uznała, że nie ma co czekać, najlepiej działać od ręki. Dziewczyna skontaktowała się telefonicznie z policjantem i umówiły w tym samym dniu już na godzinę 13.30. Obiecała, że przyjdzie z koleżanką.

Randka w radiowozie

Policjant i strażnik wpisali sobie półgodzinną przerwę i pojechali na spotkanie z nastolatkami. Oznakowanym radiowozem zabrali dziewczynki na opuszczony poligon na Felinie. Basia i Kasia siedziały z tyłu. Potem panowie przesiedli się do nich i zaczęli molestować dziewczynki. Strażnik, w mniejszym, policjant w większym stopniu. Protesty nastolatek na nic się zdały. Na szczęście

zapipczała służbowa komórka

I przypomniała policjantowi, że jest na służbie i za chwilę ma się stawić w sądzie. Panowie kazali dziewczynkom doprowadzić się do ładu i jakby nigdy nic odwieźli je tam, skąd zabrali.

Sprawa może by i przyschła, a panowie dalej strzegli prawa, gdyby nie fakt, że przygoda nie była dla nastolatek zupełnie obojętna. Wyznały wszystko rodzicom i sprawa trafiła tam, gdzie powinna, czyli najpierw do prokuratury a potem do sądu.

Wymiar sprawiedliwości łaskawy dla patrolu

Sprawa ciągnęła się zgodnie z polska normą – po pięciu latach zapadł prawomocny wyrok. Sąd był nad wyraz łaskawy dla obrońców moralności – policjanta skazano na 2 lata więzienia, strażnika – na rok i dziesięć miesięcy. Niestety, w zawieszeniu. A szkoda, bo dopiero współwięźniowie zważywszy na funkcje i zarzuty, nauczyliby obu panów szybko rozumu. Rok po uprawomocnieniu wyroku Barbara W. wystąpiła ponownie do sądu. Tym razem po odszkodowanie.

Komenda płacić nie chce

Najpierw była próba ugody ale KMP w Lublinie dobrowolnie płacić nie chciała. Barbara W. za stres pourazowy i dalekosiężne skutki spotkania ze stróżem prawa z sekcji prewencji żądała 50 tysięcy złotych. Zważywszy na okoliczności i tak nie jest to suma wygórowana. KMP odrzuciła jednak pozew w całości. Decyzję w tej sprawie podjął więć Sąd Rejonowy w Lublinie w oparciu o opinie biegłych. Potwierdzili oni, że kobieta już do końca życia będzie musiała zmagać się z traumą i mieć problemy w kontaktach seksualnych. Wyrok zapadł w zeszlym tygodniu i nie jest prawomocny.

P.S. Personalia zostały zmienione

 

Magdalena Gorostiza

Powrót
Reklama:
Podobne artykuły:

Poszkodowana, dziś już pełnoletnia Barbara W. podczas rozprawy twierdziła, że od tamtej pory boi się policji, ma awersję do szpakowatych mężczyzn i nie układa jej się życie intymne. Stąd jej roszczenia pod adresem Miejskiej Komendy Policji w Lublinie. Wyrok zapadł w połowie grudnia. Ale, żeby znać genezę tej traumy, musimy wrócić do poczatku tej niebywałej historii.

Randka nad Zalewem Zemborzyckim

Był piękny wiosenny dzień 2007 roku, godzina 12 w południe. 15- letnia wówczas Kasia pojechała na randkę ze swoim  starszym chłopakiem nad zalew. Andrzej zabrał dziewczynkę służbowym samochodem, zaparkowali w ustronnym miejscu w lesie. Wtedy do akcji

wkroczył Gimbus Patrol

Był to twór połączonych sił policji i straży miejskiej, zadaniem którego należało pilnować, by młodzież szkolna zachowywała się obyczajnie.

I w tym przypadku, w oznakowanym policyjnym radiowozie był policjant z sekcji prewencji i strażnik miejski, panowie po trzydziestce. Zainteresował ich źle zaparkowany samochód, bo do lasu wjeżdżać nie można. Wylegitymowali  parę. Zagrozili mandatem o wartości 500 zł, nie mniej jednak dali się ułaskawić prośbom. Odstąpili od ukarania kierowcy, postawili jednak warunek, że Kasię sami do domu odwiozą.

Trzeba to jakoś załatwić

Po drodze dziewczynka pertraktowała z Gimbus Patrolem, żeby sprawy nie ujawniać, głównie ze strachu przed rodzicami. Prośby były na tyle skuteczne, że panowie nawet nie wpisali w swoje kajety, że taka interwencja miała w ogóle miejsce. Ale nie okazali dobrego serca zupełnie za darmo. Zaproponowali dziewczynie spotkanie. Miała się za kilka dni odezwać.

Zdesperowana Kasia wyznała jednak natychmiast wszystko swojej 14- letniej przyjaciółce Basi. Ta uznała, że nie ma co czekać, najlepiej działać od ręki. Dziewczyna skontaktowała się telefonicznie z policjantem i umówiły w tym samym dniu już na godzinę 13.30. Obiecała, że przyjdzie z koleżanką.

Randka w radiowozie

Policjant i strażnik wpisali sobie półgodzinną przerwę i pojechali na spotkanie z nastolatkami. Oznakowanym radiowozem zabrali dziewczynki na opuszczony poligon na Felinie. Basia i Kasia siedziały z tyłu. Potem panowie przesiedli się do nich i zaczęli molestować dziewczynki. Strażnik, w mniejszym, policjant w większym stopniu. Protesty nastolatek na nic się zdały. Na szczęście

zapipczała służbowa komórka

I przypomniała policjantowi, że jest na służbie i za chwilę ma się stawić w sądzie. Panowie kazali dziewczynkom doprowadzić się do ładu i jakby nigdy nic odwieźli je tam, skąd zabrali.

Sprawa może by i przyschła, a panowie dalej strzegli prawa, gdyby nie fakt, że przygoda nie była dla nastolatek zupełnie obojętna. Wyznały wszystko rodzicom i sprawa trafiła tam, gdzie powinna, czyli najpierw do prokuratury a potem do sądu.

Wymiar sprawiedliwości łaskawy dla patrolu

Sprawa ciągnęła się zgodnie z polska normą – po pięciu latach zapadł prawomocny wyrok. Sąd był nad wyraz łaskawy dla obrońców moralności – policjanta skazano na 2 lata więzienia, strażnika – na rok i dziesięć miesięcy. Niestety, w zawieszeniu. A szkoda, bo dopiero współwięźniowie zważywszy na funkcje i zarzuty, nauczyliby obu panów szybko rozumu. Rok po uprawomocnieniu wyroku Barbara W. wystąpiła ponownie do sądu. Tym razem po odszkodowanie.

Komenda płacić nie chce

Najpierw była próba ugody ale KMP w Lublinie dobrowolnie płacić nie chciała. Barbara W. za stres pourazowy i dalekosiężne skutki spotkania ze stróżem prawa z sekcji prewencji żądała 50 tysięcy złotych. Zważywszy na okoliczności i tak nie jest to suma wygórowana. KMP odrzuciła jednak pozew w całości. Decyzję w tej sprawie podjął więć Sąd Rejonowy w Lublinie w oparciu o opinie biegłych. Potwierdzili oni, że kobieta już do końca życia będzie musiała zmagać się z traumą i mieć problemy w kontaktach seksualnych. Wyrok zapadł w zeszlym tygodniu i nie jest prawomocny.

P.S. Personalia zostały zmienione

 

Magdalena Gorostiza

loading...

Zostaw komentarz:

    Brak komentarzy
Powrót