Reklama

Pracy się nie boi, bo musiała pracować już w liceum. Jest najstarsza z siódemki rodzeństwa i w domu się nie przelewało.

- Miałam świadomość, że muszę pomóc mamie – wspomina – I poszłam do pracy do Urzędu Wojewódzkiego.

Przepracowała tam całe studia. Uczyła się zaocznie, bo inaczej nie mogła. Potem trafiła do Zakładu Doskonalenia Zawodowego i zaczęła przygodę z komputerami.

- To były czasy,gdy odeszłam z ZDZ i otworzyliśmy ze znajomymi sami firmę sprowadzającą komputery – mówi. - Żeby je kupić korzystało się z kont znajomych, którzy w banku Pekao mieli legalne dewizy. Takie system wymuszał kombinacje.

Ale poznała rynek i zaczęła handel z Politechniką w Odessie. Okazało się, że trafiła w dziesiątkę.

 

Ile świat kosztuje?

 

Potem rozpoczęła biznes na własny rachunek i do Odessy woziła części do komputerów. W torebce, legalnie, oni jej legalnie płacili. Ponieważ uwielbiała podróże, została pilotem wycieczek.

- Nie stać mnie było na samodzielne wyjazdy – mówi. - Ale w biznesie to też pomogło.

Biznes rozwijała się świetnie do czasu gdy zlikwidowano rubla transferowego. To był taki rodzaj waluty do zapłaty krajom socjalistycznym. Skasowano również barter. Mira znalazła się w pułapce. W Odessie na Politechnice zostawiła dosłownie majątek. Tylko nie ma jak przewieźc do Polski.

- Pamiętam jaka durna wtedy byłam, jak jeszcze był barter – wspomina. - Nie przygotowana na wielki biznes. Raz zapytali mnie, czy nie chciałabym w barterze samolotów. Ja na to, po co mi tyle modeli? Bo o takich składanych atrapach myślałam. Gdyby wtedy był ktoś ze mną, kto by miał pojęcie o dużych interesach, to bym dziś pytała, ile świat kosztuje?

Część pieniędzy udało się wydostać przy pomocy biur podroży. Opłacała w Odessie hotele, wypłacała kieszonkowe turystom. Niemniej jednak, dalej na koncie Politechniki została pokaźna kwota.

 

Co tam wieziesz Katarina?

 

Rada nie rada, wsiadła w nyskę ze swoim kierowcą i pojechała do Odessy. Na granicy ją dobrze znali, a że kiedyś miała bluzkę z napisem Katarina, to tak do niej celnicy mówili. Na Politechnice wręczyli torbę z gotówką.

- Siata, taka wielka, w kratę, jak ta co przemytnicy wożą, wypchana rublami po brzegi – mówi. - Nie wiedziałam, co zrobię.

Na wszelki wypadek przed wyjazdem pożegnała się z bliskimi, bo wcale nie była pewna, czy wróci z tej podroży. W nysce z tyłu były dwie ławki otwierane. Torbę wrzuciła do jednej z nich i modliła się do swojej Babci, żeby dotrzeć do domu.

- Akurat celnicy kończyli zmianę i nasi, polscy przybiegli i zapytali, czy do Przemyśla ich nie zawiozę – mówi. - Ja, że nie ma problemu. Wskoczyli na ławkę z pieniędzmi i siedzą. My stoimy pomiędzy jeszcze po stronie rosyjskiej. Przychodzi celnik i pyta: Co tam wieziesz Katarina? A chłopaki na to, by nie zawracał głowy, bo chcą do domu na obiad. I puścili nas bez problemu.

Ale ona już nie chciała radzieckich biznesów...

 

Co tu robić?

 

Pieniądze były, brakowało pomysłu. Znajomy z Kopenhagi kiedyś w luźnej rozmowie napomknął, że w Polsce musi się zmienić handel i gastronomia, bo to co jest o pomstę do nieba woła. Jest rok 1990. Mira traktuje te słowa jak przepowiednię. Zaczyna interesować się profesjonalnym sprzętem do wyposażania kuchni w barach, restauracjach. Tak powstaje firma Multi Frigo.

- Pierwszy ciąg kuchenny kupiłam za 25 tysięcy marek - wspomina. - W Polsce każdy pukał się w głowę, kto to kupi. Do dziś pamiętam ten gest. Wtedy frytki smażyło się garnku i wyciągało sitkiem. Ale się zaparłam. Postanowiłam, że będę pionierem na tym rynku.

Ciężką pracą i uporem rozwinęła z mężem firmę.

- Nie było łatwo, nie było zawsze różowo – mówi. - Ale ja zawsze w to co robiłam, wkładałam całe serce.

Pozyskiwała nowych kontrahentów, znana była z uczciwości, to procentowało. Na weksle z jej podpisem nikt nie chciał gwarancji bankowych. Jej firma znana jest w całej Europie. Jakiś czas temu Mira Gałan odebrała w Brukseli medal za wdrażanie nowych technologii.

- Czemu się nigdy nie chwaliłaś? - pytam. Ona tylko wzrusza ramionami. Cała Mira.

Mira prywatnie z Joanną Antoszewską - Komorską

 

Cios w serce

 

W 2005 roku na wylew umiera nagle jej mąż. Kiedy ona organizuje pogrzeb i płacze nad trumną, jej najbliżsi współpracownicy rujnują firmę. Otwierają konkurencyjną spółkę, wykradają bazę danych, kasują kontrahentów Miry w jej komputerach.

- Spotkałam przypadkiem właściciela jednej z restauracji – mówi. - I on mi mówi, że moi chłopcy przwiezli towar, ale z innej firmy faktury...

Cios w samo serce, bo przyjęła trójkę kompletnie zielonych ludzi, nauczyła, hołubiła, traktowała jak rodzinę.

- Na studia wysyłałam, żeby się uczyli. Szkoda gadać – kręci głową. - I to akurat w takim momencie.

Firma poniosła straty, rynek odbiorców zniknął.

- Przecież to oni zajmowali się handlem – mówi Mira. - Ja byłam od innych rzeczy. Ludzie jednak bywają wyjątkowo podli.

Niestety, niebawem przekonała się o tym ponownie. Podczas pobytu na wczasach jest włamanie do domu. Znika jej cała biżuteria ogromnej wartości. Okazuje się, że napad zorganizowała jej ulubiona pracownica.

- Traktowałam ja jak córkę, woziłam na opery do La Scali – wzdycha Mira. - Od tej pory nauczyłam się, że trzeba mieć dystans do ludzi.

 

Babcia Marysia pomogła

 

Ale Mira otrząsnęła się po przykrościach, firma wróciła na swoje tory i życie poszło do przodu. I generalnie nie narzeka na brak szczęścia w życiu.

- Zawsze jak coś idzie nie tak,proszę o pomoc moją ukochana Babcię Marysię – mówi. - Ona była dla mnie wzorem, nauczyła mnie życia. Lgnęłam do niej,bo jako najstarsza w domu, zawsze stałam „w kolejce” do matki. Młodsze dzieci miały pierwszeństwo, a przecież każdy potrzebuje bliskości.

Więc zdjęcie Babci od czasu jej śmierci nosi zawsze przy sobie. Maria Skraińska, pracownica KUL przekazała Mirze ważne przesłanie – Pan Bóg dał ci życie, rozum, zdrowie. Możesz robić wszystko, byle nie robić ludziom krzywdy.

 

Ukochana Babcia Marysia

 

- I to się sprawdza – mówi Mira. - Bo ja postawiłam w życiu na uczciwość.

Teraz chciałaby trochę odetchnąć od firmy i bardziej zaangażować się w prace Business Center Club. Została Kanclerzem Loży Lubelskiej BCC, wiceprezesem krajowego zarządu.

- Uwielbiam spotkania z młodzieżą, mówienie im o czystym biznesie, o tym, że można zarobić pieniądze bez szwindli. Ale niech pieniądz nigdy nie będzie ich jedynym celem - mówi. - Tak się nie da sukcesów osiągnąć. Ja zawsze stawiałam sobie wyzwania, ciężko pracowałam, ale byłam pasjonatką. W biznesie trzeba najpierw stracić, żeby zarobić, zainwestować swój czas, pieniądze i nie oczekiwać efektów już jutro. I przede wszystkim nie opierac interesów o układy towarzyskie.

 

Miłość najważniejsza

 

Nie znosi fałszu i obłudy, bardzo przeżywa kiedy udzieli komuś kredytu zaufania, a on ją zawodzi.

 

Kiedy pytam o to, co jest w życiu najważniejsze, bez wahania mówi, że miłość.

- Ale nie o taką z romansu mi chodzi – śmieje się Mira. - Mówię o miłości do ludzi, do natury, do świata. O umiejętności życia w przyjaźni. Jak składam życzenia młodym parom, to zawsze im tego życzę. Żeby po okresie fascynacji, który przecież mija, nauczyli się być przyjaciółmi.

 

Magdalena Gorostiza

zdjęcia: archiwum Miry Gałan i Joanny Antoszewskiej-Komorskiej

 

Powrót
Reklama:
Podobne artykuły:

Pracy się nie boi, bo musiała pracować już w liceum. Jest najstarsza z siódemki rodzeństwa i w domu się nie przelewało.

- Miałam świadomość, że muszę pomóc mamie – wspomina – I poszłam do pracy do Urzędu Wojewódzkiego.

Przepracowała tam całe studia. Uczyła się zaocznie, bo inaczej nie mogła. Potem trafiła do Zakładu Doskonalenia Zawodowego i zaczęła przygodę z komputerami.

- To były czasy,gdy odeszłam z ZDZ i otworzyliśmy ze znajomymi sami firmę sprowadzającą komputery – mówi. - Żeby je kupić korzystało się z kont znajomych, którzy w banku Pekao mieli legalne dewizy. Takie system wymuszał kombinacje.

Ale poznała rynek i zaczęła handel z Politechniką w Odessie. Okazało się, że trafiła w dziesiątkę.

 

Ile świat kosztuje?

 

Potem rozpoczęła biznes na własny rachunek i do Odessy woziła części do komputerów. W torebce, legalnie, oni jej legalnie płacili. Ponieważ uwielbiała podróże, została pilotem wycieczek.

- Nie stać mnie było na samodzielne wyjazdy – mówi. - Ale w biznesie to też pomogło.

Biznes rozwijała się świetnie do czasu gdy zlikwidowano rubla transferowego. To był taki rodzaj waluty do zapłaty krajom socjalistycznym. Skasowano również barter. Mira znalazła się w pułapce. W Odessie na Politechnice zostawiła dosłownie majątek. Tylko nie ma jak przewieźc do Polski.

- Pamiętam jaka durna wtedy byłam, jak jeszcze był barter – wspomina. - Nie przygotowana na wielki biznes. Raz zapytali mnie, czy nie chciałabym w barterze samolotów. Ja na to, po co mi tyle modeli? Bo o takich składanych atrapach myślałam. Gdyby wtedy był ktoś ze mną, kto by miał pojęcie o dużych interesach, to bym dziś pytała, ile świat kosztuje?

Część pieniędzy udało się wydostać przy pomocy biur podroży. Opłacała w Odessie hotele, wypłacała kieszonkowe turystom. Niemniej jednak, dalej na koncie Politechniki została pokaźna kwota.

 

Co tam wieziesz Katarina?

 

Rada nie rada, wsiadła w nyskę ze swoim kierowcą i pojechała do Odessy. Na granicy ją dobrze znali, a że kiedyś miała bluzkę z napisem Katarina, to tak do niej celnicy mówili. Na Politechnice wręczyli torbę z gotówką.

- Siata, taka wielka, w kratę, jak ta co przemytnicy wożą, wypchana rublami po brzegi – mówi. - Nie wiedziałam, co zrobię.

Na wszelki wypadek przed wyjazdem pożegnała się z bliskimi, bo wcale nie była pewna, czy wróci z tej podroży. W nysce z tyłu były dwie ławki otwierane. Torbę wrzuciła do jednej z nich i modliła się do swojej Babci, żeby dotrzeć do domu.

- Akurat celnicy kończyli zmianę i nasi, polscy przybiegli i zapytali, czy do Przemyśla ich nie zawiozę – mówi. - Ja, że nie ma problemu. Wskoczyli na ławkę z pieniędzmi i siedzą. My stoimy pomiędzy jeszcze po stronie rosyjskiej. Przychodzi celnik i pyta: Co tam wieziesz Katarina? A chłopaki na to, by nie zawracał głowy, bo chcą do domu na obiad. I puścili nas bez problemu.

Ale ona już nie chciała radzieckich biznesów...

 

Co tu robić?

 

Pieniądze były, brakowało pomysłu. Znajomy z Kopenhagi kiedyś w luźnej rozmowie napomknął, że w Polsce musi się zmienić handel i gastronomia, bo to co jest o pomstę do nieba woła. Jest rok 1990. Mira traktuje te słowa jak przepowiednię. Zaczyna interesować się profesjonalnym sprzętem do wyposażania kuchni w barach, restauracjach. Tak powstaje firma Multi Frigo.

- Pierwszy ciąg kuchenny kupiłam za 25 tysięcy marek - wspomina. - W Polsce każdy pukał się w głowę, kto to kupi. Do dziś pamiętam ten gest. Wtedy frytki smażyło się garnku i wyciągało sitkiem. Ale się zaparłam. Postanowiłam, że będę pionierem na tym rynku.

Ciężką pracą i uporem rozwinęła z mężem firmę.

- Nie było łatwo, nie było zawsze różowo – mówi. - Ale ja zawsze w to co robiłam, wkładałam całe serce.

Pozyskiwała nowych kontrahentów, znana była z uczciwości, to procentowało. Na weksle z jej podpisem nikt nie chciał gwarancji bankowych. Jej firma znana jest w całej Europie. Jakiś czas temu Mira Gałan odebrała w Brukseli medal za wdrażanie nowych technologii.

- Czemu się nigdy nie chwaliłaś? - pytam. Ona tylko wzrusza ramionami. Cała Mira.

Mira prywatnie z Joanną Antoszewską - Komorską

 

Cios w serce

 

W 2005 roku na wylew umiera nagle jej mąż. Kiedy ona organizuje pogrzeb i płacze nad trumną, jej najbliżsi współpracownicy rujnują firmę. Otwierają konkurencyjną spółkę, wykradają bazę danych, kasują kontrahentów Miry w jej komputerach.

- Spotkałam przypadkiem właściciela jednej z restauracji – mówi. - I on mi mówi, że moi chłopcy przwiezli towar, ale z innej firmy faktury...

Cios w samo serce, bo przyjęła trójkę kompletnie zielonych ludzi, nauczyła, hołubiła, traktowała jak rodzinę.

- Na studia wysyłałam, żeby się uczyli. Szkoda gadać – kręci głową. - I to akurat w takim momencie.

Firma poniosła straty, rynek odbiorców zniknął.

- Przecież to oni zajmowali się handlem – mówi Mira. - Ja byłam od innych rzeczy. Ludzie jednak bywają wyjątkowo podli.

Niestety, niebawem przekonała się o tym ponownie. Podczas pobytu na wczasach jest włamanie do domu. Znika jej cała biżuteria ogromnej wartości. Okazuje się, że napad zorganizowała jej ulubiona pracownica.

- Traktowałam ja jak córkę, woziłam na opery do La Scali – wzdycha Mira. - Od tej pory nauczyłam się, że trzeba mieć dystans do ludzi.

 

Babcia Marysia pomogła

 

Ale Mira otrząsnęła się po przykrościach, firma wróciła na swoje tory i życie poszło do przodu. I generalnie nie narzeka na brak szczęścia w życiu.

- Zawsze jak coś idzie nie tak,proszę o pomoc moją ukochana Babcię Marysię – mówi. - Ona była dla mnie wzorem, nauczyła mnie życia. Lgnęłam do niej,bo jako najstarsza w domu, zawsze stałam „w kolejce” do matki. Młodsze dzieci miały pierwszeństwo, a przecież każdy potrzebuje bliskości.

Więc zdjęcie Babci od czasu jej śmierci nosi zawsze przy sobie. Maria Skraińska, pracownica KUL przekazała Mirze ważne przesłanie – Pan Bóg dał ci życie, rozum, zdrowie. Możesz robić wszystko, byle nie robić ludziom krzywdy.

 

Ukochana Babcia Marysia

 

- I to się sprawdza – mówi Mira. - Bo ja postawiłam w życiu na uczciwość.

Teraz chciałaby trochę odetchnąć od firmy i bardziej zaangażować się w prace Business Center Club. Została Kanclerzem Loży Lubelskiej BCC, wiceprezesem krajowego zarządu.

- Uwielbiam spotkania z młodzieżą, mówienie im o czystym biznesie, o tym, że można zarobić pieniądze bez szwindli. Ale niech pieniądz nigdy nie będzie ich jedynym celem - mówi. - Tak się nie da sukcesów osiągnąć. Ja zawsze stawiałam sobie wyzwania, ciężko pracowałam, ale byłam pasjonatką. W biznesie trzeba najpierw stracić, żeby zarobić, zainwestować swój czas, pieniądze i nie oczekiwać efektów już jutro. I przede wszystkim nie opierac interesów o układy towarzyskie.

 

Miłość najważniejsza

 

Nie znosi fałszu i obłudy, bardzo przeżywa kiedy udzieli komuś kredytu zaufania, a on ją zawodzi.

 

Kiedy pytam o to, co jest w życiu najważniejsze, bez wahania mówi, że miłość.

- Ale nie o taką z romansu mi chodzi – śmieje się Mira. - Mówię o miłości do ludzi, do natury, do świata. O umiejętności życia w przyjaźni. Jak składam życzenia młodym parom, to zawsze im tego życzę. Żeby po okresie fascynacji, który przecież mija, nauczyli się być przyjaciółmi.

 

Magdalena Gorostiza

zdjęcia: archiwum Miry Gałan i Joanny Antoszewskiej-Komorskiej

 

loading...

Zostaw komentarz:

    Brak komentarzy
Powrót