Reklama

Namnożyło nam się warsztatów, trenerów, coachów. Wszyscy pouczają, jak żyć, co zrobić, żeby być szczęśliwym, jak się rozwijać. A tymczasem najnowsze badania donoszą, że takie cechy jak optymizm czy pesymizm mamy uwarunkowane genetycznie. Podobnie jak i wiele innych cech charakteru, determinujących naszą osobowość. Tak więc w gruncie rzeczy  nie każdy się tego "szczęścia" może chyba nauczyć?

 

Rzeczywiście, ostatnie kilkanaście miesięcy to absolutny wzrost liczby specjalistów-coachów, w obszarze podnoszenia jakości naszego życia. Szczególnie zwracają oni uwagę na to jak szybko i bez większego wysiłku można stać się istotą szczęśliwą, zdrową i oczywiście bogatą. Jakkolwiek to nie zabrzmi, czuję się tą sytuacją rozbawiona. Znamienne jest to, że wielu z tych “trenerów” skończyło niedawno swoje pierwsze szkolenia, przeczytało kilka książek i stało się ekspertami od uszczęśliwiania innych. I oczywiście wszystko byłoby w porządku (przecież każdy kiedyś musi zacząć), gdyby nie fakt, że wielu z nich, kiedy popatrzysz na nich, przeczy teorii rozwoju. Ja uważam, że warto słuchać ludzi, którzy mają rezultaty. Jak mawiała “pewna mądra księga”: “po owocach ich poznacie”. A owoce wielu z tych osób są - żadne. W moim odczuciu wiedzę i kompetencje można zdobywać przez całe życie. Co do postawy związanej z nastawieniem do życia, to rzeczywiście wiele kwestii determinują nasze geny i uwarunkowania naszego mózgu, jego DNA. Nasza biostruktura, genetyka mózgu są stałe. Zmienny jest nasz potencjał rozwojowy. Nasz charakter, na który wpływ ,mają między innymi, doświadczenia prenatalne, czy wychowanie. Każde nasze doznania, wychowanie, doświadczenia szkolne, życiowe i środowisko, w którym żyjemy kształtuje nasz charakter. To wszystko razem zebranie: nasza genetyka mózgu i nasz charakter składają się na naszą osobowość. Im więcej spójności w naszych codziennych działaniach, z uwarunkowaniami naszego mózgu, tym silniejsza i zdrowsza osobowaość, a tym samym stabilność emocjonalna, siła wewnętrzna i pewność siebie. Bycie optymistą, czy pesymistą to według mnie postawa, którą można żonglować. Więc w zależności od nich i naszego nastwienia, częściej bywamy po prostu bardziej, albo mniej szczęśliwi. Ja zdecydowanie częściej jestem w grupie pierwszej.

 

Podobnie rzecz ma się z karierą. Modne są przeróżne startupy. A przecież już Arystoteles powiedział, że jest 10 procent ludzi którzy rządzą i 90 procent "rządzonych". Po co mamić ludzi wizją własnego biznesu? Dla większości i tak to jest nieosiągalne.

 

Myślę, że wiele osób nigdy nawet nie pomyślało o posiadaniu własnego biznesu. Zbyt cenią sobie poczucie bezpieczeństwa, jakie daje etat i ciepła, choc nie zawsze uszczęśliwiająca, posadka. Ważniejsza jest pensja, 10- tego każdego miesiąca, pewny, płatny urlop i stałe godziny pracy. Jest też grupa osób, która ani jednego dnia nie przepracowała na etacie. Zbyt cenią sobie samodzielność i są gotowi podjąć ryzyko, aby pracować dla siebie. Znam wiele osób, które w szale starupu i chęci bycia biznesmenem otworzyły własną działaność, otrzymały na nią niejednokrotnie pieniądze z UE lub jakiegoś urzędu i kiedy minęły magiczne 2 lata, zamknęły ją, aby poszukać “stałej pracy”. Może po prostu wygrywa wygoda i mniejsza odpowiedzialność?

Wszak własny biznes kojarzy się wielu z wolnością, ale to również kawał codziennej roboty i potrzeba, czasem, rezygnacji z wakacji. W tym roku mija 17 lat od czasu, kiedy założyłam własną firmę. Przez piewrwszych kilka lat, dla bezpieczeństwa pracowałam jeszcze na etacie. Jednak, stosunkowo szybko zdecydowałam, że chcę być w grupie 10%, o których wspomniałaś. Ale to moje wybory. Wiem, że dla niektórych cena, którą płacę byłaby za wysoka…

 

Podoba mi się to, co piszesz o mózgu. W dużej mierze potwierdza, to o czym mówiłyśmy wcześniej. Przecież to kolor naszego mózgu determinuje wiele zachowań. Więc nawet mając tego świadomość, chyba wiele nie zmienimy?

 

Kocham wszystko, co jest związane z tematem mózgu i badaniami w jego temacie.

Kiedy kilka lat temu poznałam wiedzę o mózgu, o genetycznych jego uwarunkowaniach, o sile, jaką ma, zrozumiałam, że każdy z nas ma na co dzień przy sobie genialne urządzenie – mózg. Dzięki badaniom dr. Paula McLeana wiemy, że nasz mózg jest zbudowany z trzech zasadniczych części – pnia mózgu, międzymózgowia i kresomózgowia. I każda z nich ze sobą współdziała. Szwajcarzy skorzystali z tej wiedzy i stali się autorami analizy biostrukturalnej – znanej na całym świecie pod nazwą Structogram. W Polsce Structogram znany jest również pod hasłem 3 kolory mózgu. Każda część mózgu została określona jednym kolorem. Pień mózgu – zielonym, międzymózgowie – czerwonym, kresomózgowie – niebieskim. Każdy z nas ma oczywiście wszystkie te części mózgu, ale nie są one tak samo u każdego rozwinięte. Dlatego dominująca część naszego mózgu to dominanta, a wpierająca ją to subdominanta. Najmniej rozwinięta nosi miano deficytu, czyli czegoś, czego mamy po prostu najmniej. Osoba z najsilniej rozwiniętym pniem mózgu (zielona dominanta) preferuje w życiu określone zachowania. Jest skoncentrowana na ludziach, bardzo empatyczna. Lubi współpracować z innymi i jest chętna do dialogu. Ceni sobie wspomnienia i lubi koncentrować się na przeszłości. Potrzebuje doświadczać na własnej skórze, ma też własne przeczucia i wysoki poziom intuicji. Osoby z dominantą międzymózgowia – „czerwone” (co jest skrótem myślowym, ponieważ nikt nie jest jednokolorowy) – cenią sobie niezależność decyzji, są spontaniczne, emocjonalne. Lubią korzystać z „tu i teraz” i cenią sobie szybkie działania. Bardzo często w grupie ludzi szybko stają się naturalnym liderem. Nieobce im są relacje z innymi i chęć rywalizacji. Z kolei osoby o dominancie niebieskiej – kresomózgowie – to osoby raczej zdystansowane, powściągliwe, które cenią sobie swoje własne towarzystwo. Niejednokrotnie są autorami wielu optymalizacji i pomysłów, które ułatwiają nam życie. Dla nich ważne są rozważne działania i planowanie. To są nasze uwarunkowania genetyczne i już. Tak po prostu mamy.

 

Poza tym, czy jest faktyczna potrzeba zmiany? Jeśli ktoś jest szczery, autentyczny, choć nie idealny? Twoim zdaniem każdy powinien nad sobą pracować, czy tylko w sytuacji, jak coś bardzo przeszkadza?

 

Jedną z moich pasji jest odkrywanie potencjału ludzkiego. Wierzę, że w każdym z nas drzemią ukryte możliwości i zdolności, które warto pobudzić i pokazać światu.

Uwielbiam, kiedy ludzie rozkwitają. To jest niesamowite, kiedy uczestnik szkolenia albo coachingu po kilku godzinach odkrywa u siebie drzemiące możliwości. Szczególnie na szkoleniu Structogram mają miejsce niesamowite odkrycia. Na nim uczestnicy rozpoznają swoje biostruktury i odkrywają, że każda biostruktura ma swoją siłę. Nie ma złej ani dobrej analizy biostrukturalnej. Każdy może osiągnąć ponadprzeciętne rezultaty. Jest wszakże jeden warunek – bycie sobą. Jeśli widzisz przed sobą osobę, która twoim zdaniem osiągnęła sukces, to poobserwuj ją i zauważ, jak bardzo charakterystyczne są dla niej zachowania, słowa i gesty wypływające z niej, z tego, kim jest. Nie z tego, jaka powinna być – według innych.

Jeśli postępujesz zgodnie ze swoją naturą, ze swoją biostrukturą, która jest niezmienna, genetycznie uwarunkowana, masz większe szanse na skuteczność i rezultaty. Większość z nas podczas swojego życia nauczyła się różnych zachowań i nie wszystkie z nich są dla nas wspierające. Sztuka polega na używaniu swoich sił, które wynikają z naszej natury i prowadzą nas do rezultatów. Wiele osób ma po szkoleniu zdecydowanie wyższą skuteczność i większe rezultaty. Tak jest wtedy, gdy rozwijasz swój potencjał. Dlatego mam przekonanie, że, jeśli czujemy się ze sobą dobrze to nie warto niczego zmieniać. A to, co zmieniamy to raczej nasze nawyki. Chcę usunąć własne lenistwo to po prostu zaczynam działać, a nie zmieniam swój charakter. To prostsze, niż się ludziom wydaje. Myślę, że nadajemy zbyt wielkie znaczenie naszym słabościom. Warto być akceptującym i nie traktować siebie tak bardzo poważnie.

 

Z jednej strony trenerzy nawołują, żeby być sobą, z drugiej w stosunkach międzyludzkich coraz więcej hipokryzji, sztuczne kontakty na facebooku, brak szczerych relacji, przybieranie póz, granie różnych ról. Ludzie nie mają świadomości, że ta gra wyczerpuje, że zatraca się siebie? Dlaczego to robią?

 

Cóż, tak jak wspomniałam wcześniej, wygodnie jest co poniektórym wchodzić w role. Gra aktorska pasjonuje, daje możliwości. Można udawać kogoś innego. Kiedy byłyśmy małe ubierałyśmy buty na wysokich obcasach naszych mam. Wkładałyśmy paluszki słone do ust, udając palenie papierosów i popijałyśmy z plastikowych kubeczków soczek jak dorosłe kobiety - kawkę. Albo chłopcy, którzy na boisku każą wołać do siebie: Lewandowski albo Messi. Po prostu wchodzenie w różne role jest zabawne. Poza tym, czasem ta gra ma jeszcze inny wymiar. Dlatego też wielu z nas w internecie pokazuje swój wyidealizowany wizerunek. Cyborga, który jest idealny w każdej materii. Idealna mama, żona, partnerka, kucharka, bizneswoman. Do tego treningi sportowe 3 razy w tygodniu, uśmiechnęte dzieci, spacery, kino, teatr, opera. Chodzący ideał. A co najważniejsze ten stan jest trwały, nie zmienny od lat. Ja w niego nie wierzę. Moim zdaniem każdy z nas ma wzloty i nawet, nie upadki, ale czasem niższe loty… A w sieci można, choć przez chwilę być kimś wyjatkowym. Ale… Przez chwilę. Udawanie, brak autentyczności i ściemnianie, moim zdaniem zawsze zakończą się stresem. A ten, niejednokrotnie, kończy się jeszcze gorzej.

 

Napisałaś: "Człowiek jest autentyczny tylko wtedy, gdy wyuczone zachowanie jest zgodne z tym, co ma uwarunkowane genetycznie." Można rzec, miód na serce moje, bo mój mózg natychmiast protestuje, jak robię coś, co nie jest adekwatne do moich wartości. Ale nie żyje się wtedy łatwo. Może jednak lepiej grać, udawać, lajkowac wszystkich wkoło dla świętego spokoju? Wtedy jest się lubianym, tylko co z szacunkiem?

 

Wszystko jest kwestią wyboru. Jeśli ktoś tak woli to, dlaczego nie? Znam osoby, które wybrały taką drogą. Kochają wszystkich. Zawsze mają dystans do trudnych sytuacji. Są nieustająco wdzięczne za kolejne kopy od losu. Podlizują się każemu, gdzie da się uzyskać akceptację własnej osoby, albo uzyskać coś materialnego. To ich wybór. Ja wiem, że moje podejście do świata może nie podobać się wszystkim. To moje ryzyko. Ostatnio, wraz z bliską mi osobą, napisałyśmy poradnik w obszarze wizerunku. W dniu, kiedy upubliczniłyśmy okładkę naszego dzieła otrzymałyśmy sporo “życzliwych” rad. Szanuję je oczywiście. Ale. Kiedy ja patrzę na okładkę tegoż poradnika, widzę dwie szczęśliwe kobiety. Kontrowersyjne, pewne siebie, kochające eksperymentować. A przede wszystki spójne ze sobą. Więc, albo zaufam sobie i swoim odczuciom, albo przyjmę czyjś sposób widzenia świata, który będzie porządniejszy, bardziej akuratny, ogólnie przyjęty. Zawsze mamy wybór przez jakie okulary chcemy widzieć świat.

 

Napisał książkę “Otrzep kolana i biegnij dalej”. Zastanawia mnie czasownik "biegnij". Czy rzeczywiście musimy biec? Nie ma w dzisiejszym swiecie miejsca na kontemplację, chwilę zastanowienia, postój? Dlaczego taki tytuł?

 

Tytuł powstał wiele lat temu, kiedy jeszcze nawet nie śmiałam pomyśleć, o tym, że napiszę książkę. Podczas jednego z wywiadów pani dziennikarz stwierdziła, że ja wszystko robię szybko i zdecydowanie. Więc nadała taki tytuł naszemu wywiadowi. Ja lubię szybkie tempo. Ale to nie znaczy, że nie ma w nim czasu na kontemplację, zatrzymanie się. Obecnie, kiedy piszę te słowa siedzę w samolocie do Australii, gdzie spędzę najbliższe 4 dni. Zanim do niego wsiadłam, przez ostatnie 2 tygodnie odpoczywałam na przepiękniej wyspie Bali. Leżałam na plaży, czytałam książki, zwiedzałam, jadałam z przyjaciółmi dłuuugie kolacje i prowadziłam niekończące się rozmowy. Więc w moim przekonaniu jest czas na wszystko. Jak decyduję się działać wolno, to działam wolno, ale jak już biorę rozbieg - to na maxa. Cóż ja po prostu częściej biegam. I stąd pewnie dlatego “Otrzep kolana i biegnij” Ale jak głosi dalsza częśc tytułu: “Jak podnieść się po updaku i iść dalej, mimo wszystko”… Więc można też iść, dla tych którzy tak wolą. A ja? Ja mam trochę inaczej. Ostatnio usłyszałam, że jeśli szybciej się ruszasz, wolniej płynie czas, czyli żyjesz dłużej. I ja się pod tym podpisuję.

Rozmawiała Magdalena Gorostiza

 zdjęcia archiwum Anny Urbańskiej

Powrót
Reklama:

Namnożyło nam się warsztatów, trenerów, coachów. Wszyscy pouczają, jak żyć, co zrobić, żeby być szczęśliwym, jak się rozwijać. A tymczasem najnowsze badania donoszą, że takie cechy jak optymizm czy pesymizm mamy uwarunkowane genetycznie. Podobnie jak i wiele innych cech charakteru, determinujących naszą osobowość. Tak więc w gruncie rzeczy  nie każdy się tego "szczęścia" może chyba nauczyć?

 

Rzeczywiście, ostatnie kilkanaście miesięcy to absolutny wzrost liczby specjalistów-coachów, w obszarze podnoszenia jakości naszego życia. Szczególnie zwracają oni uwagę na to jak szybko i bez większego wysiłku można stać się istotą szczęśliwą, zdrową i oczywiście bogatą. Jakkolwiek to nie zabrzmi, czuję się tą sytuacją rozbawiona. Znamienne jest to, że wielu z tych “trenerów” skończyło niedawno swoje pierwsze szkolenia, przeczytało kilka książek i stało się ekspertami od uszczęśliwiania innych. I oczywiście wszystko byłoby w porządku (przecież każdy kiedyś musi zacząć), gdyby nie fakt, że wielu z nich, kiedy popatrzysz na nich, przeczy teorii rozwoju. Ja uważam, że warto słuchać ludzi, którzy mają rezultaty. Jak mawiała “pewna mądra księga”: “po owocach ich poznacie”. A owoce wielu z tych osób są - żadne. W moim odczuciu wiedzę i kompetencje można zdobywać przez całe życie. Co do postawy związanej z nastawieniem do życia, to rzeczywiście wiele kwestii determinują nasze geny i uwarunkowania naszego mózgu, jego DNA. Nasza biostruktura, genetyka mózgu są stałe. Zmienny jest nasz potencjał rozwojowy. Nasz charakter, na który wpływ ,mają między innymi, doświadczenia prenatalne, czy wychowanie. Każde nasze doznania, wychowanie, doświadczenia szkolne, życiowe i środowisko, w którym żyjemy kształtuje nasz charakter. To wszystko razem zebranie: nasza genetyka mózgu i nasz charakter składają się na naszą osobowość. Im więcej spójności w naszych codziennych działaniach, z uwarunkowaniami naszego mózgu, tym silniejsza i zdrowsza osobowaość, a tym samym stabilność emocjonalna, siła wewnętrzna i pewność siebie. Bycie optymistą, czy pesymistą to według mnie postawa, którą można żonglować. Więc w zależności od nich i naszego nastwienia, częściej bywamy po prostu bardziej, albo mniej szczęśliwi. Ja zdecydowanie częściej jestem w grupie pierwszej.

 

Podobnie rzecz ma się z karierą. Modne są przeróżne startupy. A przecież już Arystoteles powiedział, że jest 10 procent ludzi którzy rządzą i 90 procent "rządzonych". Po co mamić ludzi wizją własnego biznesu? Dla większości i tak to jest nieosiągalne.

 

Myślę, że wiele osób nigdy nawet nie pomyślało o posiadaniu własnego biznesu. Zbyt cenią sobie poczucie bezpieczeństwa, jakie daje etat i ciepła, choc nie zawsze uszczęśliwiająca, posadka. Ważniejsza jest pensja, 10- tego każdego miesiąca, pewny, płatny urlop i stałe godziny pracy. Jest też grupa osób, która ani jednego dnia nie przepracowała na etacie. Zbyt cenią sobie samodzielność i są gotowi podjąć ryzyko, aby pracować dla siebie. Znam wiele osób, które w szale starupu i chęci bycia biznesmenem otworzyły własną działaność, otrzymały na nią niejednokrotnie pieniądze z UE lub jakiegoś urzędu i kiedy minęły magiczne 2 lata, zamknęły ją, aby poszukać “stałej pracy”. Może po prostu wygrywa wygoda i mniejsza odpowiedzialność?

Wszak własny biznes kojarzy się wielu z wolnością, ale to również kawał codziennej roboty i potrzeba, czasem, rezygnacji z wakacji. W tym roku mija 17 lat od czasu, kiedy założyłam własną firmę. Przez piewrwszych kilka lat, dla bezpieczeństwa pracowałam jeszcze na etacie. Jednak, stosunkowo szybko zdecydowałam, że chcę być w grupie 10%, o których wspomniałaś. Ale to moje wybory. Wiem, że dla niektórych cena, którą płacę byłaby za wysoka…

 

Podoba mi się to, co piszesz o mózgu. W dużej mierze potwierdza, to o czym mówiłyśmy wcześniej. Przecież to kolor naszego mózgu determinuje wiele zachowań. Więc nawet mając tego świadomość, chyba wiele nie zmienimy?

 

Kocham wszystko, co jest związane z tematem mózgu i badaniami w jego temacie.

Kiedy kilka lat temu poznałam wiedzę o mózgu, o genetycznych jego uwarunkowaniach, o sile, jaką ma, zrozumiałam, że każdy z nas ma na co dzień przy sobie genialne urządzenie – mózg. Dzięki badaniom dr. Paula McLeana wiemy, że nasz mózg jest zbudowany z trzech zasadniczych części – pnia mózgu, międzymózgowia i kresomózgowia. I każda z nich ze sobą współdziała. Szwajcarzy skorzystali z tej wiedzy i stali się autorami analizy biostrukturalnej – znanej na całym świecie pod nazwą Structogram. W Polsce Structogram znany jest również pod hasłem 3 kolory mózgu. Każda część mózgu została określona jednym kolorem. Pień mózgu – zielonym, międzymózgowie – czerwonym, kresomózgowie – niebieskim. Każdy z nas ma oczywiście wszystkie te części mózgu, ale nie są one tak samo u każdego rozwinięte. Dlatego dominująca część naszego mózgu to dominanta, a wpierająca ją to subdominanta. Najmniej rozwinięta nosi miano deficytu, czyli czegoś, czego mamy po prostu najmniej. Osoba z najsilniej rozwiniętym pniem mózgu (zielona dominanta) preferuje w życiu określone zachowania. Jest skoncentrowana na ludziach, bardzo empatyczna. Lubi współpracować z innymi i jest chętna do dialogu. Ceni sobie wspomnienia i lubi koncentrować się na przeszłości. Potrzebuje doświadczać na własnej skórze, ma też własne przeczucia i wysoki poziom intuicji. Osoby z dominantą międzymózgowia – „czerwone” (co jest skrótem myślowym, ponieważ nikt nie jest jednokolorowy) – cenią sobie niezależność decyzji, są spontaniczne, emocjonalne. Lubią korzystać z „tu i teraz” i cenią sobie szybkie działania. Bardzo często w grupie ludzi szybko stają się naturalnym liderem. Nieobce im są relacje z innymi i chęć rywalizacji. Z kolei osoby o dominancie niebieskiej – kresomózgowie – to osoby raczej zdystansowane, powściągliwe, które cenią sobie swoje własne towarzystwo. Niejednokrotnie są autorami wielu optymalizacji i pomysłów, które ułatwiają nam życie. Dla nich ważne są rozważne działania i planowanie. To są nasze uwarunkowania genetyczne i już. Tak po prostu mamy.

 

Poza tym, czy jest faktyczna potrzeba zmiany? Jeśli ktoś jest szczery, autentyczny, choć nie idealny? Twoim zdaniem każdy powinien nad sobą pracować, czy tylko w sytuacji, jak coś bardzo przeszkadza?

 

Jedną z moich pasji jest odkrywanie potencjału ludzkiego. Wierzę, że w każdym z nas drzemią ukryte możliwości i zdolności, które warto pobudzić i pokazać światu.

Uwielbiam, kiedy ludzie rozkwitają. To jest niesamowite, kiedy uczestnik szkolenia albo coachingu po kilku godzinach odkrywa u siebie drzemiące możliwości. Szczególnie na szkoleniu Structogram mają miejsce niesamowite odkrycia. Na nim uczestnicy rozpoznają swoje biostruktury i odkrywają, że każda biostruktura ma swoją siłę. Nie ma złej ani dobrej analizy biostrukturalnej. Każdy może osiągnąć ponadprzeciętne rezultaty. Jest wszakże jeden warunek – bycie sobą. Jeśli widzisz przed sobą osobę, która twoim zdaniem osiągnęła sukces, to poobserwuj ją i zauważ, jak bardzo charakterystyczne są dla niej zachowania, słowa i gesty wypływające z niej, z tego, kim jest. Nie z tego, jaka powinna być – według innych.

Jeśli postępujesz zgodnie ze swoją naturą, ze swoją biostrukturą, która jest niezmienna, genetycznie uwarunkowana, masz większe szanse na skuteczność i rezultaty. Większość z nas podczas swojego życia nauczyła się różnych zachowań i nie wszystkie z nich są dla nas wspierające. Sztuka polega na używaniu swoich sił, które wynikają z naszej natury i prowadzą nas do rezultatów. Wiele osób ma po szkoleniu zdecydowanie wyższą skuteczność i większe rezultaty. Tak jest wtedy, gdy rozwijasz swój potencjał. Dlatego mam przekonanie, że, jeśli czujemy się ze sobą dobrze to nie warto niczego zmieniać. A to, co zmieniamy to raczej nasze nawyki. Chcę usunąć własne lenistwo to po prostu zaczynam działać, a nie zmieniam swój charakter. To prostsze, niż się ludziom wydaje. Myślę, że nadajemy zbyt wielkie znaczenie naszym słabościom. Warto być akceptującym i nie traktować siebie tak bardzo poważnie.

 

Z jednej strony trenerzy nawołują, żeby być sobą, z drugiej w stosunkach międzyludzkich coraz więcej hipokryzji, sztuczne kontakty na facebooku, brak szczerych relacji, przybieranie póz, granie różnych ról. Ludzie nie mają świadomości, że ta gra wyczerpuje, że zatraca się siebie? Dlaczego to robią?

 

Cóż, tak jak wspomniałam wcześniej, wygodnie jest co poniektórym wchodzić w role. Gra aktorska pasjonuje, daje możliwości. Można udawać kogoś innego. Kiedy byłyśmy małe ubierałyśmy buty na wysokich obcasach naszych mam. Wkładałyśmy paluszki słone do ust, udając palenie papierosów i popijałyśmy z plastikowych kubeczków soczek jak dorosłe kobiety - kawkę. Albo chłopcy, którzy na boisku każą wołać do siebie: Lewandowski albo Messi. Po prostu wchodzenie w różne role jest zabawne. Poza tym, czasem ta gra ma jeszcze inny wymiar. Dlatego też wielu z nas w internecie pokazuje swój wyidealizowany wizerunek. Cyborga, który jest idealny w każdej materii. Idealna mama, żona, partnerka, kucharka, bizneswoman. Do tego treningi sportowe 3 razy w tygodniu, uśmiechnęte dzieci, spacery, kino, teatr, opera. Chodzący ideał. A co najważniejsze ten stan jest trwały, nie zmienny od lat. Ja w niego nie wierzę. Moim zdaniem każdy z nas ma wzloty i nawet, nie upadki, ale czasem niższe loty… A w sieci można, choć przez chwilę być kimś wyjatkowym. Ale… Przez chwilę. Udawanie, brak autentyczności i ściemnianie, moim zdaniem zawsze zakończą się stresem. A ten, niejednokrotnie, kończy się jeszcze gorzej.

 

Napisałaś: "Człowiek jest autentyczny tylko wtedy, gdy wyuczone zachowanie jest zgodne z tym, co ma uwarunkowane genetycznie." Można rzec, miód na serce moje, bo mój mózg natychmiast protestuje, jak robię coś, co nie jest adekwatne do moich wartości. Ale nie żyje się wtedy łatwo. Może jednak lepiej grać, udawać, lajkowac wszystkich wkoło dla świętego spokoju? Wtedy jest się lubianym, tylko co z szacunkiem?

 

Wszystko jest kwestią wyboru. Jeśli ktoś tak woli to, dlaczego nie? Znam osoby, które wybrały taką drogą. Kochają wszystkich. Zawsze mają dystans do trudnych sytuacji. Są nieustająco wdzięczne za kolejne kopy od losu. Podlizują się każemu, gdzie da się uzyskać akceptację własnej osoby, albo uzyskać coś materialnego. To ich wybór. Ja wiem, że moje podejście do świata może nie podobać się wszystkim. To moje ryzyko. Ostatnio, wraz z bliską mi osobą, napisałyśmy poradnik w obszarze wizerunku. W dniu, kiedy upubliczniłyśmy okładkę naszego dzieła otrzymałyśmy sporo “życzliwych” rad. Szanuję je oczywiście. Ale. Kiedy ja patrzę na okładkę tegoż poradnika, widzę dwie szczęśliwe kobiety. Kontrowersyjne, pewne siebie, kochające eksperymentować. A przede wszystki spójne ze sobą. Więc, albo zaufam sobie i swoim odczuciom, albo przyjmę czyjś sposób widzenia świata, który będzie porządniejszy, bardziej akuratny, ogólnie przyjęty. Zawsze mamy wybór przez jakie okulary chcemy widzieć świat.

 

Napisał książkę “Otrzep kolana i biegnij dalej”. Zastanawia mnie czasownik "biegnij". Czy rzeczywiście musimy biec? Nie ma w dzisiejszym swiecie miejsca na kontemplację, chwilę zastanowienia, postój? Dlaczego taki tytuł?

 

Tytuł powstał wiele lat temu, kiedy jeszcze nawet nie śmiałam pomyśleć, o tym, że napiszę książkę. Podczas jednego z wywiadów pani dziennikarz stwierdziła, że ja wszystko robię szybko i zdecydowanie. Więc nadała taki tytuł naszemu wywiadowi. Ja lubię szybkie tempo. Ale to nie znaczy, że nie ma w nim czasu na kontemplację, zatrzymanie się. Obecnie, kiedy piszę te słowa siedzę w samolocie do Australii, gdzie spędzę najbliższe 4 dni. Zanim do niego wsiadłam, przez ostatnie 2 tygodnie odpoczywałam na przepiękniej wyspie Bali. Leżałam na plaży, czytałam książki, zwiedzałam, jadałam z przyjaciółmi dłuuugie kolacje i prowadziłam niekończące się rozmowy. Więc w moim przekonaniu jest czas na wszystko. Jak decyduję się działać wolno, to działam wolno, ale jak już biorę rozbieg - to na maxa. Cóż ja po prostu częściej biegam. I stąd pewnie dlatego “Otrzep kolana i biegnij” Ale jak głosi dalsza częśc tytułu: “Jak podnieść się po updaku i iść dalej, mimo wszystko”… Więc można też iść, dla tych którzy tak wolą. A ja? Ja mam trochę inaczej. Ostatnio usłyszałam, że jeśli szybciej się ruszasz, wolniej płynie czas, czyli żyjesz dłużej. I ja się pod tym podpisuję.

Rozmawiała Magdalena Gorostiza

 zdjęcia archiwum Anny Urbańskiej

loading...

Podobne artykuły:

Tagi:

psychologia,  mózg,  Anna Urbańska,  coach,  osobowość,  warsztat,  szkolenie, 

Zostaw komentarz:

    Brak komentarzy
Powrót