Reklama:

Julie przyszła na świat 6 stycznia 1976 roku w Wietnamie. Pół roku wcześniej upadł Sajgon - dla mieszkańców oznaczało to koniec wojny. Julie urodziła się się, ważąc nieco powyżej trzech kilogramów. Sporo, jak na wietnamskie standardy, ale nie na tyle dużo, aby zagrażać życiu własnemu i matki podczas porodu. Nic nie zachwiałoby szczęścia młodych rodziców, gdyby nie fakt, że dziewczynka była niewidoma.

 

Kiedy miała zaledwie dwa miesiące, rodzice – na rozkaz babki ze strony ojca – zabrali ją do zielarza w Da Nang. W zamian za sztabki złota miał uśmiercić dziewczynkę. Odmówił. Dla jej babki było to nieakceptowalne. Była ciężarem i wstydem dla rodziny. Nikt nie chciałby takiej żony. Poza tym babka uznała, że pozbycie się dziecka byłoby aktem litości – ukróceniem jej żałosnej egzystencji.

 

Kiedy Julie miała dwa lata jej rodzina podjęła decyzję o ucieczce z Wietnamu. Zapakowani do rozklekotanej łodzi, z trzystoma innymi uchodźcami, dotarli do Hongkongu. Rok później dzięki datkom Kościoła Katolickiego emigrowali do Ameryki. Tam też chirurg UCLA zoperował Julie sprawiając, że częściowo odzyskała wzrok.

 

Jej życie wreszcie zaczęło się układać. Dzięki pracy rodziców poszła na studia. Dostała się na Harvard, gdzie ukończyła studia prawnicze. Robiła karierę w jednej z najlepiej prosperujących na świecie kancelarii prawnych. Była żoną przystojnego, błyskotliwego mężczyzny oraz matką dwóch pięknych córek. I wtedy usłyszała diagnozę: nowotwór jelita grubego, IV stadium.

 

Jak pisze Julie: Życie nie jest sprawiedliwe. Jesteśmy naiwni, jeśli oczekujemy sprawiedliwości, szczególnie w kontekście życia i śmierci, w sprawach wykraczających poza normy prawne, nie mieszczących się w ramach inżynierii, na które człowiek nie ma wpływu, a które pozostają jedynie w rękach Boga lub są kwestią szczęścia albo innej nieznanej, niepojętej mocy.

 

Dlatego też postanowiła pisać – aby przygotować nas na to, co dzieje się po śmierci ukochanej osoby. Aby opisać jak wygląda życie ze świadomością rychłej śmierci. Ale też jak przeżyć jak najdłużej. Julie przeżyła z rakiem pięć lat. „Do ostatnich dni” jest zapisem jej niezwykłej historii.

 

książka

 

Oddając głos Julie: Przez wszystkie lata od diagnozy doznałam miłości i współczucia, o jakich mi się nie śniło. Byłam świadkiem lub doświadczyłam osobiście ludzkiej opieki najwyższej rangi, która nauczyła mnie skromności i bycia lepszą. Poznałam smak śmiertelnego strachu, pokonałam go i odnalazłam w sobie odwagę. Ślepota i rak nauczyły mnie tak wiele, że nie umiem wszystkich nauk tutaj wyszczególnić. Mam jednak nadzieję, że po przeczytaniu moich słów, zrozumiecie, że zmiany na lepsze są możliwe i że cierpienie ma swój sens. Wartość ludzkiego życia mierzona jest nie przeżytymi latami, ale tym, na ile odebraliśmy od życia naukę, na ile podjęliśmy wszelkie jego trudne aspekty. Gdyby to zależało ode mnie, chciałabym z Wami zostać dłużej. Jeśli moja śmierć może Was czegoś nauczyć, jeśli zaakceptujecie moje wyzwanie bycia lepszymi ludźmi dzięki mojej śmierci, moja dusza będzie się radować i zazna spokoju.

 

Chcę, aby ​​moja książka przekazywała prawdę nie tylko o doświadczeniu raka, ale ogólnie o ludzkim doświadczeniu, żeby ludzie mogli odnaleźć w niej siebie. Chcę też, by przez to zdali sobie sprawę, że nigdy nie byli i nigdy nie będą sami w swoim cierpieniu… Chcę, aby w bogatych, pogmatwanych i zawiłych szczegółach mojego życia znaleźli prawdę i mądrość, które wzmocnią i pocieszą ich w radościach i smutkach, śmiechu i łzach.

Tagi:

książka,  do ostatnich dni, 

Zostaw komentarz:


    Brak komentarzy
Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót
Wyszukiwarka
Najnowsze
Newsletter
zapisz
Reklama:
Loading...