Reklama
Ten tytuł nie wziął się z powietrza. Po opublikowaniu artykułu o twoich warsztatach, jedna z kobiet napisała - ale mam schudnąć, bo jeśli mam pokochać własne sadło, to jest to bez sensu. Żyjemy w takich czasach, że tylko chude jest na topie i chude jest piękne. Taki wizerunek kreują masmedia. A ty chcesz uczyć kochania własnego sadła?
 

Odpowiem od razu, z uśmiechem nawet. Tak. Chcę. I jako wyjaśnienie dodam, że od zawsze moim marzeniem jest uczenie patrzenia na siebie z szacunkiem i delikatnością w takim wymiarze rzetelnej i mądrej pracy wewnętrznej w kobiecym kręgu. Jeśli oznacza to kochanie własnego sadła, to tak, tego też chcę. Znów się uśmiecham, ponieważ jednym z moich ulubionych modułów podczas warsztatu jest operowanie językiem i narracją, jaką obdarzamy siebie i swoje ciała. Mówisz 'sadło'? A co to znaczy konkretnie? Brzuch? Pupę? Ramiona? Które części siebie tak bardzo znielubiłam i kiedy się to stało, że nazywam 'sadłem'? Uważam, że dopóki 'sadło' jest oderwanym bytem, zniekształconą masą, za którą kryje się cała góra emocji i przekonań, to nie można mówić o procesie chudnięcia. Uważam, że dopóki nie spojrzę na siebie całą, nie mogę widzieć, a więc i wiedzieć, czego potrzebuje moje ciało. Co więcej, głęboko wierzę, że taką pracę z powodzeniem można odbyć w kręgu kobiet. Trzeba nam się spotykać, patrzeć na siebie, mówić i pracować wspólnie.


Sama nosisz rozmiar 42- 44 i przyznajesz się do tego, że nawet jako psycholog miałaś problem z samoakceptacją. Jak więc przekonasz kobiety, które nie mają takiej wiedzy, świadomości, jak ty, że można pokochać siebie grubą?


Można by powiedzieć, że szewc bez butów chodzi, prawda? Znów się uśmiecham. Widzisz, po pierwsze jestem kobietą. Po drugie córką, siostrą, przyjaciółką, partnerką i dopiero psychologiem. I jako kobieta, każdego dnia staję przed lustrem, jak zresztą znakomita większość kobiet na świecie. I co widzę w lustrze? Widzę w nim całą historię mojego ciała, kilka blizn, czasem zmęczoną a czasem wypoczętą twarz, masę trosk, zachwyty, nadzieje, siebie... A w głowie myśli kotłują się tak po prostu po ludzku, po kobiecemu, zwyczajnie. A bo worki pod oczami, a bo pupa szeroka, a piersi w źle dobranym staniku to jakaś katastrofa. I wiele innych, czasem znacznie gorszych też. 
Dopiero dzięki zawodowej wiedzy i perspektywie psychologicznej mam świadomość tego, że mój własny proces samoakceptacji zaczynał się już w przedszkolu i był warunkowany przez lata wieloma zniekształceniami. I że one czasami ciągle wyłażą jak wielkie i potężne gremliny. Bycie psychologiem pozwala weryfikować myśli, nazywać emocje i czuwać nad równowagą między jednym i drugim, by mądrze wspierać zachowania. Na szczęście to jest ciągły proces. I na szczęście bycie psychologiem nie oznacza omnipotencji oraz bezproblemowego życia. 
Wiesz, nie do końca chcę przekonywać kobiety, przekonywanie kojarzy mi się z negocjacjami. Zamieniłabym to słowo na zapraszanie. Chcę dawać propozycje, dawać przestrzeń kobietom, by eksplorować coś innego, by mogły smakować siebie w inny sposób niż dotychczas, poszerzając wiedzę i świadomość.
 
 

Nawet jeśli ci się to uda, wyleczysz kobiety z marzenia o tym, by być szczupłą? Z tej obsesji dążenia do obecnego ideału w rozmiarze 34?


Widzisz, podczas tej rozmowy koncentrujemy wokół rozmiaru, obsesji rozmiaru i szczupłości. A gdyby tak odwrócić myślenie i zacząć z innej strony? Gdyby celem nie było osiąganie rozmiaru, a praca w obszarze poszerzania samoświadomości ciała i siebie? Co wtedy może się zmienić? Z doświadczeń moich i moich klientek wynika, że  jak zaczynam obejmować troską swoje ciało i jego potrzeby, nagle waga zaczyna się zmieniać, zaczynam inaczej się ubierać, zaczynam dbać o makijaż, o fryzurę, pięknieję i rozkwitam. 
Wiesz dlaczego tak się dzieje? Przestaję oszukiwać siebie, zagłuszać, uciekać, chować, zaczynam wreszcie widzieć siebie i wybierać mądrze dla siebie. Bo jeśli moje napady obżarstwa nocnego wiążą się z jakąś konkretną grupą przeżyć, to nagle zdaję sobie z tego sprawę. I jeśli nie schudnę, to przynajmniej zyskam świadomość oraz możliwość wyboru - chcę otwierać tę lodówkę czy iść na spacer z przyjaciółką. Wyraźnie podkreślam też, że jest to praca do wykonania, długi i czasem wymagający proces zmiany, uczenia się siebie i samodyscypliny skierowany do kobiet wiecznie głodnych i to głodnych rozumienia siebie.



Co jest pierwotne w otyłości? Brak samoakceptacji i zajadanie tego, czy bycie grubą i z tego powodu brak samoakceptacji?


Winowajcą otyłości mogą być geny, hormony i neuroprzekaźniki, czyli substancje odpowiadające za procesy zachodzące w mózgu. To one mają wpływ na powstawanie uczucia głodu i sytości oraz szybkość przemiany materii. Do tego należy pamiętać o tarczycy i innych chorobach vs. lekach, które wpływają na tuszę. Ale pomijając dziedzictwo genetyczne i chorobowe, najczęściej jesteśmy same sobie winne. Bo przecież mimo edukacji, ciągle źle jemy – za dużo tłuszczu i cukru. Żywność naturalną z dużą ilością błonnika zastępujemy przetworzonym jedzeniem. Do tego jadamy nieregularnie, często tylko jeden lub dwa bardzo obfite posiłki. Mamy za mało ruchu i wysiłku fizycznego - jeździmy samochodem, używamy wind, pierzemy w pralce, nawet nie musimy podchodzić do telewizora, by zmienić kanał, bo mamy pilota. A gdyby do dyskusji włączyć zajadanie i samoakceptację, to obawiam się, że dylemat dotyczy słynnego powiedzenia - jajko czy kura. W większości historii, z którymi miałam przyjemność pracować, widzę to wyraźnie jako proces samoregulacji emocji i przeżyć. Zatrzymanie błędnego koła zawsze oznaczało pracę wewnętrzną i stanięcie nago przed samym sobą. Dosłownie i metaforycznie. 


 

Czy namawiasz kobiety do odchudzania, czy tylko pokazujesz im, jaki jest powód tego, że jedzą zbyt dużo? uczysz samodyscypliny?



Namawiam kobiety do bycia ze sobą szczerą. Absolutnie. Namawiam do tego, by zaglądać w swoje najciemniejsze labirynty wnętrz i zapalać tam pochodnie. Im mniej w nas nieznajomych miejsc, im mniej niewiedzy, tym większa odpowiedzialność za siebie i właściwe decyzje. Namawiam kobiety, by przestały się złościć na siebie i świat, by zatrzymywały wstyd i upokorzenia, by smutek zamieniały na powolne uczenie się zachwytów, dostrzegania piękna i radości. Namawiam kobiety do poznawania siebie, swoich pragnień, myśli i tęsknot. Namawiam do spotykania się ze sobą, by móc jak w lustrze przeglądać się w sobie. Moc kobiecego kręgu jest niewiarygodna. Stajesz na przeciwko innych kobiet i widzisz siebie. Widzisz wszystko to co w sobie kochasz, to o czym marzysz ale też to czego się boisz i czego się wstydzisz. To niewiarygodny i niewyczerpany proces odkrywania siebie i wspierania zmiany.



Wierzysz w to, że można zaakceptować swoja nadwagę? I nigdy więcej nie zazdrościć chudym?

 

 
Wierzę w to, że można przestać żyć w oderwaniu. Większość z kobiet, z którymi pracowałam, żyło w takim zdumiewającym oderwaniu. Wiesz jak bardzo można siebie nie widzieć w lustrze? Jak bardzo można się nauczyć, by nie dostrzegać pewnych części siebie? Nie zauważać, wykluczać, odrywać od siebie, a nawet unieważniać... Wciąż na nowo mnie to zaskakuje w pracy. Co jakiś czas też zbieram dane w wywiadach z kobietami, ostatnio w ankiecie wzięło udział 267 kobiet w rozmiarze 40 i większym, a średnia wyniosła 44-46. Wiesz że blisko 80% odpowiadających uznała, że rozmiar, jaki chciałaby osiągnąć to 38? Obawiam się, że to dość iluzoryczne myślenie, bardzo życzeniowe, niezwykle też wymagające i niekoniecznie przyjemne. 
Wierzę więc w to, że dzięki obejmowaniu siebie w całości, można wreszcie zacząć dostrzegać, obdarzać troską i czułością, a więc i akceptacją, widzeniem realnym. Wierzę, że każda kobieta, niezależnie od aktualnego rozmiaru, zasługuje na przyjemność, radość i cieszenie się życiem w pełni siebie. Wierzę, że można nauczyć się słyszeć swoje ciało, bo ono przecież nieustannie do nas mówi, w radykalnych sytuacjach nawet poprzez symptomy i choroby. Wierzę, że ten proces prowadzi do mądrych wyborów i decyzji, a z czasem też to zmiany rozmiarów.
 
Rozmawiała Magdalena Gorostiza
 
 
 
Powrót
Reklama:
Ten tytuł nie wziął się z powietrza. Po opublikowaniu artykułu o twoich warsztatach, jedna z kobiet napisała - ale mam schudnąć, bo jeśli mam pokochać własne sadło, to jest to bez sensu. Żyjemy w takich czasach, że tylko chude jest na topie i chude jest piękne. Taki wizerunek kreują masmedia. A ty chcesz uczyć kochania własnego sadła?
 

Odpowiem od razu, z uśmiechem nawet. Tak. Chcę. I jako wyjaśnienie dodam, że od zawsze moim marzeniem jest uczenie patrzenia na siebie z szacunkiem i delikatnością w takim wymiarze rzetelnej i mądrej pracy wewnętrznej w kobiecym kręgu. Jeśli oznacza to kochanie własnego sadła, to tak, tego też chcę. Znów się uśmiecham, ponieważ jednym z moich ulubionych modułów podczas warsztatu jest operowanie językiem i narracją, jaką obdarzamy siebie i swoje ciała. Mówisz 'sadło'? A co to znaczy konkretnie? Brzuch? Pupę? Ramiona? Które części siebie tak bardzo znielubiłam i kiedy się to stało, że nazywam 'sadłem'? Uważam, że dopóki 'sadło' jest oderwanym bytem, zniekształconą masą, za którą kryje się cała góra emocji i przekonań, to nie można mówić o procesie chudnięcia. Uważam, że dopóki nie spojrzę na siebie całą, nie mogę widzieć, a więc i wiedzieć, czego potrzebuje moje ciało. Co więcej, głęboko wierzę, że taką pracę z powodzeniem można odbyć w kręgu kobiet. Trzeba nam się spotykać, patrzeć na siebie, mówić i pracować wspólnie.


Sama nosisz rozmiar 42- 44 i przyznajesz się do tego, że nawet jako psycholog miałaś problem z samoakceptacją. Jak więc przekonasz kobiety, które nie mają takiej wiedzy, świadomości, jak ty, że można pokochać siebie grubą?


Można by powiedzieć, że szewc bez butów chodzi, prawda? Znów się uśmiecham. Widzisz, po pierwsze jestem kobietą. Po drugie córką, siostrą, przyjaciółką, partnerką i dopiero psychologiem. I jako kobieta, każdego dnia staję przed lustrem, jak zresztą znakomita większość kobiet na świecie. I co widzę w lustrze? Widzę w nim całą historię mojego ciała, kilka blizn, czasem zmęczoną a czasem wypoczętą twarz, masę trosk, zachwyty, nadzieje, siebie... A w głowie myśli kotłują się tak po prostu po ludzku, po kobiecemu, zwyczajnie. A bo worki pod oczami, a bo pupa szeroka, a piersi w źle dobranym staniku to jakaś katastrofa. I wiele innych, czasem znacznie gorszych też. 
Dopiero dzięki zawodowej wiedzy i perspektywie psychologicznej mam świadomość tego, że mój własny proces samoakceptacji zaczynał się już w przedszkolu i był warunkowany przez lata wieloma zniekształceniami. I że one czasami ciągle wyłażą jak wielkie i potężne gremliny. Bycie psychologiem pozwala weryfikować myśli, nazywać emocje i czuwać nad równowagą między jednym i drugim, by mądrze wspierać zachowania. Na szczęście to jest ciągły proces. I na szczęście bycie psychologiem nie oznacza omnipotencji oraz bezproblemowego życia. 
Wiesz, nie do końca chcę przekonywać kobiety, przekonywanie kojarzy mi się z negocjacjami. Zamieniłabym to słowo na zapraszanie. Chcę dawać propozycje, dawać przestrzeń kobietom, by eksplorować coś innego, by mogły smakować siebie w inny sposób niż dotychczas, poszerzając wiedzę i świadomość.
 
 

Nawet jeśli ci się to uda, wyleczysz kobiety z marzenia o tym, by być szczupłą? Z tej obsesji dążenia do obecnego ideału w rozmiarze 34?


Widzisz, podczas tej rozmowy koncentrujemy wokół rozmiaru, obsesji rozmiaru i szczupłości. A gdyby tak odwrócić myślenie i zacząć z innej strony? Gdyby celem nie było osiąganie rozmiaru, a praca w obszarze poszerzania samoświadomości ciała i siebie? Co wtedy może się zmienić? Z doświadczeń moich i moich klientek wynika, że  jak zaczynam obejmować troską swoje ciało i jego potrzeby, nagle waga zaczyna się zmieniać, zaczynam inaczej się ubierać, zaczynam dbać o makijaż, o fryzurę, pięknieję i rozkwitam. 
Wiesz dlaczego tak się dzieje? Przestaję oszukiwać siebie, zagłuszać, uciekać, chować, zaczynam wreszcie widzieć siebie i wybierać mądrze dla siebie. Bo jeśli moje napady obżarstwa nocnego wiążą się z jakąś konkretną grupą przeżyć, to nagle zdaję sobie z tego sprawę. I jeśli nie schudnę, to przynajmniej zyskam świadomość oraz możliwość wyboru - chcę otwierać tę lodówkę czy iść na spacer z przyjaciółką. Wyraźnie podkreślam też, że jest to praca do wykonania, długi i czasem wymagający proces zmiany, uczenia się siebie i samodyscypliny skierowany do kobiet wiecznie głodnych i to głodnych rozumienia siebie.



Co jest pierwotne w otyłości? Brak samoakceptacji i zajadanie tego, czy bycie grubą i z tego powodu brak samoakceptacji?


Winowajcą otyłości mogą być geny, hormony i neuroprzekaźniki, czyli substancje odpowiadające za procesy zachodzące w mózgu. To one mają wpływ na powstawanie uczucia głodu i sytości oraz szybkość przemiany materii. Do tego należy pamiętać o tarczycy i innych chorobach vs. lekach, które wpływają na tuszę. Ale pomijając dziedzictwo genetyczne i chorobowe, najczęściej jesteśmy same sobie winne. Bo przecież mimo edukacji, ciągle źle jemy – za dużo tłuszczu i cukru. Żywność naturalną z dużą ilością błonnika zastępujemy przetworzonym jedzeniem. Do tego jadamy nieregularnie, często tylko jeden lub dwa bardzo obfite posiłki. Mamy za mało ruchu i wysiłku fizycznego - jeździmy samochodem, używamy wind, pierzemy w pralce, nawet nie musimy podchodzić do telewizora, by zmienić kanał, bo mamy pilota. A gdyby do dyskusji włączyć zajadanie i samoakceptację, to obawiam się, że dylemat dotyczy słynnego powiedzenia - jajko czy kura. W większości historii, z którymi miałam przyjemność pracować, widzę to wyraźnie jako proces samoregulacji emocji i przeżyć. Zatrzymanie błędnego koła zawsze oznaczało pracę wewnętrzną i stanięcie nago przed samym sobą. Dosłownie i metaforycznie. 


 

Czy namawiasz kobiety do odchudzania, czy tylko pokazujesz im, jaki jest powód tego, że jedzą zbyt dużo? uczysz samodyscypliny?



Namawiam kobiety do bycia ze sobą szczerą. Absolutnie. Namawiam do tego, by zaglądać w swoje najciemniejsze labirynty wnętrz i zapalać tam pochodnie. Im mniej w nas nieznajomych miejsc, im mniej niewiedzy, tym większa odpowiedzialność za siebie i właściwe decyzje. Namawiam kobiety, by przestały się złościć na siebie i świat, by zatrzymywały wstyd i upokorzenia, by smutek zamieniały na powolne uczenie się zachwytów, dostrzegania piękna i radości. Namawiam kobiety do poznawania siebie, swoich pragnień, myśli i tęsknot. Namawiam do spotykania się ze sobą, by móc jak w lustrze przeglądać się w sobie. Moc kobiecego kręgu jest niewiarygodna. Stajesz na przeciwko innych kobiet i widzisz siebie. Widzisz wszystko to co w sobie kochasz, to o czym marzysz ale też to czego się boisz i czego się wstydzisz. To niewiarygodny i niewyczerpany proces odkrywania siebie i wspierania zmiany.



Wierzysz w to, że można zaakceptować swoja nadwagę? I nigdy więcej nie zazdrościć chudym?

 

 
Wierzę w to, że można przestać żyć w oderwaniu. Większość z kobiet, z którymi pracowałam, żyło w takim zdumiewającym oderwaniu. Wiesz jak bardzo można siebie nie widzieć w lustrze? Jak bardzo można się nauczyć, by nie dostrzegać pewnych części siebie? Nie zauważać, wykluczać, odrywać od siebie, a nawet unieważniać... Wciąż na nowo mnie to zaskakuje w pracy. Co jakiś czas też zbieram dane w wywiadach z kobietami, ostatnio w ankiecie wzięło udział 267 kobiet w rozmiarze 40 i większym, a średnia wyniosła 44-46. Wiesz że blisko 80% odpowiadających uznała, że rozmiar, jaki chciałaby osiągnąć to 38? Obawiam się, że to dość iluzoryczne myślenie, bardzo życzeniowe, niezwykle też wymagające i niekoniecznie przyjemne. 
Wierzę więc w to, że dzięki obejmowaniu siebie w całości, można wreszcie zacząć dostrzegać, obdarzać troską i czułością, a więc i akceptacją, widzeniem realnym. Wierzę, że każda kobieta, niezależnie od aktualnego rozmiaru, zasługuje na przyjemność, radość i cieszenie się życiem w pełni siebie. Wierzę, że można nauczyć się słyszeć swoje ciało, bo ono przecież nieustannie do nas mówi, w radykalnych sytuacjach nawet poprzez symptomy i choroby. Wierzę, że ten proces prowadzi do mądrych wyborów i decyzji, a z czasem też to zmiany rozmiarów.
 
Rozmawiała Magdalena Gorostiza
 
 
 
loading...

Podobne artykuły:

Tagi:

odchudzanie,  Marta Kijanko,  otyłość,  psychologia, 

Zostaw komentarz:

    Brak komentarzy
Powrót