Reklama:
Reklama:
Podobne artykuły:

Ten dzień doskonale pamięta dziś 50 – letnia już Katarzyna.

- Pamiętam ten strach, że będzie awantura, że sukienka zniszczona, a ja mialam wtedy 4 latka! – mówi - Przecież to chore, ale ja dopiero po latach to dostrzegłam. Wtedy to była moja „normalność”.

Monika ma podobne wspomnienia. Miała może 8 lat jak upadła na rowerze, mocno się potłukła i złamała kawałek zęba.

- Bałam się usta w domu otworzyć – mówi. - Bo wiedziałam, że zaraz będzie zadyma. Nikt nie zapyta, czy mi się nic nie stało, tylko, że stały ząb się złamał.

I tak było. Też to pamięta. Usłyszała od matki, że jest idiotką, nie uważała, a zęby się ma na całe życie.

- Ten strach najbardziej pamiętam – mówi Monika. - Ale nawet do głowy by mi nie przyszło, że mogłoby być inaczej. Że ktoś mógłby przytulić, pocieszyć, spytać, czy niczego sobie nie zrobiłam...

 

Skąd się biorą dzielne dziewczynki

 

Z domów, w których matki wymagają od córek wyłącznie tego, by nikogo nie absorbowały swoją osobą. Mają być grzeczne, nie przeszkadzać, nie zawracać głowy, dbać o swoje rzeczy. Dzielne dziewczynki wyrastają w przekonaniu, że tak naprawdę nic im się nie należy. To, co dostają od matki  jest wielkie dobrodziejstwo. Rosną w przekonaniu, że cokolwiek im się przytrafi, to wyłącznie ich wina. Że nie mają prawa prosić o pomoc, zawracać komukolwiek głowy swoją osobą. Żeby uniknąć gniewu matki, od najmłodszych lat muszą sobie radzić. Ukrywać nieprzyjemne sytuacje, nie mówić o przykrościach, o tym, że coś boli. Wiedzą, że nikogo nie interesuje to, co czują, więc nie warto swoich prawdziwych uczuć okazywać. A w dodatku za okazaną słabość może je spotkać kara.

W szkole dobrze się uczą i nie sprawiają problemów. Nie dlatego, że tak im strasznie na tym zależy. Nie daj Boże, żeby matkę wezwano do szkoły, albo na wywiadówce były złe oceny. Gniew, który wtedy nadejdzie jest straszny. Lepiej mieć święty spokój.

Ale nawet sukcesy dzielnych dziewczynek nie są przez matki doceniane. To, co w innych domach może być chwalone, u nich jest normą. Albo jeszcze za mało, bo inne dzieci są mądrzejsze, lepiej wychowane, sprytniejsze.

 

- Może nie zrobiłam wielkiej kariery, ale nie mogę narzekać – mówi Katarzyna. - Dla mojej matki moja praca jest jednak bez znaczenia. Najlepiej gdybym została europosłanką i wyjechała do Brukseli. Ale pewnie gdybym i to osiągnęła, to i tak byłoby mało.

 

Monika podkreśla, że gdziekolwiek by nie pracowała, dla matki jej kariera była bez znaczenia.

- Potrafiła zadzwonić, żeby ją następnego dnia rano gdzieś zawieźć – mówi. - Kiedy mówiłam, że nie mogę, że może brat by z nią pojechał, słyszałam, że brat przecież pracuje! A ja? Ja nie muszę do pracy chodzić?

 

Nauczyła się odmawiać. Skutecznie, bo bez wyrzutów sumienia. Ale dopiero po terapii.

 

- Wcześniej kiedy odmawiałam, czułam się jak niewdzięcznica – mówi. - Dopiero potem zrozumiałam, że to manipulacji ciąg dalszy. Że to deprecjonowanie mojej pracy to kolejny sygnał, że przecież nie jestem nieistotna.

 

 Trzeba sobie radzić

 

Dzielne dziewczynki wchodzą w dorosłe życie z dużym bagażem doświadczeń i przeświadczeniem, że nie są za dużo warte. Albo inaczej. Że ich wartość polega wyłącznie na tym, że same sobie poradzą. Nie wyobrażają sobie, by okazać słabość, rozkleić się nie podołać. Muszą podołać, bo nikt ich nie wyręczy, niczego za nie nie zrobi. Muszą wszystko same.

 

Przybierają maski Zosi samosi i idą do przodu. Uważane są za silne, ogarnięte, samowystarczalne. Dobrze pracują, wykonują obowiązki w nadmiarze, żeby nie narazić się na gniew czy niezadowolenie szefa.Nie spodziewają się za to pochwały, bo przywykły w domu, że nigdy nie były chwalone.

 

Kiedy szukają męża, idą teorią Junga – wybierają partnera identycznego jak matka. Krytycznego, wymagającego obsługi, takiego, który lubi, aby go wyręczać. Wyręczają, ogarniają sprawy, jak trzeba utrzymują swoje domy.

 

- Zawsze pracowałam na kilku etatach – mówi Katarzyna. - Ba, uważałam, że tak powinnam. Zawsze to ja załatwiałam wszystkie trudne domowe sprawy. Bo mąż twierdził, że on się do tego nie nadaje, że ja zdecydowanie lepiej to wszystko ogarnę. A on jest zbyt wrażliwy i nie umie zarabiać pieniędzy...

 

Dzielne dziewczynki łykają te wymówki, jak przysłowiowa gęś kluski. Ba, czują się jeszcze bardziej dzielne i potrzebne. Nie chorują ( a raczej nie przyznają się do słabości), nie chodzą na zwolnienia lekarskie ( no chyba, że już dosłownie padną) i przyzwyczajają domowników do tego, że są w pełnej gotowości.

 

- Moje dzieci też nauczyły się, że jestem nie do zdarcia. A właściwie ja je tego nauczyłam – mówi Monika. - Zawsze na posterunku, zawsze gotowa nieść pomoc. Pogotowie ratunkowe dla wszystkich domowników. Kiedy teraz mówię, że źle się czuję, patrzą na mnie ze zdziwieniem. Jak to? To przecież nie może być prawda.

 

Dzielne dziewczynki nie płaczą

 

Bez względu na to, ile by nie miały lat, nie płaczą, bo i tak nikt nie pogłaskałby po głowie. Nie skarżą się, nie proszą o wsparcie. Nie dopuszczają do głowy myśli, że ktoś mógłby pomóc bezinteresownie, że warte byłyby tego, by ktoś się nimi zaopiekował, zajął się.

 

- Uświadomiłam sobie to późno, zbyt późno – mówi Katarzyna. - I tych straconych lat już nie zmienię. Staram się żyć teraz inaczej, ale i tak już nikt nie uwierzy, że jestem słaba, że często czuję się zwyczajnie bezradna. I powiem więcej – wiem, że byłam zwyczajnie głupia. Że mogłam, powinnam nawet, wymagać więcej pomocy od męża, od dzieci. I przede wszystkim, powinnam była mówić o tym, co czuję!

 

Monika nie ukrywa, że żyje ze świadomością krzywdy, jaką jej wyrządziła własna matka.

 

- Jesteś przecież mała, kiedy cię to spotyka i uważasz, że to normalne – mówi. - Że tak należy funkcjonować. Bez poczucia bezpieczeństwa, bliskości, narażona na wieczną krytykę. Żyjesz z kulą strachu w brzuchu, idziesz z nią spać i się z nią budzisz. Że nie podołasz, że będziesz niewystarczająco dzielna, że może gdzieś się po drodze rozsypiesz. Inne mogą, mogą prosić o pomoc, być „zaopiekowane”. Ale tobie się nie należy, nie jesteś tego warta. Nie masz do żadnej słabości prawa. I powiem krótko. Dziś wiem, jak to niszczy. Jakie to jest okrutne i straszne.

 

Magdalena Gorostiza

 

P.S. imiona moich rozmówczyń zostały zmienione na ich prośbę.

 

Tagi:

matka,  kobieta,  psychologia,  odrzucenie, 

Podobne artykuły:

Zostaw komentarz:

  • Komentarz od: ~BozenaL   zgłoś nadużycie  

    Miałam podobnie. Tylko tyle, ze u mnie oprócz surowej matki był tez bak ojca. zmarł, gdy miałam 13 lat. Musiałam byś Zosią Samosią, inna opcja nie wchodziła w grę. W połowie studiów mój organizm zastrajkował, zdecydowałam się na urlop. To mi pomogło- zrozumiałam, w jakiej sytuacji tkwię. Odeszłam z domu, podjęłam pracę, życie stało się normalne. Pierwsze wyrazy uznania usłyszałam,gdy miałam bodajże 36 lat. Trochę za późno, prawda?

  • Komentarz od: ~Barbara   zgłoś nadużycie  

    Jakbym czytała o sobie. Dopiero przed 40 gdy postudiowałam psychologię nauczyłam się uwalniać od tej traumy. Teraz mam 55 lat i nadal walczę o normalność.

Powrót