Reklama

Wszystko zaczęło się bardzo dawno temu... Jak w bajce - za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, a właściwie to we Francji - w Alpach, na szczycie góry...

 

Na studiach wyjeżdżałam do Francji - odbywałam staż językowy, hotel w którym mieszkałam był położony na prawie 2 tysiącach metrów nad poziomem morza i tam właściwie oprócz tego hotelu nie było nic. Raz w tygodniu mieliśmy organizowane różne wycieczki, można było pojechać do miasta na zakupy lub pochodzić po górach. Mnie Alpy kusiły... I kiedyś zaproponowano nam wypad na taki 3,5-tysięcznik. Kiedy dotarliśmy na ten szczyt, usiedliśmy aby odpocząć, pod wrażeniem tych pięknych widoków – chmury zeszły trochę niżej – było cudownie. I nagle ktoś, jakiś pan przeleciał mi dosłownie 2 metry nad głową! Maszyną bez silnika! Myślałam, że się zachłysnę zaraz kanapką, którą właśnie jadłam, trochę się przestraszyłam, bo kto by się spodziewał czegoś takiego na szczycie 3,5-tysięcznika. Wtedy pierwszy raz w swoim życiu zobaczyłam szybowiec. Zrobiłam zresztą zdjęcie, które do dzisiaj mam oprawione w ramkę – to zdjęcie stoi u mnie na komodzie. Kiedy przeszło mi to wkurzenie i strach, że ten pan w tym szybowcu tak mnie przestraszył zaczęłam do niego machać, a on do nas zamachał skrzydłami, widziałam jak się śmieje do nas – był tak blisko, to było coś niesamowitego. Zakochałam się w szybowcach i właśnie wtedy moje marzenie zakwitło mi w głowie, ale wtedy nie do końca zdawałam sobie z tego sprawę.

 

 

 

Kiedy wróciła do Polski na kilka następnych lat Magda zapomniała o swoim marzeniu, ale ono nie dało jej o sobie zapomnieć. Kiedy wracała z pracy do Lublina musiała wybrać objazd, ponieważ główna droga, którą zawsze wracała była zamknięta. Wracali obok Radawca. Magda zobaczyła jak tuż nad nią do lądowania podchodzi wielki szybowiec Bocian, był już bardzo nisko... Wtedy pomyślała „Co ja bym dała żeby tam być...”.

 

Na początku wydawało mi się, że ten sport musi być bardzo drogi, albo że trzeba mieć końskie zdrowie żeby zacząć latać, ale tak właściwie to przecież nie wiedziałam tego do końca. Mój kolega zapytał się mnie wprost - „Co cię powstrzymuje?” i to było właśnie to co następnego dnia pchnęło mnie, aby napisać do Aeroklubu Lubelskiego z pytaniem czy jest możliwy tzw. lot zapoznawczy. Chciałam sprawdzić czy zanim zacznę kurs latania szybowcem to nie dostanę zawału w powietrzu. Odpisał mi dyrektor, że owszem jest możliwy... Niestety na ten pierwszy lot czekałam kilka miesięcy, bo albo pogoda była niesprzyjająca, albo nie było instruktora, albo nie było sprzętu... Ale ja z uporem maniaka cały czas dzwoniłam, wysyłałam maile – chyba już mieli mnie dosyć. Dopiero później dowiedziałam się, że to był również mój test cierpliwości, bo niektórzy wychodzili z założenia, że skoro kobieta chce przyjechać na lotnisko to po to, aby znaleźć faceta...

 

Kiedy przyjechała po raz pierwszy na lotnisko zobaczyła Juniora – szybowiec, w którym zakochała się od pierwszego wejrzenia.

 

Nie mogłam od razu polecieć na Juniorze – musiałam zdobyć doświadczenie na innych szybowcach, a on był taki cudowny, malutki, taki kobiecy. Obejrzałam hangar, sprzęt, szybowce, trochę się zachłysnęłam przestrzenią, bo jak się okazało to co mi w duszy gra to jest właśnie przestrzeń. Ja mogę patrzeć godzinami na ocean, na otwartą przestrzeń i jak latam... to im wyżej tym lepiej... Jak się widzi ten coraz większy i większy horyzont. To jest niesamowite, ja nawet nie potrafię tego opisać, ale to jest coś o czym jak opowiadam, to za każdym razem się śmieję – to jest coś mojego, po prostu! Kiedy ja dojeżdżam na lotnisko to tam nawet najgorsza kawa smakuje mi jak nektar bogów!  

 

 

Pierwszy lot nie trwał długo, bo może zaledwie 8 minut, ale Magdalena nie zapomni go do końca życia. Była wówczas z instruktorem na pokładzie, jak sama wspomina z buzią szeroko otwartą z podziwu dla tego co zobaczyła w przestworzach. Czuła się jak małe dziecko, które po raz pierwszy zobaczyło świętego Mikołaja. Kiedy wylądowała nie zamierzała opuścić szybowca już nigdy więcej.

 

Powiedziałam instruktorowi, że teraz to będą musieli mnie siłą wyciągnąć, bo ja nie wysiadam. Wróciłam do domu, pamiętam że przyjechałam wtedy na lotnisko rowerem i nawet przez chwilę podczas drogi powrotnej nie myślałam o tym gdzie ja jadę, jaką drogą tylko o tym wszystkim co tam się wydarzyło przed chwilą. Dojechałam do domu, otworzyłam komputer i zapisałam się na kurs. Przed pierwszymi zajęciami nie przygotowywałam się ani trochę, nie sprawdzałam, nie czytałam, nie szukałam w internecie – byłam ciekawa tego co mnie tam spotka. Pojawiałam się na pierwszych zajęciach, było tam 15 osób, ale tylko jedna kobieta – ja!

 

Na początku były zajęcia teoretyczne, trzeba zdać egzamin, potem przychodzi czas na praktykę – odrywamy jak jest zbudowany szybowiec, uczymy się opuszczać kabinkę w razie sytuacji awaryjnej, a potem uczymy się rozkładać start i przygotowujemy sprzęt do startu – to jest cała procedura związana z przeglądami, uzupełnieniem dokumentacji – trzeba to trzeba. Potem są najfajniejsze momenty czyli loty – taki zastrzyk adrenaliny jak nigdzie indziej. Zaczyna się bardzo wcześnie rano – wtedy są sprzyjające warunki atmosferyczne, po południu budzi się termika, powietrze szaleje, mogą wystąpić turbulencje – później jak już nabierasz doświadczenia to właśnie te warunki są najlepsze, bo można je wykorzystać.

 

Na początku jest szok, że trzeba tyle rzeczy opanować, ale potem okazuje się, że wszystko jest kwestią doświadczenia i wyćwiczenia - jak jazda samochodem. 

 

 

Nie zawsze jest łatwo i przyjemnie. Jeszcze podczas szkolenia kiedy Magda już zaczęła latać samodzielnie, tuż przed wystartowaniem zawiał mocny wiatr, który ja mocno przestraszył. Nie ukrywa, że w pewnym momencie miała ochotę wysiąść i uciec, ale nie dała się złamać, nie odpuściła – w ułamku sekundy przełamała swoją barierę i wystartowała. Po wylądowaniu poszła do instruktora i powiedziała mu, że się boi i nie wie czy pilot, który się boi powinien latać. Odpowiedział jej, że w momencie kiedy powie mu, że przestała się bać, to zabroni jej latać.

 

Samodzielny, pierwszy lot to była niezła jazda - tuż przed zachodem słońca, a po zachodzie słońca już się nie lata. Niebo było pomarańczowe, serce waliło mi jak szalone. W dodatku nie byłam świadoma, że ten pierwszy samodzielny lot kończy się egzaminem. Instruktor powiedział mi, że dam radę polecieć sama i tu chyba zadziałała ta magia, że jest osoba, która w ciebie wierzy i to jest niesamowicie motywujące. Kiedy już wyczepiłam linę i wiedziałam, że jest bezpiecznie, zaczęłam się rozglądać i dotarło do mnie, że nie ma ze mną nikogo i już wszystko zależy tylko ode mnie. Wtedy budzi się odpowiedzialność i ja ją bardzo poczułam. Tego dnia zrobiłam 3 samodzielne loty i po każdym czułam, że chcę więcej.

 

Prawdziwa przygoda zaczyna się jednak później – to latanie godzinami, wykorzystywanie prądów powietrznych, tego co natura jest w stanie dla nas zrobić – tego nie widać z ziemi. Na początku jak patrzyłam na te rozłożone szybowce, to one wyglądały tak dumnie, majestatycznie – to jest przecież 15-18 metrów rozpiętości skrzydeł – one są ogromne, ale ten sam widok w powietrzu, kiedy inny szybowiec leci obok mnie...nie do opisania! Podnoszony jak lekkie piórko do góry i nagle dociera do ciebie, że to jest maszyna, która nie ma silnika! To jest taka radocha kiedy jeszcze widzisz pilota, który bawi się tym co jest dostępne w powietrzu. Tego co widzisz tam w powietrzu, tych doznań nie kupisz za żadne pieniądze.

 

 

Do końca życia nie zapomni również innego obrazka, który zobaczyła podczas pierwszego termicznego lotu – stada młodych, uczących się latać bocianów. Takich momentów jest oczywiście więcej – zachodzące słońce na wysokości 700 metrów nad poziomem morza, widok lotniska w Radawcu z wysokości 2,500 metrów, kręcenie się w „kominie” z bocianem czy szaleństwa na akrobacji.  

Wymyśliłam sobie, że w szybownictwie są dwie drogi, być może jest ich więcej, ale te które uważam, że są osiągalne dla mnie to albo przeloty czyli takie długodystansowe na kilkaset kilometrów albo więcej, a druga opcja to są akrobacje. To są krótkie loty, bo wiadomo spada się krótko, dłużej wznosi się w górę, ale to jest krótki lot z fajerwerkami. Zakochałam się w akrobacjach kiedy po raz pierwszy zabrał mnie na nie instruktor, pokazał mi wtedy po raz pierwszy jak się robi „ranwers” - to jest taka figura, która polega na tym, że w pewnym momencie szybowiec stoi nie całkowicie do pionu, ale tak do 80 stopni, ale żeby to zrobić trzeba bardzo szybko rozpędzić szybowiec. Niektórzy myślą, ze w szybowcu jest cicho, bo nie ma silnika, nie do końca – jak jest cicho to jest niebezpiecznie. Jak wzrasta prędkość, to razem ze wzrostem prędkości rośnie natężenie szumu w kabince i w pewnym momencie jak stawia się szybowiec do 80 stopni to przez ułamek sekundy ma się wrażenie jakby ktoś wyłączył dźwięk jest taki „cyk” i nie ma najmniejszego szmeru. To jest cisza, która wręcz przygniata, ale jest urzekająca. I to jest moment, w którym można się zakochać...  

 

Magdalena Piasecka już w przyszłym roku zaplanowała rozpocząć kurs akrobacji szybowcowej, ma również mnóstwo nowych pomysłów, które zamierza zrealizować w ramach projektu Spotkania z Pasją. Trzymamy za nią mocno kciuki i już nie możemy się doczekać! 

 

Rozmawiała: Katarzyna Krupka

Foto: właśność prywatna Magdalena Piasecka, Olga Michalec-Chlebik

Czytaj także Walczcie o swoje marzenia!

                        Jak żyć pełnią życia?

Powrót
Reklama:
Podobne artykuły:

Wszystko zaczęło się bardzo dawno temu... Jak w bajce - za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, a właściwie to we Francji - w Alpach, na szczycie góry...

 

Na studiach wyjeżdżałam do Francji - odbywałam staż językowy, hotel w którym mieszkałam był położony na prawie 2 tysiącach metrów nad poziomem morza i tam właściwie oprócz tego hotelu nie było nic. Raz w tygodniu mieliśmy organizowane różne wycieczki, można było pojechać do miasta na zakupy lub pochodzić po górach. Mnie Alpy kusiły... I kiedyś zaproponowano nam wypad na taki 3,5-tysięcznik. Kiedy dotarliśmy na ten szczyt, usiedliśmy aby odpocząć, pod wrażeniem tych pięknych widoków – chmury zeszły trochę niżej – było cudownie. I nagle ktoś, jakiś pan przeleciał mi dosłownie 2 metry nad głową! Maszyną bez silnika! Myślałam, że się zachłysnę zaraz kanapką, którą właśnie jadłam, trochę się przestraszyłam, bo kto by się spodziewał czegoś takiego na szczycie 3,5-tysięcznika. Wtedy pierwszy raz w swoim życiu zobaczyłam szybowiec. Zrobiłam zresztą zdjęcie, które do dzisiaj mam oprawione w ramkę – to zdjęcie stoi u mnie na komodzie. Kiedy przeszło mi to wkurzenie i strach, że ten pan w tym szybowcu tak mnie przestraszył zaczęłam do niego machać, a on do nas zamachał skrzydłami, widziałam jak się śmieje do nas – był tak blisko, to było coś niesamowitego. Zakochałam się w szybowcach i właśnie wtedy moje marzenie zakwitło mi w głowie, ale wtedy nie do końca zdawałam sobie z tego sprawę.

 

 

 

Kiedy wróciła do Polski na kilka następnych lat Magda zapomniała o swoim marzeniu, ale ono nie dało jej o sobie zapomnieć. Kiedy wracała z pracy do Lublina musiała wybrać objazd, ponieważ główna droga, którą zawsze wracała była zamknięta. Wracali obok Radawca. Magda zobaczyła jak tuż nad nią do lądowania podchodzi wielki szybowiec Bocian, był już bardzo nisko... Wtedy pomyślała „Co ja bym dała żeby tam być...”.

 

Na początku wydawało mi się, że ten sport musi być bardzo drogi, albo że trzeba mieć końskie zdrowie żeby zacząć latać, ale tak właściwie to przecież nie wiedziałam tego do końca. Mój kolega zapytał się mnie wprost - „Co cię powstrzymuje?” i to było właśnie to co następnego dnia pchnęło mnie, aby napisać do Aeroklubu Lubelskiego z pytaniem czy jest możliwy tzw. lot zapoznawczy. Chciałam sprawdzić czy zanim zacznę kurs latania szybowcem to nie dostanę zawału w powietrzu. Odpisał mi dyrektor, że owszem jest możliwy... Niestety na ten pierwszy lot czekałam kilka miesięcy, bo albo pogoda była niesprzyjająca, albo nie było instruktora, albo nie było sprzętu... Ale ja z uporem maniaka cały czas dzwoniłam, wysyłałam maile – chyba już mieli mnie dosyć. Dopiero później dowiedziałam się, że to był również mój test cierpliwości, bo niektórzy wychodzili z założenia, że skoro kobieta chce przyjechać na lotnisko to po to, aby znaleźć faceta...

 

Kiedy przyjechała po raz pierwszy na lotnisko zobaczyła Juniora – szybowiec, w którym zakochała się od pierwszego wejrzenia.

 

Nie mogłam od razu polecieć na Juniorze – musiałam zdobyć doświadczenie na innych szybowcach, a on był taki cudowny, malutki, taki kobiecy. Obejrzałam hangar, sprzęt, szybowce, trochę się zachłysnęłam przestrzenią, bo jak się okazało to co mi w duszy gra to jest właśnie przestrzeń. Ja mogę patrzeć godzinami na ocean, na otwartą przestrzeń i jak latam... to im wyżej tym lepiej... Jak się widzi ten coraz większy i większy horyzont. To jest niesamowite, ja nawet nie potrafię tego opisać, ale to jest coś o czym jak opowiadam, to za każdym razem się śmieję – to jest coś mojego, po prostu! Kiedy ja dojeżdżam na lotnisko to tam nawet najgorsza kawa smakuje mi jak nektar bogów!  

 

 

Pierwszy lot nie trwał długo, bo może zaledwie 8 minut, ale Magdalena nie zapomni go do końca życia. Była wówczas z instruktorem na pokładzie, jak sama wspomina z buzią szeroko otwartą z podziwu dla tego co zobaczyła w przestworzach. Czuła się jak małe dziecko, które po raz pierwszy zobaczyło świętego Mikołaja. Kiedy wylądowała nie zamierzała opuścić szybowca już nigdy więcej.

 

Powiedziałam instruktorowi, że teraz to będą musieli mnie siłą wyciągnąć, bo ja nie wysiadam. Wróciłam do domu, pamiętam że przyjechałam wtedy na lotnisko rowerem i nawet przez chwilę podczas drogi powrotnej nie myślałam o tym gdzie ja jadę, jaką drogą tylko o tym wszystkim co tam się wydarzyło przed chwilą. Dojechałam do domu, otworzyłam komputer i zapisałam się na kurs. Przed pierwszymi zajęciami nie przygotowywałam się ani trochę, nie sprawdzałam, nie czytałam, nie szukałam w internecie – byłam ciekawa tego co mnie tam spotka. Pojawiałam się na pierwszych zajęciach, było tam 15 osób, ale tylko jedna kobieta – ja!

 

Na początku były zajęcia teoretyczne, trzeba zdać egzamin, potem przychodzi czas na praktykę – odrywamy jak jest zbudowany szybowiec, uczymy się opuszczać kabinkę w razie sytuacji awaryjnej, a potem uczymy się rozkładać start i przygotowujemy sprzęt do startu – to jest cała procedura związana z przeglądami, uzupełnieniem dokumentacji – trzeba to trzeba. Potem są najfajniejsze momenty czyli loty – taki zastrzyk adrenaliny jak nigdzie indziej. Zaczyna się bardzo wcześnie rano – wtedy są sprzyjające warunki atmosferyczne, po południu budzi się termika, powietrze szaleje, mogą wystąpić turbulencje – później jak już nabierasz doświadczenia to właśnie te warunki są najlepsze, bo można je wykorzystać.

 

Na początku jest szok, że trzeba tyle rzeczy opanować, ale potem okazuje się, że wszystko jest kwestią doświadczenia i wyćwiczenia - jak jazda samochodem. 

 

 

Nie zawsze jest łatwo i przyjemnie. Jeszcze podczas szkolenia kiedy Magda już zaczęła latać samodzielnie, tuż przed wystartowaniem zawiał mocny wiatr, który ja mocno przestraszył. Nie ukrywa, że w pewnym momencie miała ochotę wysiąść i uciec, ale nie dała się złamać, nie odpuściła – w ułamku sekundy przełamała swoją barierę i wystartowała. Po wylądowaniu poszła do instruktora i powiedziała mu, że się boi i nie wie czy pilot, który się boi powinien latać. Odpowiedział jej, że w momencie kiedy powie mu, że przestała się bać, to zabroni jej latać.

 

Samodzielny, pierwszy lot to była niezła jazda - tuż przed zachodem słońca, a po zachodzie słońca już się nie lata. Niebo było pomarańczowe, serce waliło mi jak szalone. W dodatku nie byłam świadoma, że ten pierwszy samodzielny lot kończy się egzaminem. Instruktor powiedział mi, że dam radę polecieć sama i tu chyba zadziałała ta magia, że jest osoba, która w ciebie wierzy i to jest niesamowicie motywujące. Kiedy już wyczepiłam linę i wiedziałam, że jest bezpiecznie, zaczęłam się rozglądać i dotarło do mnie, że nie ma ze mną nikogo i już wszystko zależy tylko ode mnie. Wtedy budzi się odpowiedzialność i ja ją bardzo poczułam. Tego dnia zrobiłam 3 samodzielne loty i po każdym czułam, że chcę więcej.

 

Prawdziwa przygoda zaczyna się jednak później – to latanie godzinami, wykorzystywanie prądów powietrznych, tego co natura jest w stanie dla nas zrobić – tego nie widać z ziemi. Na początku jak patrzyłam na te rozłożone szybowce, to one wyglądały tak dumnie, majestatycznie – to jest przecież 15-18 metrów rozpiętości skrzydeł – one są ogromne, ale ten sam widok w powietrzu, kiedy inny szybowiec leci obok mnie...nie do opisania! Podnoszony jak lekkie piórko do góry i nagle dociera do ciebie, że to jest maszyna, która nie ma silnika! To jest taka radocha kiedy jeszcze widzisz pilota, który bawi się tym co jest dostępne w powietrzu. Tego co widzisz tam w powietrzu, tych doznań nie kupisz za żadne pieniądze.

 

 

Do końca życia nie zapomni również innego obrazka, który zobaczyła podczas pierwszego termicznego lotu – stada młodych, uczących się latać bocianów. Takich momentów jest oczywiście więcej – zachodzące słońce na wysokości 700 metrów nad poziomem morza, widok lotniska w Radawcu z wysokości 2,500 metrów, kręcenie się w „kominie” z bocianem czy szaleństwa na akrobacji.  

Wymyśliłam sobie, że w szybownictwie są dwie drogi, być może jest ich więcej, ale te które uważam, że są osiągalne dla mnie to albo przeloty czyli takie długodystansowe na kilkaset kilometrów albo więcej, a druga opcja to są akrobacje. To są krótkie loty, bo wiadomo spada się krótko, dłużej wznosi się w górę, ale to jest krótki lot z fajerwerkami. Zakochałam się w akrobacjach kiedy po raz pierwszy zabrał mnie na nie instruktor, pokazał mi wtedy po raz pierwszy jak się robi „ranwers” - to jest taka figura, która polega na tym, że w pewnym momencie szybowiec stoi nie całkowicie do pionu, ale tak do 80 stopni, ale żeby to zrobić trzeba bardzo szybko rozpędzić szybowiec. Niektórzy myślą, ze w szybowcu jest cicho, bo nie ma silnika, nie do końca – jak jest cicho to jest niebezpiecznie. Jak wzrasta prędkość, to razem ze wzrostem prędkości rośnie natężenie szumu w kabince i w pewnym momencie jak stawia się szybowiec do 80 stopni to przez ułamek sekundy ma się wrażenie jakby ktoś wyłączył dźwięk jest taki „cyk” i nie ma najmniejszego szmeru. To jest cisza, która wręcz przygniata, ale jest urzekająca. I to jest moment, w którym można się zakochać...  

 

Magdalena Piasecka już w przyszłym roku zaplanowała rozpocząć kurs akrobacji szybowcowej, ma również mnóstwo nowych pomysłów, które zamierza zrealizować w ramach projektu Spotkania z Pasją. Trzymamy za nią mocno kciuki i już nie możemy się doczekać! 

 

Rozmawiała: Katarzyna Krupka

Foto: właśność prywatna Magdalena Piasecka, Olga Michalec-Chlebik

Czytaj także Walczcie o swoje marzenia!

                        Jak żyć pełnią życia?

loading...

Podobne artykuły:

Tagi:

Magdalena Piasecka,  szybowce,  latanie,  pasja, 

Zostaw komentarz:

    Brak komentarzy
Powrót