Reklama

Choinki nie kupuje i Wigilii też nie będzie robić. Kiedyś, gdy dzieci były małe, jeszcze poddawała się tradycji.

- Robiło się przyjemność babci, że jest opłatek, że się idzie do kościoła – mówi. - Babcia nie żyje, ja jestem niewierząca. To po co mam się „bawić” w święta.

Bo jak podreśla, nie znosi presji i nie uznaje konwenansów. Nie potrzebuje życia wedle „wklepanych w mózg zwyczajów”, jak nazywa owczy pęd społeczeństwa do robienia rzeczy, w które i tak się nie wierzy.

- Rozumiem, że jeśli ktoś autentycznie przeżywa święta, bo jest bardzo religijny, to dla niego opłatek czy choinka ma zupełnie inny wymiar – dodaje - Ale śmiem twierdzić, że dla zdecydowanej większości są to puste gesty, czysta hipokryzja. Tylko ludzie boją się do tego przyznać.

Świąt nie lubiła już jako małe dziecko. Sprzątanie, zakupy, mieszanie w garach. Przy wigilijnym stole tylko były kłótnie, bo wymęczona przygotowaniami rodzina miała wszystkiego dosyć. Ale tradycja była silniejsza.

 

Być wolną

 

W mieszkaniu ma tylko najpotrzebniejsze sprzęty.

- Im masz więcej, tym bardziej jesteś zniewolona – mówi. - Ja systematycznie odcinam się od przedmiotów. Gromadzenie dóbr jest śmieszne, zabiera ci samą siebie. A ja dla siebie jestem najważniejsza. Dlatego od przedmiotów ważniejszy dla mnie jest drugi człowiek czy poczucie, że robię coś fajnego, że jestem potrzebna, że mogę pomóc.

Kiedy pytam o to niezamykane mieszkanie, bo jednak mnie to nurtuje, Julita tylko się śmieje. Zdarza się, że zostawia bez stresu otwarte mieszkanie, bo na przykład ma przyjść córka, która nie ma kluczy.

- Jakoś nikt nigdy nie wszedł i niczego nie wyniósł – dodaje. - Zresztą nie mam niczego cennego. A jak ktoś zabrałby kurtkę czy buty, to uznałabym, że był w wielkiej potrzebie. Dla mnie to żadna strata.

Nie przywiązuje się do rzeczy, sentymentem darzy stary wiklinowy koszyk zrobiony przez syna w szkole, muzealną już dyskietkę od ojca – komputerowca czy szalik, który dostała od niego z Egiptu. Dla innych to śmieci bez wartości, dla niej jedyne przedmioty, z którymi trudniej byłoby się rozstać.

- Rzecz ma wartość o tyle, o ile może innym służyć – wyjaśnia.- Ostatnio dostałam nowe buty, ale były na mnie niedobre. Natychmiast poszukałam kogoś, komu mogłabym je oddać. Żeby były noszone, a nie stały bezużytecznie na półce.

Z mężem rozwiodła się 16 lat temu. Nie mógł pogodzić się z jej myśleniem o życiu. Nie ma do niego żalu ani pretensji. Ona też nie akceptowała jego potrzeb.

- Nie rozumiałam potrzeby dorabiania się, siedzenia w domu przed telewizorem, takie życie uważam za jałowe – wyjaśnia. - Jegno drażnił mój minimalizm, niechęć to konwenansów, potrzeba wolności. Po co się było wzajemnie męczyć?

 

Pożegnanie z lękiem

 

Julita uważa, że ludzie się boją, a lęk nie jest najlepszym doradcą. Życie w ciągłym strachu skutkuje konkretnymi działaniami i pojawia się efekt kuli śnieżnej.

- Gromadzą, kupują, odkładają – mówi, - bo chcą zabezpieczyć siebie, dzieci. A dla mnie to wyłącznie załatwianie swoich lęków, próba szukania w pieniądzach poczucia bezpieczeństwa. Bardzo złudne zresztą, bo im więcej mają, tym bardziej będą drżeli o to, że je mogą stracić. Więc już bez końca będą żyli w strachu. A przecież i tak na wiele spraw nie mamy żadnego wpływu.

Ma świadomość, że pieniądze są jednak potrzebne. Przez 22 lata prowadziła sklep. Raz było gorzej, raz było lepiej, ale przecież musiała z czegoś utrzymać dzieci. Kiedy one dorosły, a interes podupadał, stwierdziła, że ma dosyć takiego życia.

- Dzieciom dałam wykształcenie, w to inwestowałam, żeby umiały sobie poradzić – mówi. - I do dziś je przestrzegam – nie bierzcie żadnych kredytów, bo staniecie się niewolnikami.

I choć lubiła swoja pracę, lubiła kontakt z ludźmi, z interesem rozstała się bez żalu. Bo nie miała już satysfakcji. Nie wyobraża też sobie siebie na etacie. Nie nadaje się do włożenia w jakiekolwiek struktury i chodzenie, jak w kieracie. Nie martwi się, co będzie dalej, nie żyje wypatrując gradowej chmury.

- Na razie mam pieniądze ze sprzedanego sklepu, nie jakieś ogromne, ale mnie wystarcza – mówi. - Niedlugo kończę szkołę, zacznę uprawiać nowy zawód i mam nadzieje przetrwać.

Wydaje bardzo mało, tylko na najpotrzebniejsze rzeczy. Zakupy w ogóle jej nie kręcą, nie rozumie kobiet wędrujących po sklepach w poszukiwaniu nowej torebki czy butów. Sama kupuje takie rzeczy tylko wtedy, gdy już musi.

- Czasami wybieram się na imprezę i też szukam odpowiedniej kreacji – śmieje się Julita. - Ale kupowanie jest dla mnie emocjonalnie obojętne. Nadmiar rzeczy zwyczajnie mnie męczy.

Nie rozumie też kurczowego trzymania się planów, strachu o to, że coś się nie uda.

- Ja mam zawsze plan A, B, C – wyjaśnia. - Moja przyjaciółka jak jechałyśmy razem do Londynu w maju, już styczniu wiedziała, gdzie w samolocie będzie siedzieć. Oczywiście drżała, żebyśmy były punktualnie na lotnisku. Uwielbiam ją, ale mnie to zwyczajnie bawi, bo to nie ma żadnego znaczenia. Mam polecieć, to polecę, nie, to wrócę z lotniska do domu. Albo znajdę inny samolot i polecę do innego miasta.

 

Minimalizm ma w genach

 

Ojca poznała dobrze dopiero w liceum. Rodzice się rozwiedli, on wyjechał z Lublina.

- Matka wygadywała o nim jak najgorsze rzeczy – śmieje się Julita. - W okresie buntu postanowiłam sprawdzić, jaki jest w realu ten matczyny potwór. Okazało się, że są identyczni. 

Samotnik, apodyktyczny, mający własne zdanie i nieustępliwy. Do tego minimalista, nie nastawiony na luksusowe życie, lubiący być zdany na siebie, niezależny.

- W gruncie rzeczy jestem do niego podobna – mówi. - Tak samo niezależna i niechętna do ustępstw.

Ale jest też druga Julita. Ciepła, skłonna do pomocy, otwarta na ludzi. Dlatego wybrała Szkołę Policealną Służb Społecznych, w której uczy się masażu.

- Jestem najstarsza w klasie, ale to mi nie przeszkadza – mówi. - Teraz widzę, że moje studia na Akademii Rolniczej były stratą czasu. Ale też na nie poszłam, bo matka mówiła, że trzeba skończyć studia. A ja dopiero teraz odkrywam swoją pasję.

Nie rozumie kobiet w swoim wieku, które schowały się już przed życiem, czują niepotrzebne i do niczego nie zdatne. Przecież okres, kiedy dzieci wyszły z domu i się usamodzielniły, jest najlepszym czasem w życiu kobiety!

- A one ubierają się we wnuki i ich niańczenie, wchodzą w drugie macierzyństwo – mówi Julita. - Bo mają wdrukowane w mózgi, że kobieta jest przydatna tylko wtedy, kiedy troszczy się o dzieci. A ja pytam – gdzie Wy jesteście, gdzie są Wasze potrzeby? Całe życie tak przeżywają nigdy nie będąc ze sobą i siebie nigdy nie znając.

 

Można dużo zrobić

 

A więc Julita wsłuchuje się w siebie i żyje tak, jak jej się podoba. Walczy z upiorami, szuka nowych ścieżek.

Strasznie bałam się wody – mówi. - Koleżanka namówiła mnie na basen. Od trzech lat pływam w grupie Zakręceni Pływaniem. Woda stała się moim żywiołem.

W listopadzie wystartowała w zawodach Pucharu Polski Masters w Warszawie. Zajęła trzecie miejsce, stanęła na podium. Jest dumna z tego, że umiała się przełamać. W przyszłym roku kończy swoją szkołę. Interesuje ją masaż, ale nie relaksacyjny, tylko taki który przywraca chorym ludziom sprawność. W ramach praktyk szkolnych zawitała do domu pomocy społecznej. Znalazła tam nowych przyjaciół. Jeździ do nich systematycznie, masuje, usprawnia, za darmo.

- W DPS nie rozumieli, po co przychodzę. Jak przychodzę to pewnie chcę etat – mówi Julita. - Ludzie nie wierzą, że można coś robić za darmo, z chęci pomagania innym. Boleje nad tym, że tam nikomu nie zależy, żeby ludzi usprawniać. Szybciej i wygodniej jest nakarmić chorego, a potem plotkować, niż mozolnie uczyć, by jadł samodzielnie. Bo to trwa długo i w dodatku nabrudzi. Ja nie o takiej myślę rehabilitacji.

Jej marzeniem jest stworzenie ośrodka pomocy, który przywracałby społeczeństwu ludzi chorych, po wypadkach. Mogliby w nim  mieszkać na stałe ci, którzy chcą uwolnić się od DPS i żyć samodzielnie.

- Gdybym otworzyła taki ośrodek, to byłby to konkret służący drugiemu człowiekowi. Bo pomaganie innym to dla mnie wielka przyjemność. Robię to dla siebie, bo jak mogę uszczęśliwić nawet na chwilę innego człowieka to mam cholerną satysfakcję.

Czy plany się ziszczą, tego nie wie. Jak się da, to się zrobi, jak nie wyjdzie, trudno. Na razie mieszka z dwoma kotami Joachimem i Gustawem oraz suczką Fredą. Ale zapowiada, że już nigdy nie weźmie do domu żadnych zwierząt.

- Ograniczają wolność, nie mogłabym ich zostawić i na przykład wyjechać na drugi koniec świata, bo mam taki kaprys – mówi. - A ja już zawsze chcę być wolna.

Magdalena Gorostiza

Cztaj także: Możesz zawsze zmienić swoje życie

 

 

 

 

 

Powrót
Reklama:

Podobne artykuły:

Choinki nie kupuje i Wigilii też nie będzie robić. Kiedyś, gdy dzieci były małe, jeszcze poddawała się tradycji.

- Robiło się przyjemność babci, że jest opłatek, że się idzie do kościoła – mówi. - Babcia nie żyje, ja jestem niewierząca. To po co mam się „bawić” w święta.

Bo jak podreśla, nie znosi presji i nie uznaje konwenansów. Nie potrzebuje życia wedle „wklepanych w mózg zwyczajów”, jak nazywa owczy pęd społeczeństwa do robienia rzeczy, w które i tak się nie wierzy.

- Rozumiem, że jeśli ktoś autentycznie przeżywa święta, bo jest bardzo religijny, to dla niego opłatek czy choinka ma zupełnie inny wymiar – dodaje - Ale śmiem twierdzić, że dla zdecydowanej większości są to puste gesty, czysta hipokryzja. Tylko ludzie boją się do tego przyznać.

Świąt nie lubiła już jako małe dziecko. Sprzątanie, zakupy, mieszanie w garach. Przy wigilijnym stole tylko były kłótnie, bo wymęczona przygotowaniami rodzina miała wszystkiego dosyć. Ale tradycja była silniejsza.

 

Być wolną

 

W mieszkaniu ma tylko najpotrzebniejsze sprzęty.

- Im masz więcej, tym bardziej jesteś zniewolona – mówi. - Ja systematycznie odcinam się od przedmiotów. Gromadzenie dóbr jest śmieszne, zabiera ci samą siebie. A ja dla siebie jestem najważniejsza. Dlatego od przedmiotów ważniejszy dla mnie jest drugi człowiek czy poczucie, że robię coś fajnego, że jestem potrzebna, że mogę pomóc.

Kiedy pytam o to niezamykane mieszkanie, bo jednak mnie to nurtuje, Julita tylko się śmieje. Zdarza się, że zostawia bez stresu otwarte mieszkanie, bo na przykład ma przyjść córka, która nie ma kluczy.

- Jakoś nikt nigdy nie wszedł i niczego nie wyniósł – dodaje. - Zresztą nie mam niczego cennego. A jak ktoś zabrałby kurtkę czy buty, to uznałabym, że był w wielkiej potrzebie. Dla mnie to żadna strata.

Nie przywiązuje się do rzeczy, sentymentem darzy stary wiklinowy koszyk zrobiony przez syna w szkole, muzealną już dyskietkę od ojca – komputerowca czy szalik, który dostała od niego z Egiptu. Dla innych to śmieci bez wartości, dla niej jedyne przedmioty, z którymi trudniej byłoby się rozstać.

- Rzecz ma wartość o tyle, o ile może innym służyć – wyjaśnia.- Ostatnio dostałam nowe buty, ale były na mnie niedobre. Natychmiast poszukałam kogoś, komu mogłabym je oddać. Żeby były noszone, a nie stały bezużytecznie na półce.

Z mężem rozwiodła się 16 lat temu. Nie mógł pogodzić się z jej myśleniem o życiu. Nie ma do niego żalu ani pretensji. Ona też nie akceptowała jego potrzeb.

- Nie rozumiałam potrzeby dorabiania się, siedzenia w domu przed telewizorem, takie życie uważam za jałowe – wyjaśnia. - Jegno drażnił mój minimalizm, niechęć to konwenansów, potrzeba wolności. Po co się było wzajemnie męczyć?

 

Pożegnanie z lękiem

 

Julita uważa, że ludzie się boją, a lęk nie jest najlepszym doradcą. Życie w ciągłym strachu skutkuje konkretnymi działaniami i pojawia się efekt kuli śnieżnej.

- Gromadzą, kupują, odkładają – mówi, - bo chcą zabezpieczyć siebie, dzieci. A dla mnie to wyłącznie załatwianie swoich lęków, próba szukania w pieniądzach poczucia bezpieczeństwa. Bardzo złudne zresztą, bo im więcej mają, tym bardziej będą drżeli o to, że je mogą stracić. Więc już bez końca będą żyli w strachu. A przecież i tak na wiele spraw nie mamy żadnego wpływu.

Ma świadomość, że pieniądze są jednak potrzebne. Przez 22 lata prowadziła sklep. Raz było gorzej, raz było lepiej, ale przecież musiała z czegoś utrzymać dzieci. Kiedy one dorosły, a interes podupadał, stwierdziła, że ma dosyć takiego życia.

- Dzieciom dałam wykształcenie, w to inwestowałam, żeby umiały sobie poradzić – mówi. - I do dziś je przestrzegam – nie bierzcie żadnych kredytów, bo staniecie się niewolnikami.

I choć lubiła swoja pracę, lubiła kontakt z ludźmi, z interesem rozstała się bez żalu. Bo nie miała już satysfakcji. Nie wyobraża też sobie siebie na etacie. Nie nadaje się do włożenia w jakiekolwiek struktury i chodzenie, jak w kieracie. Nie martwi się, co będzie dalej, nie żyje wypatrując gradowej chmury.

- Na razie mam pieniądze ze sprzedanego sklepu, nie jakieś ogromne, ale mnie wystarcza – mówi. - Niedlugo kończę szkołę, zacznę uprawiać nowy zawód i mam nadzieje przetrwać.

Wydaje bardzo mało, tylko na najpotrzebniejsze rzeczy. Zakupy w ogóle jej nie kręcą, nie rozumie kobiet wędrujących po sklepach w poszukiwaniu nowej torebki czy butów. Sama kupuje takie rzeczy tylko wtedy, gdy już musi.

- Czasami wybieram się na imprezę i też szukam odpowiedniej kreacji – śmieje się Julita. - Ale kupowanie jest dla mnie emocjonalnie obojętne. Nadmiar rzeczy zwyczajnie mnie męczy.

Nie rozumie też kurczowego trzymania się planów, strachu o to, że coś się nie uda.

- Ja mam zawsze plan A, B, C – wyjaśnia. - Moja przyjaciółka jak jechałyśmy razem do Londynu w maju, już styczniu wiedziała, gdzie w samolocie będzie siedzieć. Oczywiście drżała, żebyśmy były punktualnie na lotnisku. Uwielbiam ją, ale mnie to zwyczajnie bawi, bo to nie ma żadnego znaczenia. Mam polecieć, to polecę, nie, to wrócę z lotniska do domu. Albo znajdę inny samolot i polecę do innego miasta.

 

Minimalizm ma w genach

 

Ojca poznała dobrze dopiero w liceum. Rodzice się rozwiedli, on wyjechał z Lublina.

- Matka wygadywała o nim jak najgorsze rzeczy – śmieje się Julita. - W okresie buntu postanowiłam sprawdzić, jaki jest w realu ten matczyny potwór. Okazało się, że są identyczni. 

Samotnik, apodyktyczny, mający własne zdanie i nieustępliwy. Do tego minimalista, nie nastawiony na luksusowe życie, lubiący być zdany na siebie, niezależny.

- W gruncie rzeczy jestem do niego podobna – mówi. - Tak samo niezależna i niechętna do ustępstw.

Ale jest też druga Julita. Ciepła, skłonna do pomocy, otwarta na ludzi. Dlatego wybrała Szkołę Policealną Służb Społecznych, w której uczy się masażu.

- Jestem najstarsza w klasie, ale to mi nie przeszkadza – mówi. - Teraz widzę, że moje studia na Akademii Rolniczej były stratą czasu. Ale też na nie poszłam, bo matka mówiła, że trzeba skończyć studia. A ja dopiero teraz odkrywam swoją pasję.

Nie rozumie kobiet w swoim wieku, które schowały się już przed życiem, czują niepotrzebne i do niczego nie zdatne. Przecież okres, kiedy dzieci wyszły z domu i się usamodzielniły, jest najlepszym czasem w życiu kobiety!

- A one ubierają się we wnuki i ich niańczenie, wchodzą w drugie macierzyństwo – mówi Julita. - Bo mają wdrukowane w mózgi, że kobieta jest przydatna tylko wtedy, kiedy troszczy się o dzieci. A ja pytam – gdzie Wy jesteście, gdzie są Wasze potrzeby? Całe życie tak przeżywają nigdy nie będąc ze sobą i siebie nigdy nie znając.

 

Można dużo zrobić

 

A więc Julita wsłuchuje się w siebie i żyje tak, jak jej się podoba. Walczy z upiorami, szuka nowych ścieżek.

Strasznie bałam się wody – mówi. - Koleżanka namówiła mnie na basen. Od trzech lat pływam w grupie Zakręceni Pływaniem. Woda stała się moim żywiołem.

W listopadzie wystartowała w zawodach Pucharu Polski Masters w Warszawie. Zajęła trzecie miejsce, stanęła na podium. Jest dumna z tego, że umiała się przełamać. W przyszłym roku kończy swoją szkołę. Interesuje ją masaż, ale nie relaksacyjny, tylko taki który przywraca chorym ludziom sprawność. W ramach praktyk szkolnych zawitała do domu pomocy społecznej. Znalazła tam nowych przyjaciół. Jeździ do nich systematycznie, masuje, usprawnia, za darmo.

- W DPS nie rozumieli, po co przychodzę. Jak przychodzę to pewnie chcę etat – mówi Julita. - Ludzie nie wierzą, że można coś robić za darmo, z chęci pomagania innym. Boleje nad tym, że tam nikomu nie zależy, żeby ludzi usprawniać. Szybciej i wygodniej jest nakarmić chorego, a potem plotkować, niż mozolnie uczyć, by jadł samodzielnie. Bo to trwa długo i w dodatku nabrudzi. Ja nie o takiej myślę rehabilitacji.

Jej marzeniem jest stworzenie ośrodka pomocy, który przywracałby społeczeństwu ludzi chorych, po wypadkach. Mogliby w nim  mieszkać na stałe ci, którzy chcą uwolnić się od DPS i żyć samodzielnie.

- Gdybym otworzyła taki ośrodek, to byłby to konkret służący drugiemu człowiekowi. Bo pomaganie innym to dla mnie wielka przyjemność. Robię to dla siebie, bo jak mogę uszczęśliwić nawet na chwilę innego człowieka to mam cholerną satysfakcję.

Czy plany się ziszczą, tego nie wie. Jak się da, to się zrobi, jak nie wyjdzie, trudno. Na razie mieszka z dwoma kotami Joachimem i Gustawem oraz suczką Fredą. Ale zapowiada, że już nigdy nie weźmie do domu żadnych zwierząt.

- Ograniczają wolność, nie mogłabym ich zostawić i na przykład wyjechać na drugi koniec świata, bo mam taki kaprys – mówi. - A ja już zawsze chcę być wolna.

Magdalena Gorostiza

Cztaj także: Możesz zawsze zmienić swoje życie

 

 

 

 

 

loading...

Zostaw komentarz:

    Brak komentarzy
Powrót