Reklama:
Reklama:

Tytuł twojej książki jest trochę mylący. Sądziłam, że będzie głównie o Wołyniu. Tymczasem to świetna powieść o trudnych relacjach córki z matką…


Przyznam, że tytuł Kolonia Marusia był jedynym, jaki rozpatrywałam. Nie mogłam nadać tej powieści innego. Kiedy myślę o mamie, to właśnie to nieistniejące na mapie Polski i Ukrany miejsce - wołyńska osada najlepiej ją określa. To co przeżyła matka w Wołyniu w 1943 roku zaważyło na całym jej życiu, nigdy się nie podniosła po dziecięcej traumie. Mentalnie nigdy nie uwolniła się od Wołynia, nieustannie o nim opowiadała. Pamiętam bardzo wiele momentów w różnych urzędach, szpitalach, gdzie przy wypełnianiu papierów na pytanie o miejsce urodzenia matka z dumą oświadczała "Kolonia Marusia". Miny tych urzędników zawsze były niesłychane, nikt nie wiedział, czy to żart, czy konkretne miejsce. Wołyń? Jaki Wołyń, to już nie PRL, przed '89 rokiem wpisywano więc matce ZSRR (co bardzo ją bolało), po '89 r. zaś była to Ukraina (to było dla niej nawet gorsze). Tak więc ta nazwa dla mnie jednoznacznie opisuje moją mamę.



Poruszałaś już ten wątek córka - matka, może trochę nieśmiało jeszcze w Sonatach, złudzeniach, nerwicach, mojej ulubionej powieści. Tam jednak kryłaś się za Andżeliką. Teraz nie ma już wątpliwości, że piszesz sobie, w dodatku szczerze i odważnie. Miałaś przymus zweryfikowania relacji ze swoja matką? Uważasz, że to najtrudniejsze relacje w życiu kobiety? Większość moich znajomych (łącznie ze mną) nie wspomina dobrze dzieciństwa, okresu dorastania. Właśnie przez matki. Przez wieczną krytykę, brak zadowolenia ze swojego dziecka, wpędzanie w kompleksy. Potem jednak rodzimy córki i powielamy w jakiejś części swoje rodzinne historie. Co o tym sądzisz?

 


Minęło ponad 10 lat od śmierci mojej mamy, a ja nie mogę się uwolnić od jej wpływu na mnie, jakby z zaświatów - wiem, że to nieracjonalne - w jakiś sposób ciągle egzekwowała swoją władzę nade mną. Nie mogę się od niej uwolnić, bardzo mnie to męczy i nie wiem dlaczego tak jest. Zapewne nadal się boję stawić jej czoła, zrobiłam duży krok na przód, ale nie odniosłam jeszcze ostatecznego zwycięstwa. Być może przyczyną jest lęk przed tym, że podzielę los matki. Myślę, że wiele z nas godzi się po cichu z tym, aby nie stać się kimś więcej, niż nasze matki, podświadomie czujemy, że stać nas tylko na to, co zaprojektowały dla nas nasze matki? Oczywiście niektórym udaje się przełamać ten schemat i to jest najważniejsze - skruszyć ten beton! Nieustannie obawiam się analogii i to mnie przeraża. Ponadto kwestia, o której wspomniałaś - mam córkę, nie chcę, aby ona była obciążona tymi lękami, które przekazała mi matka. Teraz koncentruję się na tym, aby córka weszła w dorosłe życie wolna od irracjonalnych myśli. Pracuję nad tym.

 

sylwia zientek


Piszesz, że wstydziłaś się własnej matki. Myślę, że to chyba najbardziej bolesny element – kiedy cierpi się nie tylko w domu, ale też obraz rodzica determinuje twoją pozycję w świecie zewnętrznym. W młodym wieku inaczej się na to patrzy…

 


Oczywiście jako dziecko bardzo liczyłam się z opinią dzieci, a dzieciaki są okrutne. Śmiały się z mojej mamy, nazywały babcią, w latach 80 mama była zagubiona, zupełnie zastygła w latach 70, ubierała się niemodnie, przestała o siebie dbać. To właśnie mnie bolało, jej zaniedbanie. Opowiadała nieustannie, jak dawniej wspaniale się ubierała, czesała w kok i wołano na nią Zośka Loren. Dla mnie była tylko przedwcześnie postarzałą kobietą. Dzisiaj rozumiem, że była pogrążona w poważnej depresji, ale oczywiście jej nie leczyła. Trudno wymagać od chorej osoby dbania o powierzchowność, dla mnie jednak - dla dziecka - było to ogromnie trudne. Chciałam mieć piękną, modną mamę, taką jak inne dziewczynki, po prostu... Dzisiaj oczywiście patrzę na to zupełnie inaczej.


Ale też usprawiedliwiasz po części matkę. Ten wołyński wątek nie tylko hołd dla pomordowanych Polaków. To geneza traumy rodzinnej, przenoszonej z pokolenia na pokolenie ( co teraz potwierdza też nauka). I w tej traumie szukasz powodów, przyczyn tego, że matka nie umiała być inna… Chcesz jej przez to wybaczyć?

 


Tak, bardzo mi zależało, aby zrozumieć matkę, po prostu pojąć to, czego ona sama w swoim życiu nie odważyła się przeanalizować. Przeżyła potworną traumę jako dziecko i była z tym całkiem sama, jej matka - moja babcia - byłą prostą, skoncentrowaną na pracy w gospodarstwie kobietą, nie umiała okazać uczuć, pocieszyć, ignorowała dziecko, uciekała od problemów i lęków w pracę. Moja mama też znała tylko ten jeden sposób: pracę. Dopóki pracowała zawodowo, jej lęki jako tako dawały się uciszać, ale kiedy przestała pracować, jedyną ucieczką stały się choroby i tak było niestety do końca.
Matka nie miała w swoim życiu szansy, aby odbyć terapię, być zrozumianą. Inna sprawa, że nie chciała tego zrobić. Uciekała w farmakologię. Ja poniekąd odrabiam za nią lekcję...
5. Szczerze wyznajesz, że mimo wszystko chciałaś spełniać oczekiwania matki, że obawiałaś się tego, co powie. Dlaczego nie umiałaś się odciąć od niej już jako dorosła, samodzielna kobieta? Dlaczego aż tak wpłynęła na twoje życie? Nawet pisać zaczęłaś dopiero po jej śmierci...To ciekawe, bo moja historia jest zupełnie inna. Nie tylko nie utożsamiałam się z matką, ale też dość szybko przestało mnie interesować to, co o mnie myśli…
Nie potrafię jeszcze odpowiedzieć na pytanie, dlaczego władza mamy nade mną przetrwała tak długo... Nie wiem, widać nie potrafiłam się odciąć. Nawet teraz nie potrafię zapomnieć. To kolejna lekcja do odrobienia. Chciałabym dojść do stanu, kiedy pamięć o mamie jest ukształtowana i nie budzi już emocji, chcę zamknąć przeszłość i przestać o niej pisać. W końcu muszę sobie z tym poradzić, jeśli nie, porównania do matki i obawa przed powtórzeniem jej losu zniszczą mnie...

 

 Minęło wiele lat od śmierci twojej matki, a ty powiedziałaś mi, że tuż po wydaniu książki bałaś się oceny matki. Że będzie zła na ciebie za Kolonię Marusi, że coś się może złego wydarzyć… Tymczasem napisałaś książkę ważną, taką, która może pomóc wielu kobietom zrozumieć relacje z ich matkami i przynieść ulgę – nie jestem sama, to wszystko nie jest takie proste. Podziwiam cie też za szczerość, za odwagę. Myślę, że zmierzyłaś się ze swoimi demonami. Jak się teraz czujesz?

 


Po napisaniu książki poczułam się wspaniale, zupełnie jakbym zrzuciła kamień z serca. A jednak reakcje na książkę, chociaż w ogromnej większości wspaniałe wzbudziły też moje obawy. Były dwie bardzo bolesne recenzje, w jednej (i to w ogólnokrajowej gazecie) napisano, że o Wołyniu wszyscy już wszystko wiedzą i moja historia jest trywialna, nie ma sensu jej opisywać. To ogromnie zabolało. Druga recenzja była jeszcze gorsza, trywializowała kwestię śmierci matki i złożonego bólu, jaki przyniosła. Oczywiście każdy autor musi liczyć się z krytyką, a jednak kiedy przeczytałam te teksty, jakiś diabelski głos podpowiedział "Po co to napisałaś? Po co się tak obnażyłaś? Czy było warto?".
Na szczęście dotarło do mnie bardzo wiele podziękowań, w tym pochodzących od ludzi, którzy przeżyli tragedię wojenną, wiele naprawdę ciepłych, wzruszających słów. I tylko to się liczy, nie ja i moje demony, ale to, że za sprawą mojej historii ktoś może poczuć, że przeżył coś podobnego i dzięki temu może sobie poradzić z przeszłością. Tylko to jest ważne i tego się trzymam!

 

Rozmawiała Magdalena Gorostiza

Zdjęcie Krzysztof Opaliński

 

Tagi:

Sylwia Zientek,  Kolonia Marusi,  matka,  toksyczna matka, 

Podobne artykuły:

Zostaw komentarz:

    Brak komentarzy
Powrót