Reklama

Najmłodsza była Monika. Miała 19 lat i raka kości. Przyszła w lutym, w maju miała zdawać maturę. Przychodziły do niej nauczycielki. Monika uczyła się każdego dnia.

- Czasami jak nie miała siły, mówiła, że skończy później i odkładała zeszyt – wspomina Maria. - I zasypiała. Ale strasznie przejmowała się nauką, bardzo chciała zdać wszystkie egzaminy celująco.

Kiedy przyszedł czas matur, Monika odeszła. Płakało po niej całe hospicjum, pielęgniarki, salowe, lekarki, kobiety ze stowarzyszenia.

- Nie miała świadomości, że umiera? - pytam.

- Tego nigdy nie wiemy, nie wolno zadawać chorym takich pytań – słyszę w odpowiedzi.

 

Milcz i słuchaj

 

Pierwsze hospicjum założyła w Anglii Cecylia Sanders w 1969 roku. Jej motto brzmi „Musisz być gotowa do słuchania, musisz być gotowa do milczenia i musisz być gotowa do działania”.

- Czasami chorzy zadają pytania, na które nie ma odpowiedzi – mówi Drygałowa. - Wtedy lepiej milczeć. Samemu też nie pytać. Jeśli przyjdzie odpowiedni czas, chory sam się otworzy. Jeśli zechce, będzie rozmawiać o umieraniu, o swojej chorobie.

Dlatego, chociaż w hospicjum potrzebni są wolontariusze, nikt z marszu ich nie przyjmie. W czerwcu będzie ogłoszony nabór, potem szkolenie i kwalifikacja. Kto się nada, a kto nie wytrzyma. Praca nie jest łatwa. To codzienne obcowanie z bólem, ze śmiercią, z rozpaczą, z ostatecznością.

- Ja też uczyłam się wszystkiego od początku – mówi Maria. - Najpierw był pomysł, przekonanie, że ludzie umierający muszą mieć godne miejsce do odejścia. Ten pacjent, który popełnił samobójstwo przychodził do mnie do opieki społecznej. Mówił – niech pani coś ze mną zrobi. Tylko co, skoro nikt go nie chciał? Umieściłam go w domu pomocy, ale inni go odrzucili. To była rozpaczliwa sytuacja.

 

Wyprawa do Krakowa

 

W 1989 roku w ręce Marii Drygałowej wpada Przekrój z reportażem na temat powstawania tamtejszego hospicjum. Zbiera się grupa pasjonatów – ona, dr Jerzy Kalasiewicz, Beata Kościańska. Jadą do Krakowa na nauki. Po powrocie zbierają wokół siebie jeszcze innych – dołącza min. dr Adam Borzęcki, Danuta Siwek, prof. Jerzy Pęszyński. Zakładają Stowarzyszenie – Hospicjum Dobrego Samarytanina. Mają wyłącznie pomysł i chęć do działania. Maria Drygałowa pracowała wówczas jako zastępca dyrektora Wydziału Zdrowia w Urzędzie Wojewódzkim ds. opieki społecznej. Wcześniej była przełożoną pielęgniarek w Puławach. Ma doświadczenie medyczne, społeczne, ale opieka paliatywna w Polsce raczkuje.

Niemniej jednak biorą się ostro do roboty. Na początek organizują chorym opiekę w domu. Od miasta kupują za symboliczną kwotę działkę z barakiem przy ul. Bernardyńskiej. Szukają wsparcia i pieniędzy.

Maria Drygałowa wyciąga stare kroniki. Pracowałam wtedy w gazecie, wiele pisałam o ich inicjatywie.

- Pamięta pani, jak to było? - Maria się uśmiecha pokazując wycinki z moich publikacji. - Wierzyć się nie chce, że to 26 lat już minęło...

 

Tak zaczynało hospicjum w Lublinie

 

Ze śmiercią za pan brat

 

Kiedy pytam, dlaczego swój los połączyła z umierającymi, tylko wzrusza ramionami.

- Mówiłam, impuls był i tak się zaczęło – tłumaczy. - A że to umierający ludzie? Nie myślę o tym w tych kategoriach. Ja widzę w nich wyłącznie ludzi, którym trzeba pomóc.

Do śmierci już przywykła. Umierała przy niej matka, teściowa, mąż. Wszyscy w domu. Różnie odchodzili. Matka w pół słowa, zupełnie znienacka, z mężem cała rodzina miała czas się pożegnać.

- Najpierw stracił przytomność, ale jeszcze żył, czasami otwierał oczy – mówi Maria. - Przyjechały córki, trzymałyśmy go za rękę, głaskałyśmy. Odszedł w domu, w otoczeniu bliskich.

Towarzyszyła też w umieraniu pacjentom w hospicjum. Też trzymała za rękę, mówiła do nich, pocieszała. Często tak bywa, że trzeba pobyć z chorym w ostatnich godzinach zanim rodzina przyjdzie. W hospicjum to norma, taka praca.

- Łatwo nie jest, ale personel mamy świetny – mówi Maria. - Są z nami pielęgniarki, które pracują od początku. Znieczulić na śmierć się nie można. Do końca jak pacjent leży dłużej, poznajemy go, to jak umiera, każda płacze.

Pielegniarka Wiesława Ozimek z pania Łucją

 

Ilu już odeszło. Maria Drygałowa nie umie policzyć. Ale co dwa miesiące zapraszają rodziny ostatnich zmarłych na wspólną modlitwę. Zawsze jest około 150 rodzin.

 

Ból wszechogarniający

 

Ten termin też wymyśliła Cecylia Sanders i Maria Drygałowa wyjaśnia, co oznacza – opiekę fizyczną psychiczną, socjalną i duchową.

- Chory jest w centrum uwagi ale i jego rodzina również – mówi. - Musimy dbać o poczucie bezpieczeństwa, o spokój, godność i umierających i ich bliskich.

Szczególnie, że w hospicjum bywają sceny rozdzierające serce na kawałki. Na przykład żona z kilkomiesięcznym dzieckiem, która żegnała męża. Albo kilkunastoletni syn, który nie chciał rozstawać się z umierająca matką. Albo dwie skłócone siostry, które pogodziły się dopiero w hospicjum.

- Jedna drugiej podała rękę, a umierająca matka zamknęła je w swoich dłoniach – wspomina Maria. - Były i śluby, bo ludzie chcą uporządkować swoje sprawy. Trzeba by serce mieć z kamienia, żeby wtedy nie płakać. Płaczemy i dalej robimy swoje.

 

A są różne sytuacje. Kiedyś chory prosił żonę o pierogi. Zrobiła, przyniosła, nawet ich nie tknął. Strasznie była ta żona smutna z tego powodu.

- Wyjaśniamy, że może nie mógł zjeść, ale się cieszy -mówi Maria. - Próbujemy tłumaczyć, że przecież to bardzo chory człowiek. Ale rodziny są wspaniałe. Troskliwe, siedzą godzinami przy bliskich, robią dosłownie, co mogą.

Hospicjum ma 21 łóżek stacjonarnych i 60 chorych w opiece domowej. Średni czas pobytu w hospicjum to 30 dni. Przyjmowani są chorzy na raka w stanie terminalnym. Kilka lat temu hospicjum się rozbudowało. Jest nowocześnie i bardzo pięknie.

 

Trzeba żebrać

 

Choć jest kontrakt z NFZ, na obsługę chorych nie wystarcza.

- Mamy 210 zł na dobę refinansowania, realnie potrzeba 380 zł – wylicza Drygałowa. - 170 zł musimy mieć ze stowarzyszenia.

Dlatego robią kiermasze, akcje, chodzą po prośbie, bo przecież nie dla siebie żebrzą. Maria Drygałowa przez 26 lat swojej pracy nie wzięła z hospicjum ani grosza. I nie brak ludzi do niej podobnych. Ale lekarzom, pielęgniarkom, hurtowniom farmaceutycznym trzeba płacić.

- Wywiesiliśmy kartkę, żeby rodziny zamiast kwiatów i czekoladek w ramach podzięki przynosiły jedzenie dla chorych – mówi Maria. - Przynoszą. A to kurczaki, a to szynkę. Dla nas każda ofiarowana rzecz się liczy. Pomocy nie możemy odmówić, ale nie możemy też pójść w długi. Więc ponawiam swój apel, jeśli ktoś może to niech pomoże. Teraz akurat ludzie składają PIT-y. Wasze pieniądze nie pójdą na marne.

 

Hospicjum wspieraja artyści, Jezry Rogalski, Krzysztof Cugowski i wielu innych

 

Co też ciekawe, w hospicjum działają praktycznie same kobiety. Są w zarządzie panowie, ale bardziej od spraw organizacyjnych, do chorych raczej się nie zbliżają. Nie ma też ani jednego wolontariusza – mężczyzny (pomijając oczywiście księży). Pomagać chorym jako wolontariuszki przychodzą też tylko wyłącznie kobiety i wszystkie są po pięćdziesiątce.

 

Od nagłej śmierci...

 

Maria Drygałowa choć ma już 76 lat, ale wygląda jak w dniu, kiedy ja poznałam. Ta sama figura, ta sama fryzura i obowiązkowo koszulowa bluzka.

- Dobre geny – śmieje się. - Moja mama też nie miała zmarszczek. Ale czuję już swoje lata. Jeszcze chciałabym trochę popracować, choć mam świadomość, że niebawem przyjdzie czas na przekazanie pałeczki młodszym.

 

Co jej dała praca w hospicjum?

- Zrozumiałam, dlaczego w modlitwie jest – od nagłej śmierci wybaw nas Panie – mówi. - Kiedyś myślałam, że lepiej od razu umrzeć. Teraz wiem, ze to nieprawda. Musi być czas na rachunek sumienia, na załatwienie swoich spraw, na ostateczne rozstanie.

Dlatego widzi sens, w tym co robi. Bo hospicjum stwarza warunki właśnie do takiego godnego odejścia. Bez zbędnego bólu, pod opieką, w otoczeniu życzliwych ludzi.

 

- Ludzie nie chcą umierać samotnie – mówi Maria. - Najbardziej wtedy pragną ciepła, bliskości, poczucia, że jest ktoś przy nich. Najważniejsze w tej ostatniej chwili jest to, by ktoś ich głaskał i trzymał za rękę. W hospicjum tak umierają nawet ci, którzy nie mają żadnej rodziny. I to jest największa wartość tego miejsca.

 

Magdalena Gorostiza

zdjęcia archiwum hospicjum

 

 

Powrót
Reklama:

Najmłodsza była Monika. Miała 19 lat i raka kości. Przyszła w lutym, w maju miała zdawać maturę. Przychodziły do niej nauczycielki. Monika uczyła się każdego dnia.

- Czasami jak nie miała siły, mówiła, że skończy później i odkładała zeszyt – wspomina Maria. - I zasypiała. Ale strasznie przejmowała się nauką, bardzo chciała zdać wszystkie egzaminy celująco.

Kiedy przyszedł czas matur, Monika odeszła. Płakało po niej całe hospicjum, pielęgniarki, salowe, lekarki, kobiety ze stowarzyszenia.

- Nie miała świadomości, że umiera? - pytam.

- Tego nigdy nie wiemy, nie wolno zadawać chorym takich pytań – słyszę w odpowiedzi.

 

Milcz i słuchaj

 

Pierwsze hospicjum założyła w Anglii Cecylia Sanders w 1969 roku. Jej motto brzmi „Musisz być gotowa do słuchania, musisz być gotowa do milczenia i musisz być gotowa do działania”.

- Czasami chorzy zadają pytania, na które nie ma odpowiedzi – mówi Drygałowa. - Wtedy lepiej milczeć. Samemu też nie pytać. Jeśli przyjdzie odpowiedni czas, chory sam się otworzy. Jeśli zechce, będzie rozmawiać o umieraniu, o swojej chorobie.

Dlatego, chociaż w hospicjum potrzebni są wolontariusze, nikt z marszu ich nie przyjmie. W czerwcu będzie ogłoszony nabór, potem szkolenie i kwalifikacja. Kto się nada, a kto nie wytrzyma. Praca nie jest łatwa. To codzienne obcowanie z bólem, ze śmiercią, z rozpaczą, z ostatecznością.

- Ja też uczyłam się wszystkiego od początku – mówi Maria. - Najpierw był pomysł, przekonanie, że ludzie umierający muszą mieć godne miejsce do odejścia. Ten pacjent, który popełnił samobójstwo przychodził do mnie do opieki społecznej. Mówił – niech pani coś ze mną zrobi. Tylko co, skoro nikt go nie chciał? Umieściłam go w domu pomocy, ale inni go odrzucili. To była rozpaczliwa sytuacja.

 

Wyprawa do Krakowa

 

W 1989 roku w ręce Marii Drygałowej wpada Przekrój z reportażem na temat powstawania tamtejszego hospicjum. Zbiera się grupa pasjonatów – ona, dr Jerzy Kalasiewicz, Beata Kościańska. Jadą do Krakowa na nauki. Po powrocie zbierają wokół siebie jeszcze innych – dołącza min. dr Adam Borzęcki, Danuta Siwek, prof. Jerzy Pęszyński. Zakładają Stowarzyszenie – Hospicjum Dobrego Samarytanina. Mają wyłącznie pomysł i chęć do działania. Maria Drygałowa pracowała wówczas jako zastępca dyrektora Wydziału Zdrowia w Urzędzie Wojewódzkim ds. opieki społecznej. Wcześniej była przełożoną pielęgniarek w Puławach. Ma doświadczenie medyczne, społeczne, ale opieka paliatywna w Polsce raczkuje.

Niemniej jednak biorą się ostro do roboty. Na początek organizują chorym opiekę w domu. Od miasta kupują za symboliczną kwotę działkę z barakiem przy ul. Bernardyńskiej. Szukają wsparcia i pieniędzy.

Maria Drygałowa wyciąga stare kroniki. Pracowałam wtedy w gazecie, wiele pisałam o ich inicjatywie.

- Pamięta pani, jak to było? - Maria się uśmiecha pokazując wycinki z moich publikacji. - Wierzyć się nie chce, że to 26 lat już minęło...

 

Tak zaczynało hospicjum w Lublinie

 

Ze śmiercią za pan brat

 

Kiedy pytam, dlaczego swój los połączyła z umierającymi, tylko wzrusza ramionami.

- Mówiłam, impuls był i tak się zaczęło – tłumaczy. - A że to umierający ludzie? Nie myślę o tym w tych kategoriach. Ja widzę w nich wyłącznie ludzi, którym trzeba pomóc.

Do śmierci już przywykła. Umierała przy niej matka, teściowa, mąż. Wszyscy w domu. Różnie odchodzili. Matka w pół słowa, zupełnie znienacka, z mężem cała rodzina miała czas się pożegnać.

- Najpierw stracił przytomność, ale jeszcze żył, czasami otwierał oczy – mówi Maria. - Przyjechały córki, trzymałyśmy go za rękę, głaskałyśmy. Odszedł w domu, w otoczeniu bliskich.

Towarzyszyła też w umieraniu pacjentom w hospicjum. Też trzymała za rękę, mówiła do nich, pocieszała. Często tak bywa, że trzeba pobyć z chorym w ostatnich godzinach zanim rodzina przyjdzie. W hospicjum to norma, taka praca.

- Łatwo nie jest, ale personel mamy świetny – mówi Maria. - Są z nami pielęgniarki, które pracują od początku. Znieczulić na śmierć się nie można. Do końca jak pacjent leży dłużej, poznajemy go, to jak umiera, każda płacze.

Pielegniarka Wiesława Ozimek z pania Łucją

 

Ilu już odeszło. Maria Drygałowa nie umie policzyć. Ale co dwa miesiące zapraszają rodziny ostatnich zmarłych na wspólną modlitwę. Zawsze jest około 150 rodzin.

 

Ból wszechogarniający

 

Ten termin też wymyśliła Cecylia Sanders i Maria Drygałowa wyjaśnia, co oznacza – opiekę fizyczną psychiczną, socjalną i duchową.

- Chory jest w centrum uwagi ale i jego rodzina również – mówi. - Musimy dbać o poczucie bezpieczeństwa, o spokój, godność i umierających i ich bliskich.

Szczególnie, że w hospicjum bywają sceny rozdzierające serce na kawałki. Na przykład żona z kilkomiesięcznym dzieckiem, która żegnała męża. Albo kilkunastoletni syn, który nie chciał rozstawać się z umierająca matką. Albo dwie skłócone siostry, które pogodziły się dopiero w hospicjum.

- Jedna drugiej podała rękę, a umierająca matka zamknęła je w swoich dłoniach – wspomina Maria. - Były i śluby, bo ludzie chcą uporządkować swoje sprawy. Trzeba by serce mieć z kamienia, żeby wtedy nie płakać. Płaczemy i dalej robimy swoje.

 

A są różne sytuacje. Kiedyś chory prosił żonę o pierogi. Zrobiła, przyniosła, nawet ich nie tknął. Strasznie była ta żona smutna z tego powodu.

- Wyjaśniamy, że może nie mógł zjeść, ale się cieszy -mówi Maria. - Próbujemy tłumaczyć, że przecież to bardzo chory człowiek. Ale rodziny są wspaniałe. Troskliwe, siedzą godzinami przy bliskich, robią dosłownie, co mogą.

Hospicjum ma 21 łóżek stacjonarnych i 60 chorych w opiece domowej. Średni czas pobytu w hospicjum to 30 dni. Przyjmowani są chorzy na raka w stanie terminalnym. Kilka lat temu hospicjum się rozbudowało. Jest nowocześnie i bardzo pięknie.

 

Trzeba żebrać

 

Choć jest kontrakt z NFZ, na obsługę chorych nie wystarcza.

- Mamy 210 zł na dobę refinansowania, realnie potrzeba 380 zł – wylicza Drygałowa. - 170 zł musimy mieć ze stowarzyszenia.

Dlatego robią kiermasze, akcje, chodzą po prośbie, bo przecież nie dla siebie żebrzą. Maria Drygałowa przez 26 lat swojej pracy nie wzięła z hospicjum ani grosza. I nie brak ludzi do niej podobnych. Ale lekarzom, pielęgniarkom, hurtowniom farmaceutycznym trzeba płacić.

- Wywiesiliśmy kartkę, żeby rodziny zamiast kwiatów i czekoladek w ramach podzięki przynosiły jedzenie dla chorych – mówi Maria. - Przynoszą. A to kurczaki, a to szynkę. Dla nas każda ofiarowana rzecz się liczy. Pomocy nie możemy odmówić, ale nie możemy też pójść w długi. Więc ponawiam swój apel, jeśli ktoś może to niech pomoże. Teraz akurat ludzie składają PIT-y. Wasze pieniądze nie pójdą na marne.

 

Hospicjum wspieraja artyści, Jezry Rogalski, Krzysztof Cugowski i wielu innych

 

Co też ciekawe, w hospicjum działają praktycznie same kobiety. Są w zarządzie panowie, ale bardziej od spraw organizacyjnych, do chorych raczej się nie zbliżają. Nie ma też ani jednego wolontariusza – mężczyzny (pomijając oczywiście księży). Pomagać chorym jako wolontariuszki przychodzą też tylko wyłącznie kobiety i wszystkie są po pięćdziesiątce.

 

Od nagłej śmierci...

 

Maria Drygałowa choć ma już 76 lat, ale wygląda jak w dniu, kiedy ja poznałam. Ta sama figura, ta sama fryzura i obowiązkowo koszulowa bluzka.

- Dobre geny – śmieje się. - Moja mama też nie miała zmarszczek. Ale czuję już swoje lata. Jeszcze chciałabym trochę popracować, choć mam świadomość, że niebawem przyjdzie czas na przekazanie pałeczki młodszym.

 

Co jej dała praca w hospicjum?

- Zrozumiałam, dlaczego w modlitwie jest – od nagłej śmierci wybaw nas Panie – mówi. - Kiedyś myślałam, że lepiej od razu umrzeć. Teraz wiem, ze to nieprawda. Musi być czas na rachunek sumienia, na załatwienie swoich spraw, na ostateczne rozstanie.

Dlatego widzi sens, w tym co robi. Bo hospicjum stwarza warunki właśnie do takiego godnego odejścia. Bez zbędnego bólu, pod opieką, w otoczeniu życzliwych ludzi.

 

- Ludzie nie chcą umierać samotnie – mówi Maria. - Najbardziej wtedy pragną ciepła, bliskości, poczucia, że jest ktoś przy nich. Najważniejsze w tej ostatniej chwili jest to, by ktoś ich głaskał i trzymał za rękę. W hospicjum tak umierają nawet ci, którzy nie mają żadnej rodziny. I to jest największa wartość tego miejsca.

 

Magdalena Gorostiza

zdjęcia archiwum hospicjum

 

 

loading...

Podobne artykuły:

Tagi:

kobietaxl,  smierć,  hospicjum,  Maria Drygałowa,  umieranie,  Hospicjum Dobrego Samarytanina, 

Zostaw komentarz:

    Brak komentarzy
Powrót